Obecnie zajmuję się prawie 2-letnią córką. Mąż jest w stanie nas utrzymać. Jednym z powodów, dla których nie szukam pracy, jest to, że jak ją znajdę i będę w stanie utrzymać siebie i dziecko, to wezmę rozwód.
To tak nie działa. Alimenty na dziecko są na dziecko, więc jeśli ona nie pracująca wniosłaby o rozwód, opiekę nad dzieckiem i alimenty na dziecko, to sąd ustaliłby wysokość alimentów przede wszystkim na podstawie usprawiedliwionych potrzeb dziecka oraz możliwości zarobkowych i majątkowych rodziców (art. 135 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Czyli brałby pod uwagę to, że ona ma możliwość pójścia do pracy i zarabiania. Jedynie jakby opiekowała się małym dzieckiem, tj. niemowlęciem, chorym dzieckiem lub dzieckiem w wieku żłobkowym, to sąd uznałby opiekę całodobową za jej wkład i wtedy ciężar finansowy faktycznie może nawet w 100% zostać przeniesiony na ojca. Tutaj jest małe dziecko, ale nie wiemy czy chodzi do żłobka/przedszkola czy nie. Jak dziecko będzie już starsze (chodzące do szkoły), a ona mimo to by nie pracowała i nie szukałaby zatrudnienia, sąd by ocenił jej tzw. możliwości zarobkowe. Zbada, ile mogłaby zarobić, biorąc pod uwagę jej wykształcenie, doświadczenie i stan zdrowia, gdyby dołożyła należytej staranności w szukaniu pracy. • Wówczas sąd uzna, że matka powinna dokładać się do dziecka finansowo (np. w 40% lub 50%). Jeżeli ojciec zarabia dobrze, kwota alimentów od niego nadal może być wysoka, ale zostanie pomniejszona o tę część, którą – według wyliczeń sądu – powinna pokrywać matka ze swoich hipotetycznych zarobków. I to wszystko tylko jeśli ona faktycznie dostałaby opiekę, bo on też może wnieść o opiekę i skoro matka nie pracuje, a on tak, to jest wysoce prawdopodobne, że tą opiekę by dostał, choć oczywiście nie jest to pewne, zależy od czasu pracy ojca czy więzi z matką. Przy opiece naprzemiennej mógłby mieć zasądzone alimenty wyrównawcze, bo dziecko ma być na równej stopie życiowej w obu domach. A jeśli chodzi ci o alimenty na żonę, to może żądać alimentów od niego, jeśli znajduje się w niedostatku (czyli nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić swoich podstawowych usprawiedliwionych potrzeb, a z wyznania nic takiego nie wynika) i te alimenty są
Diddl
zasądzane na 5 lat. Sąd może ten 5-letni termin przedłużyć ze względu na wyjątkowe okoliczności (np. ciężką, nieodwracalną chorobę byłej żony), ale autorka chyba by nie chciała ciężko i nieodwracalnie zachorować. Jeśli sąd by uznał męża za wyłącznie winnego rozpadu pożycia, to ona nie musiałaby udowadniać, że cierpi niedostatek. Wystarczy, że wykaże istotne pogorszenie sytuacji materialnej w porównaniu do poziomu życia, jaki miała w trakcie małżeństwa. Jednak z wyznania nie wynika, żeby on robił coś złego, źle ją traktował czy coś. Wynika tylko tyle że autorka z jakiegoś powodu jest nieszczęśliwa w tym małżeństwie, ale jednocześnie nie chce pójść do pracy i się rozwieść, bo pewnie mąż dużo zarabia i szkoda jej się rozstawać z tą kasą. Ba! Ona nawet nie ogarnia, że rozwód nie oznacza, że musi samodzielnie być w stanie utrzymać dziecko, jakby w ogóle nie zamierzała wnosić o alimenty na dziecko, gdy wniosła o rozwód. W każdym razie w przypadku wyłącznej winy męża nie obowiązuje termin 5 lat i alimenty mogą być dożywotnie, chyba że zajdą określone ustawowo okoliczności. Do tego niezależnie od tego, czy rozwód był z winy męża, czy nie, obowiązek alimentacyjny na byłego małżonka zawsze wygasa w przypadku, gdy