#LDVwj

Miałam chłopaka, nazwijmy go Marcin. Zakochałam się w nim do szaleństwa, wydawało mi się, że on też coś czuje, ale po pewnym czasie naszej relacji okazało się, że z jego strony było to tylko zauroczenie. Cierpiałam bardzo, ale w końcu się pozbierałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zerwałam z nim kontakt, ale on zawsze wracał. Praktycznie za każdym razem niewinne wymienianie kilku wiadomości kończyło się na tym, że moje uczucia do niego ożywały. Potem znowu nie mieliśmy kontaktu, ja myślałam, że mi przeszło, kontakt się pojawiał, mi wszystko wracało i tak zataczało się kółko. Trwało to wszystko ponad rok. Ostatni raz kiedy mieliśmy kontakt był kilka miesięcy temu. Wtedy obiecałam sobie, że to już koniec, że chcę go wyrzucić ze swojego życia raz na zawsze.
Co się dzieje teraz? Znowu wszystko wróciło. Nie wiem co mam robić, oszukuję samą siebie i wszystkich wokół, że go nie kocham. A kocham bardzo mocno, nadal. I nie umiem sobie z tym poradzić. Z jednej strony czuję się z nim tak dobrze, z drugiej wiem, że robię kolejny raz ten sam błąd. Nie wiem, czy on coś do mnie teraz czuje, wydaje mi się, że nie, ale nie mam żadnej pewności. Nasza relacja jest chora, a ja nie potrafię się z niej wyleczyć. Czuję się z tym wszystkim strasznie. Jestem zła na samą siebie. Nienawidzę siebie za to, że nie potrafię mu odmówić, zakończyć na zawsze tej znajomości. I najgorsze jest to, że nie wiem czego on chce, oczekuje ode mnie. Planuję z nim porozmawiać, ale nie wiem, czy zbiorę się na odwagę.

Ta historia nie ma morału ani żadnego szczęśliwego zakończenia i obstawiam się, że każde jej zakończenie będzie dla mnie bolesne, dlatego tak bardzo nie wiem co robić.
Boję się tylko jednego. Że nawet jeśli teraz to zakończę, to za 10 lat, gdy będę szczęśliwie zakochana w kimś innym, spotkam go na ulicy i wszystko wróci. Że nigdy się od niego tak naprawdę nie uwolnię. Cholernie się tego obawiam.

#MWWgx

Mam dwóch starszych braci. Paweł zdobywał przeważnie pierwsze miejsca w olimpiadach biologicznych, Piotrek zaś ukończył najlepsze technikum w mieście, mając na swoim koncie cztery wygrane olimpiady matematyczne.
A ja co? Jedyne pierwsze miejsce, jakie w życiu osiągnęłam, to w zawodach w jedzeniu pączków :)

#EElWl

Pracuję w pewnej instytucji, gdzie mamy bardzo ważne i drobiazgowo przestrzegane zasady dotyczące ochrony danych osobowych, w tym zasadę czystego biurka oraz ekranu – nikt poza mną nie może widzieć danych na moim monitorze ani dokumentach, które mam przed sobą. Po skończonej pracy mamy obowiązek chować papiery do szuflady zamykanej na klucz, a klucze trzymamy w tylko sobie i kierownikowi znanym miejscu. Gdy ktoś z pokoju, kto wie, gdzie one są, odchodzi gdzieś indziej, mamy obowiązek zmienić miejsce ich przechowywania. Oczywiście panuje bezwzględny zakaz korzystania z prywatnych pendrive-ów, wynoszenia pracy domowej do domu itd. Te zasady są przez nas z oczywistych względów przestrzegane, a przyłapanie na niedopilnowaniu tego wiąże się w najlepszym razie tylko z dyscyplinarką. Gdyby dane wyciekły... jest na nas paragraf. Gdyby na domiar złego wykryła to zewnętrzna kontrola, a takowe mamy często, bekną wszyscy, od dyrektora po stażystę.

