#1nJXE
Po co to piszę? Bo pierwszy raz w życiu czuję się szczęśliwa. Nie dlatego, że mnie wyleczyli, bo lekarze nadal lubią mnie odsyłać od drzwi do drzwi. Nie dlatego, że pomimo walk o schudnięcie cokolwiek się zmieniło (od kilku lat mam problem z tym, że albo nie jem, albo jem raz dziennie), ale dlatego, że opuściłam wszystkich i zamieszkałam sama daleko od rodzinnego domu. Nie zrozumcie mnie źle, kocham swoich rodziców nad życie i wiem, że oni też mnie kochają, jednak ich podejście przez wiele lat mnie krzywdziło.
Grubi ludzie wiedzą, jak mocno obrywa psychika pod wpływem ciągłych wyzwisk i szykan w szkole, a dzieci bywają okrutne, wręcz bezwzględne w tępieniu odmiennych osobników. Ja to przeżywałam, po czym wracałam do domu, otrzymując kolejną falę krytyki, dobrych rad i wskazówek, które miały mnie motywować. „Nie jedz tego!”, „Nie ubieraj tego, cellulit ci strasznie widać”, „Ćwiczyłaś dzisiaj?”, „Widziałaś te ładne sukienki? Szkoda, bo się nie zmieścisz”... Masa tekstów, niepozornych tekstów, które wywoływały u mnie mdłości, po których miałam ochotę wyć, bo ja nie potrzebowałam motywacji, potrzebowałam spokoju, przytulenia i akceptacji.
Po usunięciu raka podjęłam decyzję o wyprowadzce, rodzice ciężko to przeżyli, długo protestowali, ale ja wiedziałam, że nie mogę tak dalej. Wyjechałam prawie 600 km od domu, gdy tylko zechcieli mnie zatrudnić w małej firmie. Ciasne mieszkanko, na opłacenie którego ledwie mnie stać. Kiepska praca, której nie lubię. I wiecie co? Wolność. Nikt na mnie krzywo nie patrzy, gdy po domu chodzę skąpo ubrana, nikt mi nie zabrania nosić krótkich sukienek „bo cellulit”, nikt nie krytykuje tego, co jem i ile posiłków zastępuje smoothie (uczę się jeść 5 razy dziennie, póki co ustawiam budzik :)). Codziennie chodzę do pracy, po pracy cztery razy w tygodniu na basen i skromnie przeżywam dzień za dniem. Nadal gruba, nadal zakompleksiona, z masą problemów zdrowotnych, a mimo to szczęśliwa.
Go girl! Nikt nie marzy o takich problemach i one się zwykle z niczego nie biorą, ale patrząc na niektóre historie myślę, że czasem akceptacja to najlepsze wyjście. Masz jedno życie i katowanie się za to, że jesteś pulchna to nie najlepszy sposób na spędzenie go. Trzymam kciuki za to byś pokochała siebie i odcięła się od cudzych oczekiwań :)
Dziękuję, że Pani żyje^^ Najważniejsze, żeby skupiła się Pani na tym, by wszystko naprawić, żeby była Pani zdrowa^^ A tak długo jak będzie Pani szczęśliwa, zawsze będzie Pani piękna^^
Jesteś na dobrej drodze. Gdy zaakceptujesz samą siebie i pokochasz się, zaczniesz zmieniać rzeczywistość na swój sposób.