osoba uprawniona (w tym przypadku byłaby to autorka) zawrze nowy związek małżeński. Co ważne, wejście w nieformalny związek (konkubinat) nie kończy tego obowiązku automatycznie, ale może być dla sądu podstawą do obniżenia lub całkowitego uchylenia świadczenia. Tak więc jeśli autora chciałaby się dożywotnio utrzymywać z alimentów od byłego męża, to nie mogłaby nigdy wejść w nowy związek. XDDD No i jeśli on by umarł przed nią, to obowiązek alimentacyjny całkowicie by wygasł, a ona nadal byłaby bez pracy, bez źródła utrzymania. Jeśli on miałby długi alimentacyjne, to one stałyby się długiem spadkowym i spadkobiercy zmarłego odpowiadaliby za spłatę tego długu do wysokości wartości przejętego majątku. O ile by nie odrzucili całkowicie spadku wraz z długiem. Mogłaby
Diddl
nowy pozew przeciwko byłym teściom, ale musiałaby żyć w skrajnym niedostatku i nie być w stanie samodzielnie zaspokoić swoich potrzeb. Lenistwo to nie jest brak możliwości zaspokojenia swoich potrzeb. I tylko jeśli żadne inne osoby bliżej spokrewnione, jej córka, gdyby była już dorosła, jej rodzice np., nie byłyby w stanie jej pomóc. No i bierze się pod uwagę realne możliwości zarobkowe i majątkowe byłych teściów. No i jeśli on by płacił alimenty na ich córkę, to po jego śmierci oczywiście jej (córce, nie autorce, choć gdyby zmarł przed pełnoletnością córki to oczywiście autorka musiałaby wnieść w imieniu córki o to) należałaby się renta rodzinna. przypadku alimentów na byłą żonę renta rodzinna po zmarłym przysługuje jej tylko wtedy, gdy w dniu jego śmierci miała prawo do alimentów ustalone wyrokiem lub ugodą sądową. Dziwię ci się wyzwolonaa, że w ogóle takie rzeczy piszesz. Niby jesteś feministką, za emancypacją kobiet, a tymczasem sugerujesz kobiecie, żeby przez całe życie była na utrzymaniu męża, nawet po rozwodzie, podczas gdy kiedyś kobiety nawet nie miały możliwości same się utrzymać i musiały tkwić w nieszczęśliwym małżeństwie, choćby mąż pił i bił. Dzisiaj jest inaczej, kobiety mogą pracować, a ty sugerujesz kobiecie, żeby nadal nie pracowała i była uzależniona od faceta. XDDDD
karlitoska
Diddl serio się tak produkujesz pod wysrywem wyzwolonego? Przecież to jest troll co pisze wiecznie jakieś pierdoły.
To bardzo mądre, że się nie chcesz rozwodzić. To by było mega durne, gdybyś zniszczyła dziecku życie przez własne błędy w wyborach życiowych i nieumiejętności naprawiania swojej sytuacji w zdrowy sposób.
Anonimowe6692
Mega durne jest myślenie, że rozwód rodziców niszczy życie dziecka bardziej niż nieszczęśliwi rodzice, tkwiący na siłę w związku dla "dobra dziecka". Wszelkie możliwe badania świadczą o czymś dokładnie przeciwnym
Rumek12
Anonimowe6692 wszystkie badania mówią, że dzieci z rozbitych rodzin gorzej się rozwijają i w dodatku "dziedziczą" nieumiejętność budowania stałych relacji.
Anonimowe6692
Za to dzieci z rodzin, w których rodzice potrafią się na siebie tylko wydzierać funkcjonują świetnie i budują bardzo zdrowe relacje 🤡🤡🤡
Rumek12
Anonimowe6692 niech zgadnę, sama jesteś z rozbitej albo rozbiłaś? A może obie te rzeczy? Udajesz, że są tylko dwie drogi: udane małżeństwo i jakiś koszmar na jawie, z którego można tylko uciec. W rzeczywistości zazwyczaj każdy ma coś pomiędzy. Odpowiedzialni ludzie kształtują swój świat, rozwiązują problemy, ustępują, poświęcają coś, żeby otrzymać coś innego. A nie odchodzą bezradnie rujnując szansę dzieci na dobre życie. Opowiadając bajki samopocieszajki o rzekomej strasznej alternatywie bez nadziei.
