Jadę sobie rowerkiem po ścieżce. Tempo niespacerowe, ale dopiero rozgrzewka, więc nie wyścigi. Wyprzedzam jakiegoś małolata. Po chwili słyszę, że małolat syczy jak lokomotywa i zasuwa tuż za mną. Nawet mnie to rozbawiło, więc nie powiem, że nie, trochę przyspieszyłem. Małolat syczy jak parowóz. W oddali ścieżka się kończy i przechodzi w asfalt. Małolat zbiera się na nadludzki wysiłek, zasuwa nogami jak na Tour de Pologne. W końcu małolat mnie dogania i wyprzedza, tak powoli, jak tir wyprzedza tira na autostradzie. Małolat jeszcze dodaje gazu. Oczy mu prawie na wierzch wyszły, ja już myślę, jak szła resuscytacja u dzieci :D ale no dobra, dał radę i wyprzedził mnie. Oddala się.
Mija chwila i następuje nieuchronny koniec – małolat puchnie, nie wytrzymuje, a ja swoim niezmiennym tempem wyprzedzam go – żaden wyczyn, po prostu jadę swoje.
Ale jednego nie zauważyłem – że już byliśmy za ścieżką dla rowerów, na asfalcie. I nagle małolat triumfalnie krzyczy do mnie z oddali w tle: „WYGRAŁEM!!!”.
Dodaj anonimowe wyznanie
Myślałem że cię tak podpuścił żebyś wjechał w bajoro. To było w jakimś filmie.
Za kilka lat ten małolat wskoczy w jakieś bawarskie padło i to samo będzie uskuteczniał na drodze.