Jak się domyślacie, w biurze mamy też personel techniczny, w tym panie sprzątające. Wszyscy oni mają bezwzględny zakaz dotykania naszych biurek (o ile nie są całkowicie puste i wyraźnie brudne po czyjejś wyprowadzce, bo o środowisko pracy dbamy sami, a to i tak tylko za prośbą kierownika/dyrekcji). Każdy z tych pracowników był pod tym względem wielokrotnie uświadamiany.

I po co ten długi wstęp? Żebyście wiedzieli, jak ciężka jest to materia.

Jest sobie pani Krysia. Poczciwa, niezamożna, dobra jak anioł kobiecina. Zawsze pomoże, pocieszy, zatroszczy się jak o własną rodzinę. Nieraz bezinteresownie ratowała dam dupska służbowo i prywatnie. Ta kobiecina bez naszej wiedzy i zgody przeszukała cały pokój, tak że znalazła klucze do szafki z dokumentami i w ramach babcinej dobroci chciała nam pomóc, robiąc tam porządek. Bo my biedne, tyle się z tym męczymy, siedzimy po godzinach (fakt). Jak coś miało datę starszą niż pół roku, wyrzucała. Żeby chociaż do niszczarki... wzięła i gdzieś wyniosła w worze. Dane wrażliwe, takie, dzięki którym można bardzo dużo złego zrobić.

Odzyskać się nie udało, zatuszować nie ma opcji, za ważne papiery, co najmniej raz na pół roku sprawdzane na kontroli. Dokumenty święte. I mamy teraz z koleżanką ogromny dylemat – albo do sądu idziemy my, albo pani Krysia. My mamy po mężu, domu i dzieciach na utrzymaniu, grozi nam odpowiedzialność karna, a jesteśmy niewinne. Pani Krysia to naprawdę cudowna osoba, zarabia dwie trzecie tego co my, ledwie przędzie. Sama jak palec, dostała od życia takiego kopa, że szkoda gadać. Będzie odpowiadać pod bardzo ciężkimi paragrafami, bo to dane piekielnie wrażliwe. Mnóstwo ludzi może stracić wszystko. Ona też. Nie rozumie, co zrobiła źle, dlaczego są takie, a nie inne zasady.

I co ja mam teraz zrobić? Szefostwo jeszcze nie wie. Dowody na winę pani Krysi są, i to twarde.

#Yw8Fw

Mieszkam z bratem i tatą. Obowiązki w domu: tata pracuje, ja sprzątam, więc co zostaje dla mojego starszego brata? Nic. Denerwowało mnie to, że jako jedyny niczym się nie zajmuje, więc stworzyłam listę „Dni Mycia Naczyń”. Nieważne, że wpisałam siebie trzy razy w tygodniu, bo i tak nie ja myję najwięcej naczyń, ale brat.
Moja strategia: Gotuję danie w niedzielę, które zostanie zjedzone całkowicie w środę – która jest dniem brata. Nie dość, że musi pozmywać naczynia z dania, to jeszcze musi na bieżąco myć wszystkie sztućce i talerze, które zostały wykorzystane do zrobienia następnego dania.
Żeby było jeszcze wredniej, przez dwa dni zostawiam swoje naczynia w swoim pokoju, nie wynosząc ich, chyba że jest to środa czy sobota (sobota to także dzień brata).
A w sobotę podczas sprzątania zbieram wszystkie naczynia, które trzeba pozmywać, z wszystkich pokoi. Tak oto mój brat zawsze ma najwięcej naczyń i zawsze najdłużej przy nich stoi, kiedy ja z tatą mamy może ze dwa talerze + sztućce.
Mój tata chyba się nawet połapał w tym, co robię, ale współpracuje ze mną (":

