Jakiś czas temu ukończyłem studia, ale długi czas nie mogłem znaleźć pracy. Przynajmniej nie w swoim zawodzie. Roznosiłem dziesiątki CV po różnych firmach, ale zawsze słyszałem to samo – że odezwą się, jeśli moja kandydatura zostanie pozytywnie rozpatrzona. Oczywiście nikt się nigdy nie odezwał. Zdesperowany pisałem kolejne podania i rozsyłałem do coraz dalszych firm. W sumie chyba z ulgą przyjąłem fakt, że znowu nie było odzewu, bo przecież nie byłoby mnie stać na wynajem mieszkania w Warszawie czy Poznaniu. Przez cały ten czas poszukiwania byłem zarejestrowany w Urzędzie Pracy. O dziwo, przyszła stamtąd wiadomość, że jest dla mnie pewna propozycja zatrudnienia. Zdumiałem się, bo przecież wcześniej sam osobiście odwiedziłem wszystkie interesujące mnie firmy w okolicy i nikt mnie nie potrzebował. Jednak okazało się, że propozycja dotyczy niewielkiego prywatnego warsztaciku, który – szczerze powiedziawszy – średnio był związany z moim wykształceniem. Ale usłyszałem w urzędzie, że jak się nie zgłoszę na rozmowę, to mogą mnie skreślić z listy i stracę jakiś tam status. No więc poszedłem.
Na miejscu przywitał mnie właściciel firmy – człowiek w średnim wieku. Bez większych nadziei przyniosłem mu tysięczne wydrukowane CV, a on przeczytał je i spytał o list motywacyjny. Kuźwa, wariat. Jaką mogę mieć niby motywację do podjęcia zatrudnienia w rodzinnym zadupiu za marne grosze? Poprosiłem więc o kartkę papieru i przy nim, normalnie długopisem, siedząc naprzeciw niego, nabazgrałem jedno zdanie, że moją motywacją jest chęć zarabiania pieniędzy i że dlatego gotów jestem codziennie przychodzić i uczciwie pracować w zamian za równie uczciwe wynagrodzenie. Koniec, kropka.
Zostałem przyjęty. Ze względu na szczerość. Usłyszałem od przyszłego szefa, że przyjaciółmi może nie zostaniemy, ale z pewnością się dogadamy, bo on też lubi walić prosto z mostu i wykładać kawę na ławę.
W szkole podstawowej wraz z kolegą spuściliśmy powietrze z kół samochodu pana dyrektora. Za karę musieliśmy pompować koła pompką do roweru...
Zawsze jak ktoś się pytał, dlaczego się zdecydowałam na studia za granicą, mówiłam o lepszych perspektywach na zawód, innym podejściu do studentów i innych takich. Gdy w rozmowie ze znajomym padło „ja wiem, że ty uciekasz” (przed rodziną), w pierwszym odruchu zaprzeczyłam. Oczywiście, rodzina idealna nie jest, nie raz miałam ich dość, ale że uciekam? Czy to nie przesada? Jednak teraz, siedząc już za granicą, muszę przyznać – to jednak było podyktowane możliwością wybycia z domu.
Bałam się wyjazdu, w końcu inny kraj, język i kultura. Mieszkam w domu z różnymi nacjami, obcymi ludźmi, a czuję się bezpieczniej niż w domu rodzinnym. Zdecydowanie wolę zasypiać przy odgłosach imprezy jednego ze współlokatorów niż awantury rodziców, w szczególności że towarzystwo kulturalnie przed północą wynosi się do baru, by nie przeszkadzać innym, a nie drą się do 3 w nocy, jak moi rodzice. Już prawie przestałam mieć kłopoty z bezsennością i kryciem moich rzeczy (w domu rodzinnym zazwyczaj nie wolno mi ich było mieć na wierzchu. Jeśli było wolno i zostawiłam, to rodzeństwo potrafiło je przywłaszczyć). Największym strachem jest to, że będę zmuszona przenocować rodzeństwo i to wszystko powróci, znów maniakalnie zacznę chować personalne bibeloty i jedzenie. Odciąć się całkowicie nie mogę, ale też nie chcę. Marzę, by moja mała utopia nie została naruszona kiedykolwiek.
