#4efhs
Ta sytuacja trwa już od pół roku.
Dziś uparłam się, żeby mały spał u siebie i owszem, zasnął. Za to mój partner wiercił się w naszym łóżku i nie mógł spać. Stwierdził, że on woli spać z synem, że zgodził się na tę sytuację, żebym nie robiła fochów, że to jest małe dziecko, on się tak martwi, że syn w nocy się wystraszy, że od teraz będzie spał z nim. Zabrałam więc swoją pościel i się wyniosłam. W międzyczasie usłyszałam kilka niemiłych słów na temat swojego zachowania od mojego faceta. Zaś kilka chwil później młody obudził się i przybiegł do mnie z płaczem i w zasikanych majtkach. Przebrałam go i otarłam łzy. W międzyczasie wstał (obudzony z głębokiego snu) tatuś, opieprzył syna za płacz i sikanie, po czym wziął go do sypialni, wyprzytulał i powtarzał, jak bardzo go kocha.
Jakiś czas wcześniej odbył się ślub kuzyna mojego faceta, na który pary zostały zaproszone z dziećmi. Nie zabrakło więc mnie oraz tatusia z synkiem. Cały wieczór chodziłam sama lub siedziałam przy stole sama, bo mały chciał gdzieś iść z tatą albo bawić się z dziećmi, więc tato szedł go pilnować, albo mały płakał i się obrażał, więc tato bez słowa wychodził go zabawiać. Czasem zagadywała mnie siostra mojego faceta, a czasem jego rodzice, lecz generalne siedziałam przy stole z winem i walczyłam ze sobą, czy zamówić taksówkę i jechać do siebie do domu.
Ja wiem, że mój partner z synem widuje się dwa razy w tygodniu, a między nimi jest wielka miłość i tęsknią za sobą. Ale ja czuję się jak manekin. Czuję, że coraz mniej we mnie miłości wobec dziecka mojego faceta, nikt nie docenia moich starań. Ba! Młody zaczyna mi być obojętny. A tatuś? Kocham go i strasznie mi go brakuje. I czuję, że powoli znikam w tym związku, zajmuję rolę drugorzędną albo i dalej.
Teraz leżę sama w ciemnym pokoju i chce mi się wyć. Mężczyzna, którego kocham, śpi w sypialni ze swoim synem, a ja nie mogę być częścią tej rodziny. Dość mam tłumaczeń, że mały może być zazdrosny, że może czuć się odrzucony, że ja jestem dorosła, więc powinnam sytuację zrozumieć i ustosunkować się do niej. Ale zastanawiam się, po co tu jestem? Może sama miłość to za mało. Może spakuję jutro swoje rzeczy w walizki i wrócę tam, skąd przyszłam...?
Jeżeli dzieciak jest do Ciebie przyzwyczajony na tyle, żeby przyjść do Ciebie zasikanym i dać się przebrać i uspokoić, to chyba nie w tym jest problem, że jest "nieprzyzwyczajony do Ciebie". Te konieczne wypraszanie Cię z sypialni, upieranie się, żeby spać z dzieckiem w jednym pokoju choć wyraźnie nie ma potrzeby, bo dziecko wcale się nie bało... Przyznam, że mi się na myśl nasunęły bardzo złe rzeczy i mam nadzieję, że się mylę.
Toronto, ja już widzę czerwoną flagę. Związaną z tym, że chłopiec przyszedł z płaczem zasikany do autorki, a nie do ojca. Normalnie można by to wytłumaczyć, że może nie mógł obudzić taty (co tłumaczy, że został ,,obudzony z głębokiego snu"), ale po jego zachowaniu nie sądzę, żeby tak było. Facet opieprzył dziecko za płacz i sikanie, po czym jak gdyby nigdy nic wziął go do sypialni, żeby go wyprzytulać i powtarzać jak bardzo go kocha. Mi to przypomina toksycznego partnera, który najpierw po tobie jedzie (za coś, co nie jest twoją winą, a płacz pięciolatka i to że się zsikał nie jest jego winą), a potem bombarduje miłością.
Zostaw go, nie ma sensu brnąć w ten związek. Będzie tylko gorzej.
Trudna sytuacja. Wiem z doświadczenia, że pięciolatki miewają nocne koszmary i przychodzą w nocy do rodziców. Tylko inaczej się na to patrzy, kiedy to jest wspólne dziecko.
W małżeństwie jest zasada, że mąż/żona powinien być na pierwszym miejscu. Dopiero potem dzieci. Wy, co prawda, ślubu nie macie, więc nie można stosować tej zasady wprost. Jednak z zachowania partnera wynika, że stawia syna wyżej od Ciebie. To z kolei każe się zastanowić nad sensem takiego związku, bo przecież nie zamieni Was magicznie miejscami w dniu ślubu (jeśli ślub by się odbył).