Diddl
Rumek12, wpisałam w google twój komentarz o tych rzekomych badaniach. ,,Badania (m.in. długofalowe analizy prof. E. Marka Cummingsa czy prof. Roberta Emery'ego) wyraźnie wskazują, że to nie sam fakt formalnego rozstania rodziców jest najbardziej szkodliwy dla rozwoju dziecka. Największym czynnikiem ryzyka jest wysoki, przewlekły i niszczący konflikt między rodzicami." Czyli dzieciom szkodzi jak rodzice zamiast normalnie się rozstać, toczą miedzy sobą wojenkę, a często przy tym traktują dzieci jak karty przetargowe. Jak rodzice rozstają się w zgodzie, zapewniają dziecko, że nadal jest tak samo kochane, że będzie miało kontakt z rodzicem, który się wyprowadza (albo po swojej wyprowadzce z drugim rodzicem) to jest to dla niego zdecydowanie lepsze niż oglądanie nieszczęśliwych rodziców. I słuchanie ich kłótni, bo ileż można zaciskać zęby tkwiąc w nieszczęśliwym małżeństwie ,,dla dobra dziecka". Nie każdy problem w małżeństwie da się rozwiązać, nie każde da się naprawić. Nawet nie musi być jakiegoś poważniejszego problemu, tylko po prostu uczucie się wypaliło. U autorki właśnie raczej nie ma poważniejszego problemu, skoro woli pozostać na utrzymaniu męża niż znaleźć pracę i się rozwieść. W każdym razie dalej co twierdzi AI google: ,,• Dzieci wychowujące się w pełnych rodzinach, w których dochodzi do stałej wrogości, przemocy psychicznej lub chłodu emocjonalnego, często rozwijają się gorzej niż dzieci z rodzin po rozwodzie, w których zapanował spokój.
• Zakończenie toksycznego związku rodziców i wyciszenie emocji w domu bywa dla dziecka czynnikiem chroniącym, a nie niszczącym." Oczywiście tu nie mamy informacji o tym, żeby małżeństwo autorki było toksyczne, bo tak naprawdę nic o nim nie wiemy, ale za to wiemy, że ich córka ma prawie 2 lata, więc nawet by nie pamiętała rozwodu rodziców. Jest jeszcze na tyle mała, że jeśli między nimi jest coś źle w małżeństwie, to ona nie będzie tego pamiętała, jeśli się rozwiodą. A co za tym idzie nie będzie miało przez to traumy
Diddl
''• Wzorce komunikacji: Jeśli dziecko widzi konstruktywne radzenie sobie z kryzysami (nawet jeśli kończą się one rozstaniem z szacunkiem), zyskuje lepsze narzędzia niż dziecko obserwujące ciągłą manipulację w „pełnym” małżeństwie." Czyli nie tkwienie w nieszczęśliwym małżeństwie i kłótnie przez narastającą frustrację, tylko próba rozwiązania problemu, nawet jeśli to oznacza rozstanie się z szacunkiem."• Przerwanie cyklu: Osoby z rozbitych rodzin bardzo często wykazują ogromną motywację do pracy nad sobą. Świadomość błędów popełnionych przez rodziców sprawia, że w dorosłym życiu częściej korzystają z psychoterapii lub warsztatów komunikacji, budując bardzo stabilne, dojrzałe związki." A teraz zestaw to z dzieckiem, które wychowało się w nieszczęśliwym skonfliktowanym małżeństwie, które się nie rozwiodło ,,dla jego dobra" i to dziecko wychowało się w przeświadczeniu, że to jest normalne. Nie uczy się na błędach rodziców (chyba że jednak by samo dostrzegło ich błędy), bo rodzice nie potrafili się nimi zająć, w tym rozwieść, pozwalając dziecku zobaczyć, że rozstanie to czasami najbardziej dojrzałe wyjście. ,,• Większość dzieci z rodzin po rozwodzie (ok. 75-80%) rozwija się prawidłowo, nie wykazuje poważniejszych problemów behawioralnych ani psychicznych w dorosłym życiu i tworzy udane relacje." Czyli statystyki zaprzeczają twojej teorii, jakoby dzieci z rozbitych rodzin miały problemy i nie potrafiły tworzyć stabilnych relacji. "• Kluczem do tego sukcesu nie jest brak rozwodu, ale jakość opieki po rozstaniu – stała obecność obojga rodziców w życiu dziecka (jeśli to bezpieczne), brak wciągania dziecka w konflikt i zapewnienie mu stabilności materialnej oraz emocjonalnej." Czyli jak już pisałam, jak rodzice rozstają się w zgodzie plus jakość opieki po rozstaniu się nie pogarsza, a dziecko ma stałą obecność obojga rodziców w swoim życiu, jeśli to bezpieczne (no logiczne, że przemocowy rodzic nie powinien mieć kontaktu z dzieckiem) i dziecko ma zapewnioną stabilność
