Moja nowa partnerka chce zostać moją tradycyjną żoną rodem z lat 50. XX wieku. Jak do tego doszło? 31 lipca straciła pracę. W tamtym czasie znaliśmy się niespełna trzy miesiące. Krótko, ale nie wypadało nie wyciągnąć reki. Zaproponowałem jej bezkosztowe zamieszkanie u mnie do momentu, kiedy stanie na nogi. W ubiegły weekend przy kolacji zażartowałem, że lepiej, żeby jak najdłużej szukała pracy, bo ciężko będzie mi zrezygnować z tych wygód, jakie mi organizuje. Ona zapytała, co ja na to, jakby taki stan rzeczy trwał wiecznie? Co jakby została moją tradycyjną żoną? Myślałem, że jest to forma żartu w odpowiedzi na mój żart. Ale nic z tych rzeczy. To była prawdziwa propozycja. Ja ją utrzymuję, ona dba o mnie i dom. Za rok, jeżeli uznam, że mi to odpowiada, mam ją wziąć za żonę, a ona urodzi mi dwójkę dzieci.
Zdębiałem, naprawdę zdębiałem. Powiedziałem jej, że na tym etapie są to bardzo odważne i śmiałe deklaracje i plany. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Teoretycznie zostało mi przedstawione spełnienie marzeń faceta, zwłaszcza że moja pozycja zawodowa pozwala temu sprostać. Niestety nie wiedzieć czemu poczułem coś w rodzaju niepokoju. Tak jakby trochę mnie wystraszyła. Dodam, że dzieli nas 10 lat różnicy.
Dodaj anonimowe wyznanie
Do wszystkich wątpiących, tak, są takie kobiety. Więc Autor wcale nie musi kłamać. Autorze, pytanie zasadnicze, jeśli rozmawialiście o waszej przyszłości długofalowej to ona zawsze miała taki plan na siebie czy coś się zmieniło? Jeśli coś się zmieniło nagle, to bym była ostrożna. Jeśli zawsze mówiła, że tak widzi swoją przyszłość, to po prostu chce przyspieszyć ten plan. Na Twoim miejscu, ja bym się na to nie zgadzała teraz. Jak się pojawią dzieci i nadal będziesz miał dobrą sytuacje materialną, do przegadania. Ale teraz może spokojnie iść do pracy. Też bym wolała ugotować raz dziennie obiad, zamiast pracować 40h tygodniowo, ale to jest po prostu głupie. Czy się rozstaniecie, czy coś Ci się stanie (odpukać), ona jest w d... I to są argumenty jakie powinieś jej przekazać mając 10 lat więcej doświadczenia życiowego.
Od początku zauważyłem, że lubi spędzać czas kameralnie i w domu, szokiem też dla mnie było, że jak na tak młodą dziewczynę lubi np piec ciasta. Od dwóch miesiecy zajmuje się moim domem i na zasadzie, nie tylko ugotowania obiadu, ale robi wszystko inne. Na początku przyjąłem, że to tylko forma rewanżu, że ją utrzymuje, ale to jej styl życia i skłamałbym, że mi się to nie podoba. Podoba mi sie. Moje życie należy teraz do wyjątkowo przyjemnych. Co jak mnie zabraknie? Myślalem o tym i wymysliłem wysokie ubezpieczenie, a samo małżeństwo już gwarantuje jej pewnego rodzaju zabezpieczenie. A co jak któreś z nas sie rozmysli? Ja bede w lepszej sytuacji, ale to jest ryzyko na które ona musi być gotowa. Przemyślałem jej słowa i stwierdzilem, że niech taki stan rzeczy narazie trwa, będę dalej ją utrzymywał a za jakiś czas podejmiemy znów ten temat. Zgodziła się. Jesteśmy już nieco w sobie zakochani, ale myśle też przedewszystkim trzezwo. Musi minąć trochę czasu na tak poważne decyzje.
Jest to model, który funkcjonował długo i szeroko. Gdyby był z gruntu zły, to by tak nie było.
Jeśli oboje tego chcecie, szczęścia życzę.
Jeśli Wam obojgu to odpowiada, to co mnie do tego. Raczej chodziło mi o to, że jest młoda, więc ma małe doświadczenie zawodowe i jak wypadnie z rynku na którym ledwo co była to potem nikt jej nie zatrudni. A kasa z ubezpieczenia nie ważne jak wysoka, kiedyś się może skończyć, a ona zostanie bez emerytury. I co w przypadku nie twojej śmierci, a niezdolności do pracy? To też obejmuje ubezpieczenie? I skoro nie jesteście małżeństwem, upewniłeś się że ona te pieniądze na pewno dostanie? Jeśli wzieliście to wszystko pod uwagę, to luz. Ale błagam, nie powtarzaj w towarzystwie argumentu, że ona jest inna bo lubi piec ciasta, bo to brzmi niczym mem "jestem inna niż wszystkie"...
upadlygzyms, niewolnictwo też funkcjonowało długo i szeroko, zresztą ma miejsce po dziś dzień. Tak samo polowanie z dzidą. W dzisiejszych czasach jak jedna strona życzy sobie być tak podległą, by druga strona decydowała o tym czy ma co jeść i gdzie spać to jest poniekąd fetysz dom/sub. Bo logiki to w tym nie ma.