Co to w ogóle za pomysł, żeby wypraszać Cię z własnej sypialni? To ojciec powinien w nocy wstać, uśpić dziecko w jego łóżku w jego pokoju i wrócić. Tak samo na weselu - owszem, dzieci bywają męczące i wymagające, ale na miejscu byli jeszcze dziadkowie tego dziecka i jego ciotka, więc na pewno dało się tak zorganizować opiekę, żebyś Ty również dobrze się bawiła ze swoim partnerem. Tylko najwyraźniej jemu brakuje chęci, żeby wysilić się i zatroszczyć również o Twoje potrzeby.
Opieka nad dzieckiem to działka rodziców, a innych to mogą co najwyżej spytać i poprosić o opiekę, a nie rozdzielać własne obowiązki i z góry zakładać, że ktoś je przejmie.
Może dziadkowie i ciotka chcieli się bawić? i mieli do tego prawo?
Oczywiście. Jednak najczęściej w rodzinach ludzie sobie pomagają. A dziadkowie lubią przebywać ze swoimi wnukami. Zarówno siostra, jak rodzice partnera dostrzegali, że autorka siedzi sama i starali się temu zaradzić. Myślę że równie chętnie zajęliby się na chwilę dzieckiem, żeby oboje mogli potańczyć.
Nie ma co demonizować pomocy przy dzieciach.
C.d
zrozumienia i poświęcenia . Wchodząc w związek patchworkowy wchodzisz w nowy wymiar życia . I taka jest prawda .
C.d
dyskutowali o wnuku i matce wnuka , gdzie podróżowali, co robili w weekend, że ona jest taka świetna mama. Traktowali JĄ jako rodzinę nie mnie. Dla mnie to była totalnie abstrakcyjna sytuacja. Kolejna rzecz, mój partner który jest wspaniałym ojcem i naprawdę wychowuje syna najlepiej jak potrafi chce na każdym kroku wynagrodzić mu swój brak w domu. I tak, jeżeli ktoś jest normalnym dobrym rodzicem będzie to robił. Czy dla mnie to było proste ? Absolutnie nie . Syn wchodzi mu na głowę. Spotkania z Nami (które są dwa, trzy razy w tygodniu na cały dzień) syn partnera kojarzy z atrakcjami, nagrodami, przygodami. Jest już tak nauczony że jeśli mamy „normalny” dzień , po prostu siedzimy w domu on jest niezadowolony i jemu się „nudzi” . Czy w tych dniach Ty będziesz uwzględniona ? Tak ale tylko jeśli uwzględnisz się sama . Wszystko robi się „pod dziecko” bo to ono teraz spędza czas z tatą Ty możesz ewentualnie być ich najlepszym towarzyszem i szukać w tym jakiejś radości ale uwierzcie mi, nie zawsze jest to proste. Do tego dochodzi nam była partnerka. Kontakt oczywiście jest regularny. Ona może „wymagać” bo przecież to Twój partner nie mieszka z dzieckiem. Jeśli ona pracuje od 6 rano, Twój partner o 5 będzie musiał być na nogach jechać opiekować się dzieckiem. Możesz pomarzyć o wspólnym śniadaniu.Kolejna rzecz. Życie osoby wolnej jak ptak uwierzcie mi odchodzi w niepamięć. Bierzesz na siebie cały bagaż osoby, z którą jesteś i musisz nauczyć się stawiać granice tam gdzie muszą być postawione. I najgorsze jest to, że partnerów osób z dziećmi nikt ale to nikt nie tłumaczy, za nic nie nagradza i nie rozumie. To Ty masz rozumieć ich wszystkich nie oni Ciebie. To jest szalenie, szalenie trudne. I szczerze ? Gdyby mój narzeczony nie był taki jaki jest (czyli w tym wszystkim widzi MNIE jako osobę najważniejszą jako przyszłą żonę dla, której na prawdę stara się posklejać ten świat pod naszą 3) to nie wiem czy dałabym radę . Tutaj potrzebna jest prawdziwa miłość , dużo zrozumieni