Diddl
materialną i emocjonalną (a ciężko mówić o stabilności emocjonalnej u dziecka, które ciągle słyszy kłótnie rodziców) to dziecko nie będzie miało żadnych problemów. A sugerowanie że Anonimowe6692 na pewno jest z rozbitej rodziny albo sama rozbiła, to aż ciężko skomentować. Nie widzę żeby gdziekolwiek sugerowała, że albo małżeństwo jest udane albo jest koszmarem na jawie. Małżeństwo nie musi być koszmarem na jawie, żeby było nieszczęśliwe i rozstanie było rozsądnym wyjściem. Istnieją terapie małżeńskie, ale nie zawsze to pomoże. Uczucie po prostu mogło się wypalić, próby rozpalenia na nowo nie pomogły, a dziecko widzi, że rodzice się nie kochają i są ze sobą tylko z przyzwyczajenia albo dla jego mitycznego dobra. Mogło też dojść do zdrady, zdradzona osoba chciała wybaczyć, ale jednak wyszło, że nie jest w stanie i tylko tworzyłby się dystans miedzy rodzicami, które dziecko widzi. Zresztą było ostatnio wyznanie kobiety, którą mąż zdradził, ona chciała mu wybaczyć, ale jednak nie jest w stanie. I też tam były problemy miedzy nimi wcześniej.
Rumek12
@Diddl badania mówią, że najlepiej sobie radzą dzieci z pełnych rodzin, które się nie kłócą. Udajesz, że małżonkowie nie mają wpływu na kłótnie? To nie jest jak pogoda. To jest w zasięgu rodziców. Twoja gadka to typowe usprawiedliwianie.
Czyli inaczej mówiąc: "nie robię nic, żeby coś się zmieniło, bo jak się zmieni to przestanę tkwić w sytuacji, która mi nie odpowiada".
To ma sens!
Logiczne.
Przecież możesz się rozwieść i żyć z alimentów
To tak nie działa. Alimenty na dziecko są na dziecko, więc jeśli ona nie pracująca wniosłaby o rozwód, opiekę nad dzieckiem i alimenty na dziecko, to sąd ustaliłby wysokość alimentów przede wszystkim na podstawie usprawiedliwionych potrzeb dziecka oraz możliwości zarobkowych i majątkowych rodziców (art. 135 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Czyli brałby pod uwagę to, że ona ma możliwość pójścia do pracy i zarabiania. Jedynie jakby opiekowała się małym dzieckiem, tj. niemowlęciem, chorym dzieckiem lub dzieckiem w wieku żłobkowym, to sąd uznałby opiekę całodobową za jej wkład i wtedy ciężar finansowy faktycznie może nawet w 100% zostać przeniesiony na ojca. Tutaj jest małe dziecko, ale nie wiemy czy chodzi do żłobka/przedszkola czy nie. Jak dziecko będzie już starsze (chodzące do szkoły), a ona mimo to by nie pracowała i nie szukałaby zatrudnienia, sąd by ocenił jej tzw. możliwości zarobkowe. Zbada, ile mogłaby zarobić, biorąc pod uwagę jej wykształcenie, doświadczenie i stan zdrowia, gdyby dołożyła należytej staranności w szukaniu pracy. • Wówczas sąd uzna, że matka powinna dokładać się do dziecka finansowo (np. w 40% lub 50%). Jeżeli ojciec zarabia dobrze, kwota alimentów od niego nadal może być wysoka, ale zostanie pomniejszona o tę część, którą – według wyliczeń sądu – powinna pokrywać matka ze swoich hipotetycznych zarobków. I to wszystko tylko jeśli ona faktycznie dostałaby opiekę, bo on też może wnieść o opiekę i skoro matka nie pracuje, a on tak, to jest wysoce prawdopodobne, że tą opiekę by dostał, choć oczywiście nie jest to pewne, zależy od czasu pracy ojca czy więzi z matką. Przy opiece naprzemiennej mógłby mieć zasądzone alimenty wyrównawcze, bo dziecko ma być na równej stopie życiowej w obu domach. A jeśli chodzi ci o alimenty na żonę, to może żądać alimentów od niego, jeśli znajduje się w niedostatku (czyli nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić swoich podstawowych usprawiedliwionych potrzeb, a z wyznania nic takiego nie wynika) i te alimenty są
