#rM6vj
Odkąd pamiętam, kontrola była na porządku dziennym. Skąd wracam, gdzie idę, z kim idę. Zawsze, ale to zawsze musiałam dokładnie zdawać raport, nieważne ile miałam lat. Musiałam wracać do domu najwcześniej ze wszystkich moich znajomych. Jakakolwiek zmiana nastroju, zachowania, zawsze była przez mamę zauważona i wypytywała dopóty, dopóki nie powiedziałam. Wystarczyło się spóźnić 5 minut przed zapowiedzianą godziną powrotu, by był ochrzan. W końcu się zbuntowałam i zaczęłam później przychodzić, ale to się nie kończyło. Wyrzuty, telefony, SMS-y... Próba wyręczania w większości spraw. Czułam się jak w klatce i przyznaję, że jak tylko przyszła okazja wyjazdu na studia, to myślałam, że się tym zachłysnę. Z dala od domu czułam się wolna. Czułam się dobrze. Najbardziej na świecie bałam się, że po studiach nie znajdę pracy i będę musiała wrócić. Więc robiłam wszystko – fakultety, praktyki, wolontariat, dodatkowy staż – byleby praca się znalazła. I fakt, udało się, zostałam na stałe w moim mieście studenckim. Problem w tym, że do domu rodzinnego przyjeżdżam coraz rzadziej niż kiedyś. Często to odkładam. To jest zawsze weekend, w którym muszę być do pełnej dyspozycji, nie mogę wyjść i spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi, bo mama patrzy na mnie z takim wyrzutem, jakbym co najmniej Boże Narodzenie odwołała. Spacer z psem? OK, ale wróć do godziny. Kawa u babci? OK, ale wróć jak najwcześniej! Jak tylko zagadam się dłużej z babcią, powiedzmy ze dwie godziny, to po powrocie jest wyrzut i jakaś dziwna jakby zazdrość.
Przy każdym telefonie do niej jest wyrzut, że dzwonię za rzadko. I fakt, jak kiedyś dzwoniłam co tydzień, tak teraz potrafię odkładać to co miesiąc. Po prostu nie mogę się przemóc, jak wiem, że znowu najpierw będą pretensje, a potem rozmowa. Mam już to tak negatywnie skorelowane, że zdarza mi się po kilka razy brać telefon do ręki i go odkładać. Po każdej rozmowie mam wyrzuty sumienia, że może rzeczywiście jestem zła i zimna, i tak samo po każdej wizycie w domu rodzinnym.
PS Raz przyjechałam, jak tylko tata był w domu (przypadek, źle się umówiliśmy) i... było fajnie. Mogłam bez problemu umówić się ze znajomymi na kulig. Poczytać książkę, porobić coś, skoczyć do sąsiada i do babci. Ja wiem, że to strasznie trywialne w porównaniu do innych anonimowych, ale męczy mnie to już koszmarnie...