#ILkTa

O tym, że nauczyciele akademiccy to czasem też ludzie.

Jestem sobie ja - student trzeciego roku na jednej z topowych polskich polibud. Na studiach idzie mi bardzo dobrze, ale w tym semestrze jeden z przedmiotów totalnie mi nie leżał. Typowy "zapychacz", który ma niewiele wspólnego z kierunkiem studiów. Materiał bardzo trudny i jak na złość prowadzony przez starego profesora, który uważa, że jego przedmiot jest najważniejszy i każdy "ynżynier" musi być w tym zakresie specem. Przedmiot zaliczany kolosem wykładowym (materiału drugi raz tyle, co z pozostałych przedmiotów razem wziętych). Ważne w tym wyznaniu jest to, że profesor jest bardzo cięty na każdego, kto ściąga, a w wypadku przyłapania takiego gagatka na gorącym uczynku bardziej niż pewne jest skierowanie sprawy do dziekana i Bóg wie gdzie jeszcze, w każdym razie - przypał fest.

Pech chciał, że zaliczenie wypadło w dniu, gdy miałem jeszcze kilka innych prac pisemnych i to do nich uczyłem się mocniej ze względu na większe prawdopodobieństwo ich zaliczenia. Na ten "trudny przedmiot" przygotowałem sobie drobną ściągę, ale nawet nie zamierzałem jej użyć, ot takie wyjście awaryjne. Na kolosie wyjątkowo siadły mi pytania, więc z zapałem zapełniałem kartkę. Na tyle się na tym skupiłem, że totalnie nie zauważyłem, że profesur do mnie podszedł. Coś mu się nie spodobało i poprosił, bym okazał mu moją legitymację, by mógł upewnić się, czy jestem tym, za kogo się podaję. Wyciągnąłem portfel i w tym momencie zobaczyłem moją ściągę lądującą na ziemi przed moją ławką. Zamarłem, oblał mnie zimny pot, w głowie już wizja całego zamieszania z dziekanem i przynajmniej rocznej obsuwy w bronieniu inżyniera. Zobaczyłem jednak kątem oka, jak w kierunku mojej ściągi rzucił się młody doktor, który pomagał w pilnowaniu sali. Naprawdę, praktycznie pobiegł tam, gdzie wylądowała. Przydusił ją butem i staną jak wryty. Profesor spojrzał na niego dziwnie, ale nic nie powiedział. Ściągi jakimś cudem pan profesur nie zauważył, a ja zaliczyłem na 5, jednak jestem pewny, że gdyby nie heroiczny wyczyn doktora, byłbym totalnie w dupie.
Dziękuję.

#uX6TR

Jakiś czas temu chodziłem dość regularnie na siłownię. Podczas jednego z treningów na rozgrzewkę wziąłem sobie hantle o wadze bodajże 4 lub 5 kg. Rozumiecie - powymachiwać nimi na różne strony, rozgrzać mięśnie. I kiedy tak sobie wymachiwałem rękoma, podeszła do mnie jakaś dziewczyna, zaznaczę, że dość przypakowana i rzekła:
- Może dasz mi te hantle, a sobie weźmiesz jakieś bardziej męskie?

Tak mnie zatkało, że bez słowa jej je oddałem i poszedłem na drugi koniec siłowni :D

#ODu8T

Mój chłopak jest Brytyjczykiem i jak na Brytola przystało kocha herbatę (z mlekiem). Pije kilka herbat dziennie i bardzo lubi, kiedy je dla niego robię.

Za każdym razem, gdy kończę robić mu herbatę, stukam trzy razy łyżeczką o kubek, chcąc tym wywołać u niego odruch Pawłowa. Czekam na dzień, gdy zastukam o kubek i zastanę go ze śliną na brodzie czekającego na herbatkę.

#Pzz99

Moja była dziewczyna jest wielką obrończynią praw zwierząt. Imponowała mi tym i byłem dumny z tego, jak wielkie ma serce. Niestety, jej miłość do zwierząt z czasem przerodziła się w fanatyzm.