zasądzane na 5 lat. Sąd może ten 5-letni termin przedłużyć ze względu na wyjątkowe okoliczności (np. ciężką, nieodwracalną chorobę byłej żony), ale autorka chyba by nie chciała ciężko i nieodwracalnie zachorować. Jeśli sąd by uznał męża za wyłącznie winnego rozpadu pożycia, to ona nie musiałaby udowadniać, że cierpi niedostatek. Wystarczy, że wykaże istotne pogorszenie sytuacji materialnej w porównaniu do poziomu życia, jaki miała w trakcie małżeństwa. Jednak z wyznania nie wynika, żeby on robił coś złego, źle ją traktował czy coś. Wynika tylko tyle że autorka z jakiegoś powodu jest nieszczęśliwa w tym małżeństwie, ale jednocześnie nie chce pójść do pracy i się rozwieść, bo pewnie mąż dużo zarabia i szkoda jej się rozstawać z tą kasą. Ba! Ona nawet nie ogarnia, że rozwód nie oznacza, że musi samodzielnie być w stanie utrzymać dziecko, jakby w ogóle nie zamierzała wnosić o alimenty na dziecko, gdy wniosła o rozwód. W każdym razie w przypadku wyłącznej winy męża nie obowiązuje termin 5 lat i alimenty mogą być dożywotnie, chyba że zajdą określone ustawowo okoliczności. Do tego niezależnie od tego, czy rozwód był z winy męża, czy nie, obowiązek alimentacyjny na byłego małżonka zawsze wygasa w przypadku, gdy osoba uprawniona (w tym przypadku byłaby to autorka) zawrze nowy związek małżeński. Co ważne, wejście w nieformalny związek (konkubinat) nie kończy tego obowiązku automatycznie, ale może być dla sądu podstawą do obniżenia lub całkowitego uchylenia świadczenia. Tak więc jeśli autora chciałaby się dożywotnio utrzymywać z alimentów od byłego męża, to nie mogłaby nigdy wejść w nowy związek. XDDD No i jeśli on by umarł przed nią, to obowiązek alimentacyjny całkowicie by wygasł, a ona nadal byłaby bez pracy, bez źródła utrzymania. Jeśli on miałby długi alimentacyjne, to one stałyby się długiem spadkowym i spadkobiercy zmarłego odpowiadaliby za spłatę tego długu do wysokości wartości przejętego majątku. O ile by nie odrzucili całkowicie spadku wraz z długiem. Mogłaby
nowy pozew przeciwko byłym teściom, ale musiałaby żyć w skrajnym niedostatku i nie być w stanie samodzielnie zaspokoić swoich potrzeb. Lenistwo to nie jest brak możliwości zaspokojenia swoich potrzeb. I tylko jeśli żadne inne osoby bliżej spokrewnione, jej córka, gdyby była już dorosła, jej rodzice np., nie byłyby w stanie jej pomóc. No i bierze się pod uwagę realne możliwości zarobkowe i majątkowe byłych teściów. No i jeśli on by płacił alimenty na ich córkę, to po jego śmierci oczywiście jej (córce, nie autorce, choć gdyby zmarł przed pełnoletnością córki to oczywiście autorka musiałaby wnieść w imieniu córki o to) należałaby się renta rodzinna. przypadku alimentów na byłą żonę renta rodzinna po zmarłym przysługuje jej tylko wtedy, gdy w dniu jego śmierci miała prawo do alimentów ustalone wyrokiem lub ugodą sądową. Dziwię ci się wyzwolonaa, że w ogóle takie rzeczy piszesz. Niby jesteś feministką, za emancypacją kobiet, a tymczasem sugerujesz kobiecie, żeby przez całe życie była na utrzymaniu męża, nawet po rozwodzie, podczas gdy kiedyś kobiety nawet nie miały możliwości same się utrzymać i musiały tkwić w nieszczęśliwym małżeństwie, choćby mąż pił i bił. Dzisiaj jest inaczej, kobiety mogą pracować, a ty sugerujesz kobiecie, żeby nadal nie pracowała i była uzależniona od faceta. XDDDD
Diddl serio się tak produkujesz pod wysrywem wyzwolonego? Przecież to jest troll co pisze wiecznie jakieś pierdoły.
