Wracając do domu autobusem po pracy, mimowolnie usłyszałam rozmowę dzieci z przedszkola, tak na oko 4-, 5-letnich. Zawzięcie kłóciły się o nazwę przystanku, na którym wysiadają – czy jest to Plebicka, czy Chlebicka.
Wyobraźcie sobie ich zdziwienie i rozczarowanie, gdy żadne z nich nie miało racji i w autobusie rozbrzmiało: „Lechicka” :D
Mieszkam za granicą od kilku lat. Generalnie już się tu zadomowiłam, mam fajną pracę, znalazłam przyjaciół, dobrze mi tu. Jakiś czas temu moja przyjaciółka z czasów szkolnych zagadała, że też się zastanawia nad wyjazdem, więc oczywiście zaproponowałam, że jej pomogę. Na początek przyjechała do mnie. Pokazałam jej miasto, zaprowadziłam do agencji pracy, no i zapoznałam z moimi przyjaciółmi. Jeszcze zanim przyjechała, dużo im o niej opowiadałam, zależało mi, żeby się dobrze czuła za granicą. Później zabierałam ją na wszystkie nasze spotkania i starałam się robić wszystko, żeby nie czuła się odrzucona i żeby moi przyjaciele ją polubili i zaakceptowali w naszej paczce. Gdy już znalazła pracę i zaczęła zarabiać, pomogłam jej też znaleźć pokój do wynajęcia.
No i cóż, minęły trzy miesiące, a ja się dowiedziałam, że polubili ją, i to bardzo. Teraz mają swoją własną grupę na WhatsApp – beze mnie, spotykają się – beze mnie, jeżdżą na wycieczki – beze mnie. Po prostu świetnie się bawią. Beze mnie. Właściwie dowiedziałam się przypadkiem, tuż przed świętami. Spotkałam ich na Christmas Market w naszym mieście. Wcześniej pisałam do wszystkich, czy się ktoś wybiera, ale nikt nie miał czasu, więc poszłam sobie sama. A oni siedzieli tam, popijali grzane wino i śmiali się w najlepsze. Oczywiście zapytałam ich wszystkich, dlaczego nic mi nie powiedzieli. Stwierdzili, że jakoś tak wyszło.
Wygląda na to, że nie mam już przyjaciół.
Zacznę od tego, że od zawsze niezwykle żal mi było niepełnosprawnych dzieci. Pomagam jak mogę wszelkim fundacjom, choć na wiele mnie nie stać. Parę(dziesiąt) lat temu urodziłam niepełnosprawnego synka – skazany był na wózek. Z racji, że wtedy technologia nie była tak do przodu, choroba ujawniła się dopiero po porodzie. Od tamtego czasu płakałam bez przerwy. Nie mogłam się pogodzić z tym, że mój syn jest inny, nigdy nie będzie mógł biegać...
Rok temu doszła do mnie wiadomość, że pewna fundacja zdobyła wystarczająco dużo pieniędzy na skomplikowaną operację mojego synka i rehabilitację.
Dwa słowa: kocham Was.
Oglądałem sobie film, zaczęła się scena erotyczna. Naprawdę ostra. Większość mężczyzn pewnie by się napaliła. A ja? Popłakałem się i pomyślałem: „Chciałbym, żeby ktoś mnie tak z miłości przytulił”.
Samotność to ch#j.
Trzy lata temu byłam w klasie maturalnej i jak większość rówieśników nie mogłam się zdecydować na to, co chcę robić w przyszłości. Postanowiłam więc wybrać się na dni otwarte jednej z pobliskich uczelni. Rozmawiałam tam z ludźmi studiującymi prawo i szczęśliwa, że odkryłam swoje powołanie, zmierzałam do wyjścia. Wtedy to zaczepił mnie student, proponując wzięcie udziału w wykładzie o języku chorwackim. Kompletnie nie interesował mnie ten temat, ale zauroczona chłopakiem i przekonana, że to on będzie prowadził ten wykład, zgodziłam się bez wahania. Wykład prowadził jednak jakiś starszy profesor i myślałam tylko o tym, jak się szybko zmyć.
Rok później faktycznie dostałam się na prawo i zamieszkałam w akademiku z nieznajoma dziewczyną. Kiedyś odwiedził nas jej brat... którym był właśnie chłopak od chorwackiego. Nie mogłam uwierzyć, że znowu go spotkałam, i to w takich okolicznościach. Później dowiedziałam się, że wcale nie studiuje chorwackiego, a zaprosił mnie na wykłady, bo nie miał innego pomysłu, jak do mnie zagadać, a bardzo mu się spodobałam.
