Hola. Zastanawialiście się kiedyś, po co jest życie? Ja kilka razy. Na początku byłam szczęśliwą dziewczynką, która myślała, że życie jest jak baśń lub bajka, która zawsze kończyła się dobrze. Oczywiście to była tylko moja fantazja. W pierwszej klasie nie miałam żadnych przyjaciół. Jedynie kiedy mama dała mi paczkę chipsów do szkoły, to przychodzili. Jednak po czterech przeprowadzkach ta zafascynowana życiem dziewczynka zniknęła. Pojawiła się nastolatka nienawidząca życia. W wieku dziewięciu lat straciłam dziadka. W wieku dziesięciu lat straciłam ciocię. Byłam z nią bardzo zżyta, jak córka z matką. Mieszkałam z nią oraz z jej synem o rok młodszym ode mnie, gdy byłam mała. Dbała o mnie, gdy mama pracowała. Na jej pogrzebie ryczałam jak bóbr. Serce mi pękało. Nadal za nimi tęsknię. Na końcu pojawiła się jednak osoba (chodzi o mnie), która zachowywała się dobrze. Ale jednak gdy byłam sama, czułam, jakby za każdym odbiciem serca moja pojedyncza komórka zamykała się w sobie. Mamie ani tacie nic nie mówiłam, no bo po co? Tata nigdy nie chce mnie oglądać, a mama wszystko by wygadała tacie. Nawet przyjaciółkom nic nie mówiłam. Żaliłam się tylko cioci, która zawsze mnie potrafiła wysłuchać i pocieszyć.
Wniosek:
Życie (przynajmniej dla mnie) jest <<w większości>> aby cierpieć.
Jednak wiem, że ta mała część tej szczęśliwej małej dziewczynki jest tam, głęboko we mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie
Cierpienie jest elementem życia. Paradoksalnie, im szybciej zaakceptujesz to jako nieodłączny fakt życia, tym mniej będziesz cierpieć z tego powodu.
Pierwsza szlachetna prawda buddyzmu - cierpienie jest nieodłączną częścią życia ;).
Ale potem trzy kolejne prawdy mówią o tym, co można z tym zrobić :)
Życie nie jest "po coś". Życie po prostu jest.
A ta "mała część tej szczęśliwej małej dziewczynki" to po prostu ta część ciebie, która to wie.
Daj jej bardziej dochodzić do głosu. Bądź dla niej dobra :)
Ile masz lat??
Nie, życie nie jest po to aby cierpieć. Niczyje. Cierpienie jest częścią życia, ale nie jego sensem. Nawet w Królu Lwie to było ;) Przeszłość może być bolesna, ale to od nas zależy czy będziemy tym żyć czy wyciągniemy wnioski i ruszyny dalej. Pewnie, że w życiu realnym to nie takie proste. Przeszłaś w swoim życiu dużo. Nie napisałas ile masz lat, ale naprawdę nic nie jest przesądzone. Przesądzone będzie dopiero w momencie, gdy uwierzysz że masz całe życie przecierpieć, bo to będzie oznaczało że się poddałas i nie chcesz o to szczęście zawalczyć.
Ja też byłem Werterem do kwadratu. A potem...potem przychodzi milion innych rzeczy i nie ma już czasu na rozmyślanie nad wszystkim aż tak. Wydaje się bez sensu, ale jeśli spojrzy się z góry to już niekoniecznie, widzi się że te pozornie bezsensowne elementy składają się w dużą, logiczną mozaikę. Czasami piękną, ale nie zawsze i nie dla wszystkich jednakowo. Cały wic polega na tym, że trudno nam się wzbić ponad nas samych by spojrzeć na wszystko z góry, zawsze coś nas ciągnie w dół. Zawsze jest jakaś rzecz która czyni nas subiektywnymi, i nie pozwala wzbić się na tyle wysoko, by ogarnąć całość.
Czy tylko mi się wydaje, że autorka opisuje całkiem standardowe życie? Wszyscy tu piszą, że dużo przeszła, współczują. Ale jednak śmierć członków rodziny prędzej czy później przeżywa większość dzieci. Przeprowadzki (o ile nie są jakieś ekstremalne, do innych krajów np czy na drugi koniec Polski) to też raczej standard. W pierwszej klasie podstawówki no to wiadomo, nowa szkoła, więc sporo dzieci nie ma przyjaciół. Teraz jednak autorka pisze, że „nie żali się przyjaciółkom”, więc ktoś tam jednak jest w jej życiu, a to już dużo. Albo autorka nie dodała bardzo istotnych szczegółów, albo widzę tu mały egocentryzm, bo jak można czuć się wyjątkowo pokrzywdzonym przez los podczas gdy większość ludzi przeżywa dokładnie to samo?