@fairenough
Puchar przechodni dla najgłupszego kontrargumentu na anonimowych, przechodzi w Twoje ręce. Gratuluję.
Druga rzecz, że pewno długo się nim nie nacieszysz.
Jego argument wcale nie jest głupi, to po pierwsze. Ma dużo racji. Ludzie potrafią kłamać i zdradzać, a nawet mordować za pieniądze czy inne korzyści. Dlatego nie mozna nikomu na 100% zaufać (nie mówiąc o ślepych zdarzeniach losowych). A co do najgłupsze komentarza, to nie wiem czy kiedykolwiek coś przebije bolca z jego partenogenezą.
Przypominam że jakbyśmy się kierowali zasadą "coś działa od dawna to po co zmieniać" to jako gatunek nie wyleźlibyśmy z jaskini...
jeśli się oboje czujecie dobrze, to zarąbiście
pozdrawiam
Niech ten kto choć raz nie marzył o podporządkowanej i uslugującej mu lasce niech pierwszy rzuci kamieniem XD To co opisujesz jest jak wygrana w totka, a Ty sie jeszcze zastanawiasz xD
Choć z drugiej strony laska może mieć już utkany misterny plan i po powiedzeniu sakramentalnego TAK zacznie robic jakiś szajs, typu hauswife zmieni sie w haus leń, a pozniej w wife nie do zniesienia i sam wniesiesz o rozwód i będziesz bulił na nią alimenty, bo pogorszy jej sie stopa życiowa xD
Daj znać jak się dogadacie.
Z kim mam sie dogadac? XD
Sam ze sobą :D
Nie pomyślałaś, że czasami warto wymienić argumenty z kimś inteligentnym? XD
Nie no, zamiast usługującej i podporządkowanej wolałbym taką, której poświęcanie się dla mnie wynika z jej wolnej woli, a nie jest wymuszone siłą, układem albo presją społeczną.
To ja idę po kamień.
Nigdy nie interesował mnie związku typu "papuga na ramieniu".
Ładna kobieta, ładnie pasuje mi do garnituru, dodatkowo ładnie sprząta i gotuje.
Nie ma co prawda żadnych własnych ambicji większych niż czysty blat i pyszne ciasto a większość naszych rozmów kręci się wokół nowych zasłonek ale hej... co kto lubi...
Ja bym z nudów zdechł...
"Za rok jeżeli uznam, że mi odpowiada, mam ją wziąć za żone"
Ale czy przez ten rok będzie szukać nowej pracy (i potem pracować), czy już da sobie spokój z pracą do końca życia, a ty będziesz zarabiał na czworo?
Ja bedę zarabiał na czworo, a ona już nigdy nie miałaby podjąć pracy.
A potem ty chorujesz lub tracisz pracę i zostajecie na cienkim lodzie?
Albo historia wyssana z palca, albo... z mniej szlachetnego miejsca ludzkiego ciała. Autor historii to 15latek (nawet jeśli nie metrykalnie, to mentalnie na pewno).
Nie no, spokojnie, jest to jak najbardziej możliwe, istnieje obecnie cała masa wannabe tradwife dzięki trendom z tiktoka i innego guwna.
Nie tylko temat wyznania na to wskazuje.
Bunt młodzieńczy u współczesnych nastolatków objawia się burzeniem ładu, a raczej nieładu swoich rodziców w dość przewrotny sposób — poprzez powrót do radykalnych idei i konserwatyzmu. Jak dla mnie spoko, X-y i millenialsi i starsze zetki to najbardziej rozpasane i zdemoralizowane pokolenia z największym naciskiem na pokolenie X i starszych millenialsów.
Ale dlaczego się niepokoisz? Partnerka złożyła Ci propozycję. Albo przez rok uznasz, że to jest to, albo wrócicie do poprzedniego stanu rzeczy, albo się rozstaniecie. Dla mnie jest to uczciwe. Jeśli jednak się zdecydujesz, pamiętaj o dwóch rzeczach: ubezpiecz ja na wypadek swojej śmierci i opłacaj jej składkę emerytalno-rentową. Najpierw możesz jej założy dg na mały i pomniejszony ZUS, potem zobacz, czy bardziej bedzie aie opłacał dobrowolny, czy jakaś forma zatrudnienia u Ciebie itp. Żeby po osiągnięciu wieku emerytalnego nie została z ręką w nocniku, gdy Ty będziesz miał parę kafli emerytury, bo mogłeś robić staż do niej bez uważania chorobami dzieci i godzinami ich odbioru z przedszkola i szkoły. No i żeby znowu kolejna nie ojradała nas, niepełnosprawnych, z funduszu na ratowanie życia i asystencję, bo trzeba będzie potem dać jej emeryturę specjalną kiełbasa wyborcza+, tak jak to było z 500+/800+.