To bardzo mądre, że się nie chcesz rozwodzić. To by było mega durne, gdybyś zniszczyła dziecku życie przez własne błędy w wyborach życiowych i nieumiejętności naprawiania swojej sytuacji w zdrowy sposób.
Mega durne jest myślenie, że rozwód rodziców niszczy życie dziecka bardziej niż nieszczęśliwi rodzice, tkwiący na siłę w związku dla "dobra dziecka". Wszelkie możliwe badania świadczą o czymś dokładnie przeciwnym
Anonimowe6692 wszystkie badania mówią, że dzieci z rozbitych rodzin gorzej się rozwijają i w dodatku "dziedziczą" nieumiejętność budowania stałych relacji.
Za to dzieci z rodzin, w których rodzice potrafią się na siebie tylko wydzierać funkcjonują świetnie i budują bardzo zdrowe relacje 🤡🤡🤡
Anonimowe6692 niech zgadnę, sama jesteś z rozbitej albo rozbiłaś? A może obie te rzeczy? Udajesz, że są tylko dwie drogi: udane małżeństwo i jakiś koszmar na jawie, z którego można tylko uciec. W rzeczywistości zazwyczaj każdy ma coś pomiędzy. Odpowiedzialni ludzie kształtują swój świat, rozwiązują problemy, ustępują, poświęcają coś, żeby otrzymać coś innego. A nie odchodzą bezradnie rujnując szansę dzieci na dobre życie. Opowiadając bajki samopocieszajki o rzekomej strasznej alternatywie bez nadziei.
Rumek12, wpisałam w google twój komentarz o tych rzekomych badaniach. ,,Badania (m.in. długofalowe analizy prof. E. Marka Cummingsa czy prof. Roberta Emery'ego) wyraźnie wskazują, że to nie sam fakt formalnego rozstania rodziców jest najbardziej szkodliwy dla rozwoju dziecka. Największym czynnikiem ryzyka jest wysoki, przewlekły i niszczący konflikt między rodzicami." Czyli dzieciom szkodzi jak rodzice zamiast normalnie się rozstać, toczą miedzy sobą wojenkę, a często przy tym traktują dzieci jak karty przetargowe. Jak rodzice rozstają się w zgodzie, zapewniają dziecko, że nadal jest tak samo kochane, że będzie miało kontakt z rodzicem, który się wyprowadza (albo po swojej wyprowadzce z drugim rodzicem) to jest to dla niego zdecydowanie lepsze niż oglądanie nieszczęśliwych rodziców. I słuchanie ich kłótni, bo ileż można zaciskać zęby tkwiąc w nieszczęśliwym małżeństwie ,,dla dobra dziecka". Nie każdy problem w małżeństwie da się rozwiązać, nie każde da się naprawić. Nawet nie musi być jakiegoś poważniejszego problemu, tylko po prostu uczucie się wypaliło. U autorki właśnie raczej nie ma poważniejszego problemu, skoro woli pozostać na utrzymaniu męża niż znaleźć pracę i się rozwieść. W każdym razie dalej co twierdzi AI google: ,,• Dzieci wychowujące się w pełnych rodzinach, w których dochodzi do stałej wrogości, przemocy psychicznej lub chłodu emocjonalnego, często rozwijają się gorzej niż dzieci z rodzin po rozwodzie, w których zapanował spokój.