Oryginalny podryw na chorwacki zadziałał, bo rok temu mi się oświadczył... Zresztą właśnie w Chorwacji :)
Pożegnałem dzisiaj najlepszego przyjaciela, piesek Hunter miał 11 lat. Nie doceniamy tego, co mamy, dopóki tego nie stracimy. Do zobaczenia za tęczowym mostem, przyjacielu [*]
Męczy mnie rola tej złej. Mój mąż to bardzo ciepły, kochany człowiek. To ten typ, który zawsze pomoże, nawet kosztem siebie. Nigdy nie odmówi, nawet jeśli osoba, której wyświadcza uprzejmość, nie docenia jego pomocy. Innymi słowy: daje sobie wchodzić na głowę. Nasze dzieci też sobie z nim robią co chcą, niby go słuchają, ale kiedy są problemy, to ja jestem tym złym policjantem. Dlatego wśród znajomych i rodziny to ja uchodzę za tę złą, bo jako jedyna w naszej rodzinie jestem od stawiania granic. Kiedy mąż komuś pomagał, notorycznie sam zaczynał marudzić, że nie ma czasu już albo ktoś go wykorzystuje – i wtedy na scenę wchodziłam ja, mówiąc grzecznie, że nie mamy czasu, już dość tego itp. Kiedy jeszcze przed ślubem rodzina próbowała jakoś nami rządzić, układać życie, to też ja musiałam zdusić takie pragnienia w zarodku i grzecznie zwracać uwagę, że nie chcemy ani nie potrzebujemy cudzych rad. To dlatego to ja jestem uważana za tę problemową i wredną. Rodzina jest wobec mnie miła, ale wiem, że swoje sobie tam myślą i zapraszają nas wszędzie ze względu na mojego męża. Bo on taki dobry, pomocny, jak ktoś mu w twarz napluje, to pomyśli, że deszcz pada.
Znam swoją rolę w związku i wiem, że muszę taka być, inaczej część osób weszłaby nam na głowę. Zwłaszcza że z mężem dobrze się nam powodzi i wielokrotnie pożyczaliśmy pieniądze rodzinie na wieczne oddanie. I ja mam zasadę, że jak ktoś mnie raz oszukał, nie oddał pieniędzy, to też więcej nie pożyczę. A mąż to by oddał komuś ostatnią złotówkę i jeszcze nie domagałby się zwrotu.
Dzieci też wiedzą, że mąż zrobi dla nich wszystko i zręcznie to wykorzystują. Mąż już się nauczył, że w kwestiach zarządzania mają dzwonić do mnie. Przez to też jestem tym gorszym rodzicem, co psuje zabawę, bo nie pozwolę jechać mojej 16-letniej córce na imprezę 50 km dalej.
Męczy mnie to już, choć nie mogę wyjść ze swojej roli. Czuje się, jakbym była jedyną dorosłą osobą w domu. Nie chcę być wiecznie tą złą. Pocieszam się, że jak dzieci pójdą na studia, moja władza rodzicielska będzie mocno ograniczona i wtedy będę mogła sobie pozwolić na bycie „spoko mamą”. Jednak boję się, że to będzie już za późno i dzieci na zawsze będą miały mój obraz w głowie jako tej, która wiecznie się o coś czepiała, nie pozwalała na coś lub wymagała. I nie zrozumcie mnie źle, nie miałam wobec nich jakichś wygórowanych oczekiwań, ale pomimo tego wielokrotnie musiałam im zabronić czegoś, co bardzo chciały, a było niebezpieczne lub bardzo drogie.
Pracowałam kiedyś jako manager w firmie, która miała kilka lokalizacji. Większość moich współpracowników była płci męskiej. Większość z nich to panowie, z którymi można było konie kraść i iść na koniec świata. Miałam naprawdę zgrany zespół. Czasem odwiedzał nas kierownik regionalny, z nim również mieliśmy dobre relacje. Traktowałam go tak samo jak pozostałych kolegów. Nie wyróżniałam go i nie dałam mu odczuć, że mi się podoba, wręcz przeciwnie, nie był w moim typie. Po prostu odpowiadało mi towarzystwo zdominowane przez płeć przeciwną, ale miałam również dwie koleżanki.
Dostaliśmy zaproszenie na imprezę firmową, która odbyła się w mieście kierownika regionalnego. Przysłał mi wiadomość w stylu „skoro przyjedziesz, to oczywiście, że będę”. Potraktowałam to jako komplement. Zorganizowaliśmy busika i pojechaliśmy. Niestety ja następnego dnia musiałam od siódmej rano być już w pracy. Z wyżej wspomnianym kolegą wypiliśmy po drinku razem, przyznaję, miło się rozmawiało... ale zupełnie tak samo miło jak z innymi kolegami. Wybiła północ i zbieraliśmy się do naszego miasta, gdy kolega kierownik regionalny wybełkotał do mnie: „Tooooo nie jedziesz do mnie?”. Nawet gdybym chciała, gdyby była taka możliwość, gdyby dał mi znać, że czegoś oczekuje ode mnie... to nie mogłam.
Obraził się zarówno na mnie, jak i na moich współpracowników i usilnie starał się utrudniać nam pracę.
Jak można robić taki raban z tak głupiego powodu?