A, i możecie zawrzeć umowę małżeńską, taki rodzaj intercyzy gdzie istotne nie tyle będzie, co moje, co twoje, tylko zobowiązania i prawa każdej ze stron w małżeństwie i po jego ewentualnym rozwiazaniu: prawo do części wynagrodzenia na jej potrzeby, co bedzie robila, gdy Ty staniesz się niezdolny do pracy, co jej gwarantujesz po rozwodzie (alimenty x lat? Mieszkanie? Opłacisz jej studia?), że np. Ty nie wykonujesz obowiązków domowych, ale za to przejmujesz całość kosztów utrzymania rodzimy. I pamiętaj o szanowaniu jej pracy, żebyś nie pozwalał nikomu, nawet dzieciom, mówić lekceważąco, że ona nie pracuje.
A co to za różnica czy by pracowała czy nie? XD Jakby facet powaznie zachorował czy stał sie kaleką i nagle musiałby sie utrzymac z 1100 zł renty to i tak go najprawdopodobniej zostawi i znajdzie sobie kolejnego xD
Gdybym miał iść na taki układ to żeby moja żona nie pozostała na lodzie zaproponowałbym jej żeby znalazła jakąś pracę zdalną która pozwoli jej siedzieć w domu i jednocześnie zabezpieczy socjalnie i przyda parę złotych do budżetu domowego.
Bo, moim zdaniem, lepszym i na prawdę tradycyjnym układem domowym nie był amerykański model mężczyzny-żywiciela i kobiety-domatorki, a przedkapitalistyczny model mężczyzny i kobiety wspólnie pracujących w domu na swoim.
Zwłaszcza że ten amerykański model to tak naprawdę circa 10-15 lat funkcjonował i w rezultacie jedynymy wygranymi były przemysł antydepresantów i alkoholowy...
A w którą stronę te 10 lat różnicy? Jeśli w dobrą to sytuacja jest wręcz idealna.
A która jest zła i dlaczego?
@Frog
Zgaduję, że 10 lat starsza partnerka ;)
Nigdy bym nie chciał żeby moja kobieta była kurą domową. Chciałbym żeby też się realizowała na gruncie zawodowym. Fajnie jakby miała sytuację taką, żeby nie łapać pierwszej lepszej fuchy w januszexie tylko na spokojnie poszukała czegoś co lubi i daje jej jakieś pieniądze. Naleganie by żona była kurą domową mimo że ma możliwości zarobkowe to czerwina flaga, która z dużym prawdopodobieństwem przerodzi się w przemoc ekonomiczną, a może i pełnoskalową (bo gdzie pójdzie bez pracy, doświadczenia a może i bez wsparcia innych, skoro ty
...tylko w domu siedziała cały czas.
dwójką dzieci to dupa wołowa a nie tradwife
Tym bardziej, że 800+ przy dobrej bazie zarabianej przez mężczyznę spokojnie pozwoli na wielodzietność.
No na pewno jakaś kobieta dobrowolnie by coś takiego zaproponowała. Dragomir postaraj się bardziej
Zdziwiłabyś się. Wystarczy, że była wychowywana na "służącą" ojca czy starszych braci, a matka też taka była.
I właśnie dlatego potrzebujemy feminizmu, cieszę się że sam to przyznajesz (moźe nie wprost, ale jednak)
Po pierwsze: zawsze uważałem takie wychowywanie synka na królewicza za fatalne, tak samo zresztą jak wychowywanie córki na królewnę, która ma tylko leżeć i pachnieć, bo i tak się zdarza.
Po drugie: nie myl braku patriarchatu z feminizmem/matriarchatem, bo to nie to samo. Na szczęście zawsze jest coś pośrodku, czyli w tym przypadku ani patriarchat ani matriarchat tylko wychowywanie dzieci płci obojga nie na książęta, ale na normalnych ludzi potrafiących zależnie od okoliczności przejąć niektóre obowiązki lub zrzucić je z siebie. I właśnie to coś najbardziej mi się podoba.
To co opisujesz to właśnie feminizm. Prawdziwa feministka potrafi sama się utrzymać i wykonywać obowiązki domowe. Jednak dobre wychowanie wymaga od mężczyzny przejęcia tych nieprzyjemnych obowiązków. To się nazywa bycie dżentelmenem
Czyli kiedy facet zapierdziela i robi w domu wszystko (bo musi, a nie bo chce), a leniwa baba leży i pachnie i nie tyka palcem żadnej roboty to znaczy, że ona jest feministką, a on dżentelmenem?? :))
Nie "leniwa baba" tylko kobieta znająca swoją wartość. Zresztą my rodzimy dzieci, a 9 miesięcy ciąży jest bardziej obciążające niż jakakolwiek męska "praca"