Pewnego dnia chciałem, żeby poszła ze mną na ślub mojego kuzyna. Byliśmy już wtedy dość długo razem i nawet nie pomyślałem, że mógłbym iść tam sam. Nie zgodziła się, bo nie chciała zostawić swojego kotka samego w domu. Co z tego, że w domu byli wtedy jej rodzice, kotek nie wytrzyma bez pańci jednej nocy (kot był stary i miał wywalone na wszystko, kiedy byłem u niej w domu, nie wydawał się być jakoś specjalnie do niej przywiązany). Ale OK, to jeszcze można zrozumieć.

Czara goryczy przelała się, kiedy oznajmiła mi, że nie możemy być dłużej razem. Dlaczego? Bo jej kotek mnie nie lubi. Powiedziała, że bardzo mnie kocha, ale nie może pozwolić, żeby jej kot cierpiał przez jej chłopaka. Na koniec stwierdziła, że kiedy kicia odejdzie z tego świata, znów będziemy mogli być razem.

Koteczek odszedł, a ona dotrzymała słowa i napisała do mnie, że znów możemy być parą. Nie odpisałem.

#RmDHB

Czekałam ostatnio na tramwaj pod moim wydziałem, gdy na przeciwległym przystanku dostrzegłam chłopaka z książką w dłoniach. Odległość między nami była na tyle duża, że zaistniał u mnie mały problem z odczytaniem liter na okładce. Jednak wciąż starałam się dojrzeć, co też ciekawego kolega pochłania. Pochylałam się, wytężałam wzrok i ogólnie odstawiałam publiczny pokaz niezgrabnych wygibasów, nie zdając sobie za bardzo sprawy z tego, co wyprawiam.

Wreszcie poczułam, że coś jest nie tak. Zerknęłam nieco wyżej i zaczęłam płonąć żywym ogniem wstydu, gdy okazało się, że gość przygląda mi się, choć nawet nie podniósł głowy znad lektury. W dodatku patrzył na mnie z pełnym zrozumieniem tego, co próbuję zrobić. Gdy złapaliśmy kontakt wzrokowy, zaczął się śmiać pod nosem, a finalnie zamknął książkę i pokazał mi okładkę, żebym mogła się jej porządnie przyjrzeć.

Cała czerwona pokazałam tylko kciuk w górę z firmowym grymasem nr 5 (czyt. właśnie odwaliłam coś głupiego), a następnie zasłoniłam twarz i wsiadłam do pierwszego tramwaju, który przyjechał. Nawet nie patrzyłam, czy był mój. Po prostu chciałam uciec jak najszybciej od tej krępującej sytuacji.
To nie był mój tramwaj, musiałam się przesiąść po dwóch przystankach.

Od tamtej pory nie spotkałam tego chłopaka i co za tym idzie - nie zostaliśmy parą. Ale przyznaję... był przystojny, zareagował dość przyjaźnie na moje dzikie harce, miał Wiedźmina na koszulce i czytał jedną z powieści Mroza. Mam wrażenie, że mógłby być dla mnie potencjalną partią idealną.

Jeśli to czytasz, pozdrawiam serdecznie. Też uwielbiam dobre kryminały i wymachiwanie srebrnym mieczem.

#nC20K

Postanowiłem zrzucić kilka kilogramów. Przeliczyłem sobie wszystko to co jem i co piję, zrobiłem tabelkę w Excelu, obliczyłem kalorie i wyeliminowałem to, co wprowadza do mojego organizmu najwięcej cukru.
Z obliczeń mi wyszło, że muszę zmienić tylko jedną rzecz w swojej diecie, więc od dziś piję whisky bez coli.

#gxxzH

Odbierałem moją siostrę po jej półrocznym pobycie w ośrodku leczenia anoreksji. W windzie dosiadła się do nas sąsiadka i powiedziała do niej "No, dawno cię nie widziałam, zmieniłaś się, chyba przydałoby ci się zrzucić parę kilo, co?".

Wcisnąłem guzik i wystawiłem sąsiadkę na nie jej piętrze.