Mimo tych wszystkich odczuć wciąż jest mi ciężko przyznać, że pochodzę z rodziny lekko patologicznej...
Ale ludzie! Udało mi się! Studiuję za granicą i jestem niemalże wolna. A z czasem może i nawet brzęczące z tyłu głowy słowa ojca „TY I STUDIA?! Albo się nie dostaniesz, albo cię wy**bią po pierwszym roku” znikną. I tego wszystkim życzę – wolności i spełnienia marzeń.
W Simsach stworzyłam specjalne otoczenie, gdzie odtworzyłam swoje życie i życie moich znajomych. Gdy któryś mnie wkurza, wtedy zamiast się z nim kłócić, po prostu zabijam jego sima.
Grunt, że pomaga.
Czas wymienić kobietę na lżejszy i milszy model, jakkolwiek brutalnie to brzmi. Pękło we mnie coś po weselu u kuzyna. Byłem sam, gdyż moja kobieta nie chciała iść.
Córka ma ponad cztery lata, moja kobieta przez cały ten czas nie miała czasu doprowadzić się do porządku. Jest otyła, zaniedbana i wiecznie narzeka. Narzeka na wszystko. Od dłuższego czasu wolę robić nadgodziny, niż wracać do domu do wiecznie niezadowolonej kobiety, która ma o wszystko pretensje. Od ponad dwóch lat nie może znaleźć stabilnego zatrudnienia, bo za ciężko, bo szef ją wkurzył, bo atmosfera zła, bo ktoś podniósł na nią głos, bo ta praca sprawia, że ma depresję itp. Po ostatnich podwyżkach wszystkiego, w tym kredytu hipotecznego, poprosiłem ją, że musi ograniczyć spożywanie cukrów, fast foodów, już nie tylko, bo wygląda jak wygląda, ale ze względów ekonomicznych, bo nie damy rady. Jej dieta oparta o cukry i tłuszcze naprawdę dużo kosztuje. Myślicie, że zrozumiała? Nie zrozumiała. Obraziła się. Kobieta najzwyczajniej mnie obrzydza.
Ta historia przydarzyła mi się całkiem niedawno. Otóż wysiadłam ze swojego autobusu i postanowiłam pójść do pobliskiego supermarketu po coś do picia. Byłam już praktycznie przy drzwiach, kiedy to zatrzymała mnie pewna kobieta (od razu zaznaczę, że była schludnie i porządnie ubrana), która poprosiła mnie o trochę drobnych na kilka bułek. Zdziwiłam się, bo nie wyglądała na biedną, no ale pozory mogą mylić, mogło jej zabraknąć itp. Powiedziałam od razu, że pieniędzy nie dam, ale możemy iść do supermarketu, to kupię jej bułki. Widziałam, że nie spodobała się jej ta opcja, ale jednak się zgodziła. Przed wejściem wzięła jeden duży wózek sklepowy. Zdziwiło mnie to, ale nie komentowałam, bo może tak lubi.
Jak możecie się domyśleć, zaraz po dotarciu do sklepowych regałów zaczęła ładować produkt za produktem. Zaznaczę, że były to dość drogie produkty, jak np. wielka bombonierka z wyższej półki czy cała wielka butelka wody kokosowej i tym podobne rzeczy. Ja na spokojnie zapakowałam ze cztery bułki i układałam plan.
