#PL8BM

Jako brzdąc zaprzyjaźniłam się z naszym psem, jego buda była moim placem zabaw i "drugim domkiem".

Mieszkaliśmy na wsi, od drogi (dość ruchliwej) było jakieś 50 metrów, a że jako dziecko byłam trochę niesforna, to na tę drogę często uciekałam. Za drogą była rzeka, zawsze mnie nad nią ciągnęło.

Pewnego słonecznego dnia kilkuletnia ja spokojnie bawiłam się na podwórku i nagle bum - zniknęłam.
Rodzice z dziadkami spanikowali, szukali mnie wszędzie - u sąsiadów, u cioci, do której czasem uciekałam, nad rzeką. Wszędzie, dosłownie wszędzie. Dobre dwie godziny. W końcu zrozpaczeni rodzice postanowili powiadomić milicję. Byli przekonani, że ktoś mnie porwał lub utonęłam.
Zapłakana mama siadła z babcią na ławeczce przed domem, tata, dziadek i wujkowie w tym czasie przeszukiwali tereny nad rzeką. I nagle, po ponad dwóch godzinach od mego zaginięcia, na oczach zrozpaczonej i zszokowanej mamy wyszłam lekko zaspana z budy naszego psa i jak gdyby nigdy nic poszłam dalej się bawić.

Do dziś uwielbiam psy, miałam ich w życiu kilka, jestem kynologiem i zajmuję się psami przez całe moje życie, ale najmilej wspominam tego pierwszego, był moim najlepszym przyjacielem przez wszystkie lata swego życia :)
Waniliowabeza Odpowiedz

A jak mame wkurzałaś potem to krzyczała "Do budy!"

Corazwiecejpustki

A ona na to: Dziekuje mamo.

Mmpp00 Odpowiedz

Biedni rodzice, biedni dziadkowie.. Ale musiałaś im strachu narobić.. :p

Tardiss Odpowiedz

Mam wrazenie, ze czytalam te historie juz kiedys ALE na 100% nie dziala sie ona w Polsce.

cluelesstapioca Odpowiedz

w tym przypadku sie tak nie stalo, ale policja/milicja dopiero po dwoch godzinach to przepis zeby dziecka zywego juz nie zobaczyc

Dodaj anonimowe wyznanie