#qwLTD

Kilka lat temu wracałam wraz z grupką znajomych znad morza. I jak to w polskich pociągach: wszystkie miejsca siedzące zajęte, człowiek na człowieku na korytarzu, wszędzie walają się torby podróżne. My mieliśmy własny przedział, ale każda wycieczka do toalety wiązała się z darmowymi zajęciami z rozciągania nóg nad torbami i znoszeniem nienawistnych spojrzeń stojących pasażerów. Siłą rzeczy lepiej było siedzieć na tyłku. Droga jednak długa, kilkanaście godzin w jednej pozycji, trudna do wytrzymania. Najgorzej miała moja kuzynka, która podczas swojego najbardziej legendarnego skoku do wody (z dzikim okrzykiem „Fus ro dah!”) zerwała sobie więzadło krzyżowe i bez kul się nie ruszała. I tak jedziemy.
Zmieniałam często pozycję. Wszyscy generalnie leżeliśmy w najdziwniejszych kombinacjach, coby kończyny rozprostować. W pewnym momencie leżałam w półkłębku, z tyłkiem do góry. Od dłuższego czasu czułam zbierające się gazy. Ale to nic, myślałam. Przejdzie. Przecież nie będę się cisnąć. A gazów było coraz więcej.
Ktoś mówił coś śmiesznego, zaciskałam poślady, dawało radę. Ha, ha, hi, hi, he, he, ho, ho, wszystko wytrzymywałam.
Nagle się zamyśliłam, odpłynęłam na chwilę, ludzie przestali mówić, wszyscy totalny relaks... I nagle jak pociąg nie podskoczył na jakiejś nierównej szynie, w jednej chwili z mojego wystawionego do góry tyłka wydarł się najgłośniejszy i najbardziej przeciągły pierd w całym moim życiu. Leżałam z twarzą ściągniętą grozą, bezradnie próbując to powstrzymać, ale nic...
W jednej chwili przedział opustoszał.
Nigdy nie zapomnę spojrzenia mojej kuzynki, która została ze mną. Chcąc nie chcąc. W milczeniu.

#0AjGS

Większość mojej wiedzy na temat edukacji seksualnej muszę brać z anonimowych. Brzmi to głupio, ale są takie rzeczy, które nawet nie myślałabym, żeby wpisać nawet w wyszukiwarkę, a w szkole na WDŻ wolą mówić o papierosach i o pierwszej miesiączce. To anonimowe uświadomiło mnie, że zarazić choroba weneryczną można się nawet robiąc loda bez prezerwatywy. Ale ostatnio moja złość na wychowanie seksualne w szkole wzrosła.

Wyczułam mały guzek w piersi, jako że to była już późna godzina stwierdziłam, że mamie powiem rano i umówię się do ginekologa, ale sama posprawdzałam w internecie parę rzeczy. I tu się zaczyna – przeczytałam tyle rzeczy o piersiach, o których powinno się mówić w szkole, a tam nawet boją się powiedzieć słowo „pierś”.
Wiem, że to trochę zaniedbanie z mojej strony czy rodziców, ale no od czegoś jest te parę godzin WDŻ.

#vcpiw

W lutym tego roku rozstałem się z dziewczyną, nie dlatego, że nam się nie układało, tylko przez moją pracę i jej studia. Po prostu brak czasu i okazji do widywania się. Kiedy ona była na miejscu, ja byłem na wyjeździe. W sierpniu spotkaliśmy się po raz pierwszy od rozstania (w sumie były dwa razy) i myślałem, że wszystko jest już za nami – jak się okazało, tylko za nią. Na koniec drugiej wizyty pożegnałem się z nią już na zawsze, bo wiem, że to co było, już nie wróci. Wciąż ją kocham i pragnę, by stare czasy wróciły, lecz chyba nie ma na co liczyć. Wszyscy znajomi wyjechali i jak wrócą na weekend, to nawet nie dają znać, żeby wyjść. W skrócie – zostałem sam. Popołudnia spędzam na graniu na konsoli lub netflixie, popijając drinka, żeby dzień za dniem leciał. Jeszcze do niedawna byłem duszą towarzystwa, a teraz gdy jestem wśród ludzi praktycznie się nie odzywam, stałem się cieniem samego siebie i chyba popadam w depresję. Najlepsze jest to, że nie mogę iść do żadnego psychologa czy coś, bo zostanę wyrzucony z pracy za problemy psychiczne (zajebista polityka pracy, swoją drogą). Próby nawiązania jakiegoś bliższego kontaktu z kimś zawsze kończy się tak samo – odrzuceniem. Staram się sobie radzić i cieszyć się z małych rzeczy i skoro nadal tu jestem, to chyba jakoś mi idzie. 
Tyle miałem do przekazania i chyba po prostu musiałem to z siebie wyrzucić. Jeśli przeczytałe/aś to do końca, to życzę ci samych sukcesów w życiu, Anonimowy czytelniku, bywaj w zdrowiu.

