#P251v
Prawdziwym kuriozum były papierosy za 1,30 zł. Marka nazywała się „Prima”, ale pod spodem mniejszą czcionką byto napisane, że to są papierosy „piątej klasy” („класс пятый”). Tak naprawdę nie wyglądały nawet jak papierosy, tylko jakieś nieudolne skręciki, tytoń nie był sprasowany, a bibułka sklejona, po prostu ta mieszanka, wśród której nie jestem pewien, czy tytoń w ogóle był, była owinięta w papierek i się wysypywała. Nie próbowałem ich, ale widziałem, że przy zapaleniu dawały czarny, śmierdzący dym.
Pewnego razu babcia podejmowała gości i poprosiła mnie, żebym otworzył wino. W tym celu miałem użyć „porządnego”, „szwajcarskiego” scyzoryka z korkociągiem. Nie udało się – korkociąg się... wyprostował.
Była wśród tych wszystkich rzeczy jedna, którą uwielbiałem i mam do niej szczególny sentyment. Ta pakowana w blaszane puszki chałwa. Nie taka, jak teraz sprzedają w sklepach, tłusta i do obrzydliwości słodka – tamta była sucha, krucha i miała niepowtarzalny smak. Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze na nią natknę.
Taka chałwa to brzmi jak Turecka albo generalnie Azerska.
Jak byłem dzieckiem, to ojciec przez rok pracował w ZSRR. Jedna z rzeczy, które przywoził i dobrze pamiętam była właśnie chałwa. Jak u autora, duża blaszana puszka i chałwa d jednym kawałku.