Weszłam sobie z ciekawości na forum dotyczące w sumie mojej codzienności i stwierdziłam, że również się wypowiem. Mam narzeczonego, który ma 8 letniego syna z poprzedniego związku. Syn nie był planowany a związek wtedy nawet nie był związkiem ale po zajściu w ciążę związkiem się stał. Wiadomo, najgorsze co można zrobić, związać się bo „dziecko”. Nie żyli ze sobą, nie pasowali do siebie, rozstali się.. scenariusz wydaje mi się dość niestety częsty w takiej sytuacji. No i wtedy poznałam go ja. Miałam 28 lat, mnóstwo znajomych, dobrą pracę, mieszkanie, które wynajmowałam ale mieszkałam sobie od długiego czasu sama. Żyłam na swoich zasadach totalnie wolna. Z moim obecnym narzeczonym namiętność wybuchla ogromna. Już po 1 spotkaniu wiedziałam, że on będzie dla mnie kimś wyjątkowym. On też to wiedzial. Zaczęliśmy się poznawać coraz bardziej, z czasem okazywało się, że mamy takie same priorytety, spojrzenie na świat. Śmiało mogę powiedzieć, że to miłość mojego życia. No ale będę z Wami teraz bardzo, bardzo szczera. Czy było kolorowo? Absolutnie nie. Czy gdybym wiedziała jak ciężkie jest bycie w związku z osobą, która ma już dziecko z poprzedniej relacji weszłabym w taki związek bez zastanowienia? Nie wiem. Chyba dobrze, że żyłam w bańce nieświadomości i najcięższe chwile są już za mną. Generalnie osoba, która wierzę się z kimś kto ma już dzieci powinna pamiętać o jednej ważnej sprawie. Tutaj nie pojawia się konfiguracja „Twój partner-jego syn”. Tutaj pojawia się niekończące się drzewo genealogiczne -była kobieta, jej matka, rodzice Twojwgo partnera, którzy nie rozumieją „Jak rodzice dziecka mogą nie być razem przecież to dziecko kiedyś Wam wszystkim pokaże!” . Tego nie przewidziałam. Gdziekolwiek się nie pojawiałam byłam jak 5 koło u wozu. Rodzice mojego narzeczonego nie interesowali się mną. Moim życiem, jaka jestem osobą. Oni interesowali się tylko swoim wnukiem. Pytali tylko o niego, dostosowywali się tylko do niego. Bywały dziesiątki sytuacji, że przez pół godziny dysku
Weszłam sobie z ciekawości na forum dotyczące w sumie mojej codzienności i stwierdziłam, że również się wypowiem. Mam narzeczonego, który ma 8 letniego syna z poprzedniego związku. Syn nie był planowany a związek wtedy nawet nie był związkiem ale po zajściu w ciążę związkiem się stał. Wiadomo, najgorsze co można zrobić, związać się bo „dziecko”. Nie żyli ze sobą, nie pasowali do siebie, rozstali się.. scenariusz wydaje mi się dość niestety częsty w takiej sytuacji. No i wtedy poznałam go ja. Miałam 28 lat, mnóstwo znajomych, dobrą pracę, mieszkanie, które wynajmowałam ale mieszkałam sobie od długiego czasu sama. Żyłam na swoich zasadach totalnie wolna. Z moim obecnym narzeczonym namiętność wybuchla ogromna. Już po 1 spotkaniu wiedziałam, że on będzie dla mnie kimś wyjątkowym. On też to wiedzial. Zaczęliśmy się poznawać coraz bardziej, z czasem okazywało się, że mamy takie same priorytety, spojrzenie na świat. Śmiało mogę powiedzieć, że to miłość mojego życia. No ale będę z Wami teraz bardzo, bardzo szczera. Czy było kolorowo? Absolutnie nie. Czy gdybym wiedziała jak ciężkie jest bycie w związku z osobą, która ma już dziecko z poprzedniej relacji weszłabym w taki związek bez zastanowienia? Nie wiem. Chyba dobrze, że żyłam w bańce nieświadomości i najcięższe chwile są już za mną. Generalnie osoba, która wierzę się z kimś kto ma już dzieci powinna pamiętać o jednej ważnej sprawie. Tutaj nie pojawia się konfiguracja „Twój partner-jego syn”. Tutaj pojawia się niekończące się drzewo genealogiczne -była kobieta, jej matka, rodzice Twojwgo partnera, którzy nie rozumieją „Jak rodzice dziecka mogą nie być razem przecież to dziecko kiedyś Wam wszystkim pokaże!” . Tego nie przewidziałam. Gdziekolwiek się nie pojawiałam byłam jak 5 koło u wozu. Rodzice mojego narzeczonego nie interesowali się mną. Moim życiem, jaka jestem osobą. Oni interesowali się tylko swoim wnukiem. Pytali tylko o niego, dostosowywali się tylko do niego. Bywały dziesiątki sytuacji, że przez pół godziny dysku