#isSA0

Pracuję w gastro i powiem wam kilka rzeczy.
Pisząc „wam”, mam na myśli pracowników, nie klientów – klienci, zasługujesz dokładnie na to, co dajesz. Jesteś gburem? Prostakiem? Roszczeniowym idiotą? To bądź pewien, że nie dostaniesz najwyższej jakości obsługi, dania oraz każdy ma w dupie twoje: „Więcej tu nie przyjdę...”.
A teraz właściwa część.
Zacharowywałem się po 220 godzin, w okresie świątecznym zdarzało się, że nawet nie wracałem do domu. W wieku dwudziestu paru lat miałem już za sobą kilka załamań nerwowych, niezliczone ilości poparzeń, przewlekłe bóle pleców oraz kolan.
Cały czas trzymałem się przeświadczenia, że właśnie tak wygląda gastro. Byłem zafascynowany pracą w restauracjach, podobała mi się wizja, że dziś tu, jutro tam i wszędzie znajdę pracę. Kto pracował w kuchni wie, że to jest inny świat. Nie da się tego do niczego innego, co znam, porównać.
Pewnego dnia coś we mnie pękło, byłem po 14-godzinnej zmianie, siedziałem na zapleczu, czekałem na kumpla z restauracji obok i mieliśmy iść jeszcze na piwo i potem do domu odespać.
W barze spotkaliśmy się ze znajomymi, jednym z nich był kucharz, z którym pracowałem jakiś czas temu. Nie widzieliśmy się sto lat.
Podczas rozmowy wspomniałem o ilości pracy i godzin. Wtedy kumpel na mnie spojrzał i powiedział, że jestem głupi i mam to, na co się godzę. Zabolało, ale zapytałem, o co mu chodzi.
Okazało się, że kumpel pracuje w restauracji. Bardzo dobrej, ale nie ekskluzywnej. Pracuje 160 godzin w miesiącu. Za każdą nadgodzinę ma płacone 50% więcej, za każdą nadgodzinę w niedzielę lub święto 100%, zarabia więcej niż ja, mimo że moje doświadczenie jest znacznie większe. Do tego ma umowę o pracę i życie prywatne.
Zabrzmiało jak nierealne bredzenie, bo takie warunki są nieosiągalne w gastro.
Okazało się, że wraz z pozostałymi członkami zespołu w dniu największego obłożenia stolików zaprosili do stołu szefa restauracji. Powiedzieli grzecznie, jakie są ich oczekiwania, jakie warunki oraz co oferują w zamian. Na koniec stwierdzili, że to nie jest kwestia dyskusyjna i że albo szef idzie na taki układ, albo wszyscy wychodzą. Klął, groził, ale finalnie się zgodził. Zyskał stałą, zmotywowaną do pracy i oddaną ekipę, która sprawiła, że restauracja zyskała. Początki były trudne dla obu stron, ale finalnie stworzyli dobrze prosperujący zespół.
Przepis na sukces leżał na wyciągnięcie ręki. Po dwóch kolejnych latach znalazłem miejsce, w którym też udało się taki układ wdrożyć. Da się. A ci, którzy twierdzą inaczej – widać jeszcze nie spotkaliście się z rozumem.

#tqgux

Szedłem ostatnio na spacer z córkami w wózku dziecięcym (podwójnym). Spacerowaliśmy chodnikiem wzdłuż ruchliwej ulicy, aż natrafiliśmy na auto zastawiające niemal cały chodnik – między prawym bokiem samochodu a płotem zostało ok. 20 cm chodnika oraz jakieś 60 cm nierównego trawnika.
Do najbliższego przejścia musielibyśmy wracać jakieś 300 m, ewentualnie moglibyśmy wyjść po ciemku na ruchliwą ulicę, żeby go ominąć.

Z premedytacją przejechałem po trawniku, a wózek, kołysząc się na wyboistym trawniku, zrobił kilka głębokich rys na całym boku auta.

Niczego nie żałuję.
Dodaj anonimowe wyznanie