Dobiegłem w miejskim maratonie jako ostatni, chociaż od początku byłem faworytem typowanym do pierwszej trójki z ponad 170 uczestników.
Stało się tak, bo jedna z biegaczek skręciła kostkę i musiałem ją nieść przez całą trasę.
Przegrałem maraton, ale wygrałem żonę :)
Dodaj anonimowe wyznanie
A tak właściwie to po co ją niosłeś? I tak kontuzja wykluczyła ją z zawodów. Powinna otrzymać pomoc medyczną i tyle.
O ile nie piszesz z korei północnej, a czesc trasy przebiega akurat poza granica kraju, to jestem prawie pewny, ze dotarcie na mete nie jest obowiazkowe (w znaczeniu "albo kula w łeb")...
Jeśli maraton miejski to wystarczyło wezwać pomoc.
Tak, na pewno bez powodu i potrzeby niosłeś kobietę przez 40 kilometrów.
Jak sobie tak biegł, niosąc kobietę przez 40 km, to niezły Rambo.
Raczej szedł i raczej laska nie skręciła nogi na stracie
@Anonimowane możliwe, że skręciła na starcie skoro napisał, że musiał ją nieść przez całą trasę
Tak było, no.
Co tam, że boli i puchnie, niewygoda przez 40 km i po co medyczna pomoc.
My kobiety po prostu lubimy być noszone na rękach, taka prawda.
I takich sportowców się szanuje. Nawet, jeśli ta historia jest nieprawdziwa.
A teraz plot twist: biegaczka się autorowi wyznania podobała i podstawił jej nogę na starcie, a potem zagrał swoją rolę dzielnego, mężnego rycerza ;)
Czyli doszliście razem :)
To taka gra słowna, nie bezsensowna wcale biorąc pod uwagę fakt, że się pobrali. Co jest obrzydliwego w takiej dwuznaczności? No chyba że dla kogoś sfrustrowanego na maksa, kto jest samotny (albo i nie, ale nieszczęśliwy w związku) i przesiąkł żółcią, tak że razi go sama myśl że inni się odnajdują w życiu.
Tosiu, znam kilka sposobów na rozładowanie stresu. Jak chcesz to Ci podrzucę parę pomysłów :)
Czyżby Tosi obce było pojęcie dojść razem? No to gratuluję partnera.
Jakie to słodkie i puchate. :-)
Tak było. Nie zmyślam.