Nie zgodzę się z Tobą. Często to jak radzimy sobie z problemami wiąże się z tym jakie mamy wsparcie w rodzinie, jak nas uczono radzić sobie z problemami. Jeżeli autorka nie dostała wsparcia od najbliższych, ma prawo szukać go w innym miejscu. Po prostu ciężko samemu ze wszystkim sobie poradzić, zwłaszcza, że widać, że stare problemy się nawarstwiły. Każdy ma prawo do wsparcia.
@szwedacz, ale z czym konkretnie się nie zgadzasz? Ja mówię, że o ile nie pominęła ważnych szczegółów, to:
a) jej problemy są dość standardowe,
b) sprawia wrażenie, jakby nie zdawała sobie sprawy, że jej problemy nie są wyjątkowe, co wskazuje na to, że nie rozmyśla zbytnio o innych ludziach.
Z jednej strony kiedy cierpimy nie ma co wyszukiwać ludzi, którzy cierpią bardziej, bo zawsze się ktoś taki znajdzie. Ale nie popadajmy też w drugą skrajność. Trzeba mieć jakieś osadzenie w rzeczywistości. Zaczynajac nowa szkołę, przeżywając żałobę mamy prawo cierpieć i szukać pocieszenia, ale wyciąganie po latach (!) wniosków z takich sytuacji, że „moje życie jest po to aby cierpieć”, że spotkało nas wyjątkowe pasmo nieszczęść jest egocentryczne i nie prowadzi do niczego dobrego.
MaryL2, prawdą jest, że każdego z nas spotka śmierć w rodzinie. Ale u Autorki to była śmierć kogos najbliższego i to jak była dzieckiem. Weź pod uwagę, że ludzie mają różną wrażliwość. Niektórych dorosłych śmierć bliskich naprawdę potrafi rozwalić na łopatki i nie mogą się pozbierać nawet po latach. A co dopiero dziecko...W takich sytuacjach powinno się komuś wygadać, a ona siedzi z tym sama. Dodatkowo, o śmierci się zazwyczaj nie rozmawia, a jak sie przytrafiła w rodzinie autorki to została z tym sama. To nie jest łatwe do przeprocesowania dla dziecka... Ważne jest by zrozumiała, że częścią życia jest cierpienie, ale też nie ma co umniejszac jej emocji bo "inni mają gorzej".
@Tylkopoco, ale ja dokładnie to napisałam, że nie powinno się stosować argumentu „bo inni mają gorzej”. Tylko że autorka popada w drugą skrajność, a komentujący jej wtórują.
„ Brzmi jakbyś bardzo, bardzo dużo przeżyła”
„ Przeszłaś w swoim życiu dużo. Nie napisałaś ile masz lat, ale naprawdę nic nie jest przesądzone.”
„ Życie (przynajmniej dla mnie) jest <<w większości>> aby cierpieć.”
Nie chce umniejszać, ale też nie widzę powodu, aby „uwiększać”. Jedna rzecz jest cierpieć i szukać pocieszenia, a druga wmawiać sobie i innym, że nas los wyjątkowo okrutnie doświadczył, że to MY mamy najgorzej.
A co do tego, że jest z tym sama - trochę z własnego wyboru. Ma ludzi wokół siebie, mamę, tatę, przyjaciółki, ale im nie chce się wygadać, właściwie nie wiadomo czemu. Ok, tata „nigdy nie chce jej oglądać”, cokolwiek to znaczy, ale mama, przyjaciółki? Babcia?
Nie, życie nie jest po to aby cierpieć tylko żeby po każdym następnym cierpieniu jeszcze szybciej się podnieść i nadal pokonywać przeciwności losu
Przykro mi, że Cię to spotkało. Brzmi jakbyś bardzo, bardzo dużo przeżyła i "zamykając swoje komórki" chroniła tą część siebie która chce jeszcze być dzieckiem. To naturalna reakcja. Masz prawo chronić "swoje dziecko". Możesz też się nim zaopiekować, pokazać mu co jest fajne w życiu. " Zobacz, przeczytam Ci książkę", "ta herbata pięknie pachnie, spróbujesz?", " Ten temat Cię interesuje, poszukam więcej informacji "
Tworząc dialog z "Twoim Dzieckiem", będziesz mogła pozwolić mu "wyjrzeć na zewnątrz", znów stać się częścią siebie.