#4kc4t
Jako dorosła jestem wręcz pedantyczna, nienawidzę brudu i bałaganu, ogarniam obowiązki domowe szybko i łatwo. Ale dopiero niedawno do mnie dotarło, że to nie tak, że się zmieniłam. Musiałam wyprowadzić się z domu, by pewne rzeczy zrozumieć, a powroty na święta czy okazjonalne wizyty uświadamiają mi, iż błędne postępowanie dorosłych było uproszczone do nazywania mnie bałaganiarą.
Byłam jedynaczką wychowaną przez mamę i babcię. Zawsze miałam dużo wszystkiego. Zabawek, ubrań, przyborów artystycznych, maskotek, piżam, pościeli. Ja nawet o to nie prosiłam, po prostu najbliższa, ale i ta dalsza rodzina była bardzo hojna, może chciano mi wynagrodzić brak ojca? Nie wiem. Fakt, iż zawsze lubiłam się dzielić, chętnie pozwalałam innym dzieciom używać swoich zabawek, czego zakazywała mi mama, bo bała się, że wrócą zniszczone albo nie wrócą wcale. Czasem nie ogarniałam, że gdzieś jeszcze jest enta maskotka i zawsze czułam się okropnie, jak mama pytała: „o, a misiem tym i tym to już się nie pobawisz?”. Szczerze, to ja miałam kilka ulubionych rzeczy, zawsze grzecznie starałam się podziękować, wyeksponować pluszaki, aby widać było, że jestem wdzięczna i doceniam wszystko.
Problem w tym, że mój pokój był zawalony do granic możliwości. Ja nie miałam miejsca na książki szkolne, w końcu poukładałam je w równy stosik na skrawku podłogi, który nie był zajęty i dostałam za to burę, że kto kładzie książki na podłodze. Na biurku nie było miejsca. Moje szafki były zastawione rzeczami, ubrania nie mieściły się w malutkiej szafie, więc żeby nie dostać opierdzielu, że czemu uprane rzeczy nie są w szafie, próbowałam upchać je siłą, no to potem był płacz, że jak ja nie szanuję rzeczy, bo pogniecione jak szmata. Albo że nie wiem gdzie jest dziesiąta para jeansów. Gdzieś kuźwa na dnie tej miniszafy, serio, ciężko to było ogarnąć.
Nie było dość mebli na moje rzeczy, na meblach zaś dość miejsca. Mama wpadła na pomysł ładnych kartonów i to mi już totalnie zabrało miejsce pod biurkiem na nogi, a ja nie wiedziałam co jest w którym kartonie. Na podłodze nie było miejsca, żeby usiadło dwoje dzieci, jedno mogło z małym zestawem lego albo kilkoma Barbie, ale domku już się nie dało rozłożyć.
Bardzo ciężko było utrzymać porządek z ubraniami wysypującymi się z szafy, kartonami po brzegi wypełnionymi rzeczami, nigdy nie mogłam niczego znaleźć i płakałam z frustracji albo ze strachu, że dostanę ochrzan za bycie taką bałaganiarą, które nie szanuje rzeczy, bo nie wie gdzie je ma.
Ale zawsze przy innych było podnoszenie brwi i komentarz, że Amelka to straszna bałaganiara i chyba nie docenia, ile ma.
Dziękuję za to wyznanie. Sama miałam rzeczy w sam raz, ale moje dzieci już mają za dużo, żeby je ładnie uporządkować. A są malutkie. Muszę coś z tym zrobić.
Moja mama ukrywała część zabawek w pawlaczu, a jak o nich zapominałyśmy, albo marudziłyśmy o nowe, wyciągała je i podmieniała, w zamian za te, które aktualnie były w obiegu. My odkrywałyśmy zapomniane zabawki na nowo, a planeta nie była niepotrzebnie zaśmiecana jeszcze większą ilością plastiku.
Współczuję. Też miałam w dzieciństwie za dużo rzeczy i do dziś mam problem ze sprzątaniem.
No cóż, mnie też nazywali bałaganiarą i oczywiście słynny tekst "jeszcze nasrać na środku" xD
Cóż, do dziś nic się nie zmieniło. Nie zwracam uwagi na porozrzucane rzeczy, nie chce mi się ich układać i składać. Ale dla odmiany nie lubię brudu i muszę mieć wszystko czyste.
Są porozrzucane na krzesłach
Rozumiem to. Córka znajomej jest w takiej samej sytuacji. Ale nie przetłumaczysz dorosłym 🤦♀️🤷♀️
Potwierdzam, zbyt duża ilość rzeczy przeszkadza. Czasem żona mi się pyta - może nowy t-shirt? Może nowa bluza? Może spodnie? Nie. Mam wystarczająco. Wystarczająco t-shirtów, żeby ogarniać pranie raz na dwa tygodnie, wystarczająco spodni, bluz itd. Jak mi się coś zużyje, rozedrze itp. to wyrzucę i kupię nowe. Za to moja żona co jakiś czas dokupuje rzeczy, bo ładne, bo ten kolor to do torebki będzie pasował, bo potrzebuje 6 pary sandałów na lato w innym kolorze. No i spoko. Można tak. Tylko efekt jest taki, że góra prania rośnie, przy wejściu 20 par butów, ciuchy porozrzucane po cały mieszkaniu, a ona nie potrafi niczego znaleźć i nawet myślenie o zrobieniu porządku ją męczy. Bo zwyczajnie ma wszystkiego za dużo i już nie ogarnia.
Wiesz, u facetów moda nie zmienia się aż tak bardzo i jest bardziej uniwersalna. Na przykład taki czarny t-shirt i jeansy, albo koszula nie wyjdą z mody, no i są dobre na większość okazji. Wydaje mi się, że gdyby żona chodziła w takim zestawie codziennie, to nie byłbyś zadowolony. I jeśli ty założysz ten sam garnitur na wszystkie studniówki, wesela, urodziny i chrzciny to nikt nie zauważy. A jak żona będzie zawsze w tej samej sukience, no to to już będzie zauważalne. Może wygospodarujcie jej dodatkowa przestrzeń na ubrania, żeby dobrze widziała co ma i dzięki temu może zauważy, że patrzy na sukienkę od roku, a jej nie założyła ani razu.
Dlaczego Góra prania miałaby rosnąć? Przecież ona i tak wybrudzi taką samą ilość rzeczy, nieważne ile czystych ma w szafie.
MaryL, co jest nie tak w chodzeniu w tej samej kiecce na różne wesela?
Rodzina jako dziecko nazywała Cię bałaganiarą? :)))