Parę miesięcy temu do Polski został wprowadzony Android Pay, który umożliwia płatności telefonem przy użyciu NFC (telefon musi posiadać co najmniej Android'a 4.4 i oczywiście moduł NFC). Od tamtej pory chodzę bez portfela do sklepów, bo wszędzie płacę telefonem. Podczas ostatnich zakupów w osiedlowej Biedronce spotkała mnie (bardzo) nieprzyjemna sytuacja.
Robiłem dość duże zakupy. Kiedy podchodziłem do kasy, zauważyłem nową kasjerkę w podeszłym wieku. Kiedy skasowała wszystkie moje produkty, powiedziałem, że będę płacił kartą (bo to prawda; kartę mam w telefonie). Odpala terminal, ja odblokowuję telefon i już chcę przyłożyć do terminala, kiedy pani anuluję transakcję, chowa terminal i zaczyna krzyczeć:
- Co pan wyprawia?! Chciał pan płacić kartą!
- No tak, ja płacę kartą poprzez telefon.
- Ty gówniarzu, jak śmiesz kłamać?! Chcesz mnie okraść?! (wtf?)
Kasjerka zawołała ochronę i oskarżyła mnie o próbę KRADZIEŻY. Nawet nie zdążyłem zareagować, ochroniarz wyrwał mi siłą telefon z ręki, mocno chwycił i zaprowadził mnie do kierowniczki (kasjerka też poszła). Dodam, że reszta ludzi w kolejce była bardzo zdziwiona, ale nikt nie zareagował.
Kierowniczka przyznała kasjerce rację i do sklepu została wezwana POLICJA. Kierowniczka z kasjerką oskarżyły mnie o kradzież, kasjerka krzyczała coś o hakowaniu, a kierowniczka próbowała się dostać do mojego telefonu, ale na szczęście miałem ustawioną blokadę na odcisk palca.
Ja z kierowniczką i kasjerką pojechaliśmy na komisariat, została wezwana także moja mama (mam 17 lat). Trafiłem do pokoju przesłuchań, byłem sam przez dość długi czas. Słyszałem, jak kierowniczka krzyczy w pokoju obok, ale nie rozumiałem co.
W końcu do mnie przyszedł do mnie policjant, abym złożył wyjaśnienia. Wyciągnął mój smartfon i poprosił o odblokowanie, lecz odmówiłem. Wyjaśniłem, że chciałem zapłacić aplikacją, która Biedronka OFICJALNIE wspiera. Okazało się, że policjant jest tak samo kumaty w tych sprawach jak ja, więc wszystko zrozumiał i powiedział, że też wszędzie płaci "androidowo" :D
Zostałem wypuszczony, przerażona mama przyjechała zapytać co się stało, ale wszystko policjant jej wyjaśnił, więc odetchnęła z ulgą. Potem poszedł do kierowniczki i kasjerki, które jak widać były oburzone tym, że jakiś gówniarz jest mądrzejszy od nich. Kierowniczka dostała 700 zł (!) mandatu za bezpodstawne wezwanie policji (przecież zwykła kwota to 500 zł, czemu 700?). Poszedłem z mamą do domu, a kierowniczkę jeszcze było słychać po wyjściu w budynku.
I teraz najlepsze: od tamtego momentu po każdym wejściu do sklepu jestem z niego wypraszany przez ochronę! Najwyraźniej te 700 zł mocno odcisnęło piętno u tej kierowniczki.
Sklep i pracownicy powinni być informowani o nowych metodach płatności w Polsce. Jestem w kropce.
Jako dziewczę dziesięcioletnie wybrałam się z klasą do zoo we Wrocławiu. Byłam ludziem, który lubił jeść pączki. Jako aktywne dziecko mogłam sobie na nie pozwolić.
Dzień piękny, świeci słoneczko, ptaszki ćwierkają, nauczycielki kupują bilety w kasie (żadna nas nie pilnuje), no i ja wciągająca kolejnego już pączusia. Nagle ziomek na oko 19 lat podbija do nas, podnosi mnie, przerzuca przez ramię i zaczyna wiać. Ja w krzyk, pisk i płacz. Kto biegnie mi na ratunek? Wataha 10-latków. Porywaczowi się znudziło, rzucił mnie w krzaki i pobiegł dalej, klasę kocham najmocniej, bo dzięki nim żyję, mam obie nerki i nie rodzę dzieci w burdelu.
A, no i właśnie.
Nauczycielki nie ogarnęły, że wyparowało im 26 dzieciaków, w tym jedno krzyczące: ☺„RATUNKU!! ZOSTAW MNIE!! POMOCY!!”.
Pączki dalej lubię i uwielbiam.
Z tej całej historii najbardziej żal tego pączka z karmelem, który wypadł mi podczas „uprowadzenia”.
Porywaczu cholerny, jeśli to czytasz, to wisisz mi jednego dorodnego pączka.
Dodaj anonimowe wyznanie