#RE0rP

Za każdym razem, jak czytałam tu wyznanie o tym, że "byłam obmacywana w miejscu publicznym, ale nic z tym nie zrobiłam" uważałam, że to chore, że kobiety są współwinne takim zachowaniom nic nie robiąc. Wszystko się zmieniło, kiedy sama byłam uczestnikiem takiej sytuacji.
Jakiś czas temu jechałam autobusem, miałam na sobie krótka sukienkę. Siedziałam z przodu, zaraz za kierowcą, więc nikt nie mógł zobaczyć co się stało. W połowie trasy dosiadł się do mnie mniej więcej 50-letni mężczyzna. Usiadł niebezpiecznie blisko, jednak tłumaczyłam to sobie jego tuszą. Po chwili zaczął dotykać mojego kolana. I w tym momencie, kiedy powinnam krzyczeć, zatrzymać autobus, dzwonić na policję, tak jak zawsze to planowałam - zwyczajnie nie mogłam. Nie potrafiłam. Strach sparaliżował mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie się ruszyć. Miałam jedynie odruch wymiotny, zaczęłam się modlić, kiedy on trzymał rękę coraz wyżej mojego uda. Dopiero po zbyt długiej chwili byłam w stanie wydusić ciche "przepraszam" i wysiąść na kompletnie nieznanym mi przystanku.
Mimo upływu kilku tygodni nadal o tym myślę. Co jak kiedyś będę w gorszej sytuacji i też nie będę w stanie zareagować? Mam 16 lat, a jakiś stary oblech molestował mnie w miejscu publicznym. Boję się, jednocześnie czując zażenowanie moją postawą.

#QVm3r

Spotkałam ostatnio w metrze niesamowitą starszą parę. Słychać było, że się zbliżają już z daleka. Kobieta pospiesznie schodziła po schodach, zgarbiona, podpierając się "chodzikiem", a starał się ją dogonić starszy pan, wymachując przy tym laską i krzycząc "Nie wiem jak ja z tobą te 65 lat wytrzymałem, babo stara i wredna". Ona mu odkrzykiwała "Spieprzaj, ty stary dziadu, ch*j ci w dupę, nikt cię nie chce słuchać". I szli tak przez cały peron.

Kiedy nadjechał pociąg, kobieta powiedziała do męża "Tylko uważaj, żeby cię nie przejechał, szmaciarzu stary, bo się kłócić z kim nie będę miała".

Prawdziwa miłość.

#oChUB

Jestem księdzem.
Na fali ostatnich wyznań o kłopotach z tzw. „madkami” zdecydowałem się opisać mój bolesny przypadek.

Parę lat temu na mszy w kościele jedna z kobiet (nasza parafianka!) karmiła dziecko piersią. Robiła to wybitnie niedyskretnie. Nie chciałem robić afery i zwracać jej uwagi osobiście, aby nie poczuła się urażona i postanowiłem dwa tygodnie później, gdy miałem dyżur kazań, ogólnie zaprosić młode mamy do skorzystania w razie potrzeby z odpowiednio wyposażonej (!) łazienki w zakrystii, gdzie od lat można w spokoju nakarmić i przewinąć dziecko, jednocześnie słuchając tego, co dzieje się na Najświętszej Ofierze. I tyle. Bez wspominania o tej sytuacji, bez aluzji. Po mszy nikt nie przyszedł się upomnieć.
Następnego dnia rozpętała się burza. Do mojego przełożonego - proboszcza parafii - zaczęto wydzwaniać z pretensjami, że prześladuję kobiety karmiące. Na nic zdały się moje i jego tłumaczenia, że chciałem dla wszystkich dobrze i zrobiłem to najgrzeczniej jak się dało. Byłem potworem, który wyrzuca z Domu Bożego owieczki, które wykonują podstawową czynność fizjologiczną.

W najbliższy weekend ukazała się lokalna gazeta, w której na pierwszych stronach był artykuł o mnie. Do mojego kazania dołożono wiele ostrych słów rzuconych pod adresem kobiet z dziećmi, zarzucono mi inne grzechy księży-patałachów (chciwość, piniondze, drogie samochody, piniondze, kochanki, piniondze, władza, piniondze...). Oczywiście wszystko okraszone pytajnikami, tak aby uniknąć pozwu do sądu. My tylko pytamy, czy ks. X ma kochankę.

I jak mówi Pismo, „pobożne a wpływowe niewiasty i znaczniejsi obywatele” wzniecili bunt przeciwko mnie. W efekcie musiałem opuścić parafię i przenieść się do innej. Nie dało się tam żyć, pracować, uświęcać się wraz z powierzonym mi ludem.
Dodaj anonimowe wyznanie