• Zakończenie toksycznego związku rodziców i wyciszenie emocji w domu bywa dla dziecka czynnikiem chroniącym, a nie niszczącym." Oczywiście tu nie mamy informacji o tym, żeby małżeństwo autorki było toksyczne, bo tak naprawdę nic o nim nie wiemy, ale za to wiemy, że ich córka ma prawie 2 lata, więc nawet by nie pamiętała rozwodu rodziców. Jest jeszcze na tyle mała, że jeśli między nimi jest coś źle w małżeństwie, to ona nie będzie tego pamiętała, jeśli się rozwiodą. A co za tym idzie nie będzie miało przez to traumy
''• Wzorce komunikacji: Jeśli dziecko widzi konstruktywne radzenie sobie z kryzysami (nawet jeśli kończą się one rozstaniem z szacunkiem), zyskuje lepsze narzędzia niż dziecko obserwujące ciągłą manipulację w „pełnym” małżeństwie." Czyli nie tkwienie w nieszczęśliwym małżeństwie i kłótnie przez narastającą frustrację, tylko próba rozwiązania problemu, nawet jeśli to oznacza rozstanie się z szacunkiem."• Przerwanie cyklu: Osoby z rozbitych rodzin bardzo często wykazują ogromną motywację do pracy nad sobą. Świadomość błędów popełnionych przez rodziców sprawia, że w dorosłym życiu częściej korzystają z psychoterapii lub warsztatów komunikacji, budując bardzo stabilne, dojrzałe związki." A teraz zestaw to z dzieckiem, które wychowało się w nieszczęśliwym skonfliktowanym małżeństwie, które się nie rozwiodło ,,dla jego dobra" i to dziecko wychowało się w przeświadczeniu, że to jest normalne. Nie uczy się na błędach rodziców (chyba że jednak by samo dostrzegło ich błędy), bo rodzice nie potrafili się nimi zająć, w tym rozwieść, pozwalając dziecku zobaczyć, że rozstanie to czasami najbardziej dojrzałe wyjście. ,,• Większość dzieci z rodzin po rozwodzie (ok. 75-80%) rozwija się prawidłowo, nie wykazuje poważniejszych problemów behawioralnych ani psychicznych w dorosłym życiu i tworzy udane relacje." Czyli statystyki zaprzeczają twojej teorii, jakoby dzieci z rozbitych rodzin miały problemy i nie potrafiły tworzyć stabilnych relacji. "• Kluczem do tego sukcesu nie jest brak rozwodu, ale jakość opieki po rozstaniu – stała obecność obojga rodziców w życiu dziecka (jeśli to bezpieczne), brak wciągania dziecka w konflikt i zapewnienie mu stabilności materialnej oraz emocjonalnej." Czyli jak już pisałam, jak rodzice rozstają się w zgodzie plus jakość opieki po rozstaniu się nie pogarsza, a dziecko ma stałą obecność obojga rodziców w swoim życiu, jeśli to bezpieczne (no logiczne, że przemocowy rodzic nie powinien mieć kontaktu z dzieckiem) i dziecko ma zapewnioną stabilność
materialną i emocjonalną (a ciężko mówić o stabilności emocjonalnej u dziecka, które ciągle słyszy kłótnie rodziców) to dziecko nie będzie miało żadnych problemów. A sugerowanie że Anonimowe6692 na pewno jest z rozbitej rodziny albo sama rozbiła, to aż ciężko skomentować. Nie widzę żeby gdziekolwiek sugerowała, że albo małżeństwo jest udane albo jest koszmarem na jawie. Małżeństwo nie musi być koszmarem na jawie, żeby było nieszczęśliwe i rozstanie było rozsądnym wyjściem. Istnieją terapie małżeńskie, ale nie zawsze to pomoże. Uczucie po prostu mogło się wypalić, próby rozpalenia na nowo nie pomogły, a dziecko widzi, że rodzice się nie kochają i są ze sobą tylko z przyzwyczajenia albo dla jego mitycznego dobra. Mogło też dojść do zdrady, zdradzona osoba chciała wybaczyć, ale jednak wyszło, że nie jest w stanie i tylko tworzyłby się dystans miedzy rodzicami, które dziecko widzi. Zresztą było ostatnio wyznanie kobiety, którą mąż zdradził, ona chciała mu wybaczyć, ale jednak nie jest w stanie. I też tam były problemy miedzy nimi wcześniej.
@Diddl badania mówią, że najlepiej sobie radzą dzieci z pełnych rodzin, które się nie kłócą. Udajesz, że małżonkowie nie mają wpływu na kłótnie? To nie jest jak pogoda. To jest w zasięgu rodziców. Twoja gadka to typowe usprawiedliwianie.