Gdy znaleźliśmy się przy kasie z bułkami w mojej ręce i z tą babką, która cały koszyk zapełniła (swoją drogą trochę naiwna myśląc, że za to wszystko zapłacę), głośno się do niej zwróciłam, że najpierw ja zapłacę za bułki, a potem ona za resztę zakupów. Babka aż zrobiła się czerwona i zaczęła krzyczeć, że oferuję jej pomoc i się w ostatniej chwili wycofuję, rzuciła parę obraźliwych słów, a ludzie w kolejce zainteresowani patrzyli na nas. Ja spokojnie powiedziałam, że owszem, oferowałam pomoc i za bułki, o które mnie prosiła, chętnie zapłacę, ale nie zdeklarowałam się, że kupię jej pół sklepu. Ostatecznie babka z krzykiem mnie wyzwała i wyszła z supermarketu cała czerwona. Mogłam równie dobrze poczekać na to aż kasjerka skasuje te produkty i odmówić wtedy płacenia, ale nie chciałam robić problemu sprzedawczyni ani innym klientom.
A bułki kupiłam dla siebie.
W naszym życiu często zdarzają się sytuacje, które wywołują zażenowanie i uczucie braku komfortu. Ja z jakiegoś powodu czuję się tak, kiedy ktoś mi za coś dziękuje, ze szczególnym naciskiem na to, kiedy składam życzenia lub komuś w czymś pomogę. Rozumiem, że to jest kulturalne po prostu podziękować, aczkolwiek strasznie niekomfortowe jest to dla mnie, ale nigdy nikomu tego nie mówię.
Mieszkam nad Odrą. Nie powiem gdzie dokładnie. Lepiej nie.
Od jakiegoś czasu razem z dwoma kumplami mamy pewne zajęcie. Spacerujemy wzdłuż Odry i szukamy nielegalnych zrzutów ścieków.
Gdy znajdujemy taki i upewniamy się, że jest nielegalny, zaczynamy działanie.
Kupiłem w sieci specjalne balony, którymi można zatkać wypływ wody z rury na czas np. wymiany uszkodzonego elementu.
Wprowadzam taki balon do rury, pompuję.
Następnie zatykam wylot, używając piany wysokoprężnej.
Anonimowo informuję sanepid lub oddział wodociągów i szukam kolejnego debila, który zlewa do rzeki cały syf z produkcji, gospodarki itp.
Swego czasu szykowałem się na randkę. Wziąłem prysznic i nagi wyszedłem z toalety dopiero kompletować strój. Szedłem przez pokój, gdy skoczył na mnie mój pies i niefortunnie mnie zadrapał... Chyba nigdy w życiu tak bardzo się nie darłem.
Zadrapanie okazało się dosyć spore, ale powierzchowne. Trochę krwawiło, ale generalnie zabandażowałem, ubrałem się i ruszyłem na randkę. Nie był to raczej zaawansowany etap znajomości, więc nie nastawiałem się na seks.
Oczywiście okazało się, że dziewczyna postanowiła pominąć kilka baz... Dotykając mnie tam, trochę się zdziwiła. Opowiedziałem jej całą historię.
PS Sprzęt ma się dobrze, ładnie się zagoiło :) A my po jakimś czasie zostaliśmy parą.
Gdy miałam jakieś 8-9 lat, często oglądałam różnego typu kryminały, w których często pojawiał się wątek pedofilii. Sprawcy często byli ojcami, dziadkami czy krewnymi swoich ofiar. Jako małe dziecko zaczęłam wierzyć, że każdy facet mnie dotykający jest pedofilem. Każdy nawet najmniejszy przez jakiegoś mężczyznę dotyk odbierałam jak molestowanie – wiecie, dziecięca fantazja.
Pewnego dnia wraz z moimi rodzicami wybrałam się na zakupy do galerii handlowej. Byliśmy tam murowane 4 godziny, a ja już totalnie padałam z nóg, więc moja mama widząc to zaproponowała mojemu tacie, żeby wziął mnie na ręce. Wyobraźcie sobie minę jego i obcych ludzi na widok wyrywającego się z rąk dziecka, krzyczącego przy tym, że ono się nie da skrzywdzić i że pedofilia jest karalna :D
Dodaj anonimowe wyznanie