#86rfB

W II klasie podstawówki miałam jakieś straszne zaliczenie z WF-u na ocenę. Jako dusza bardziej artystyczna niż sportowa, bałam się jedynki. By odwlec zaliczenie, złapałam za flamastry, kredki i resztę piórnikowego arsenału i... pomalowałam sobie w łazience palec na czarno-sino. Zanim przerwa się skończyła, przetarłam jeszcze pięściami oczy (że niby płaczę) i pognałam do pielęgniarki i powiedziałam, że przewaliłam się na palec i coś mi tam chrupnęło.
Wierzcie lub nie, charakteryzacja była tak udana (albo pielęgniarka tak nieogarnięta), że poleciała zwolnić mnie z ćwiczeń i kazała po lekcjach biec do szpitala. Do szkoły został wezwany mój ojciec, a gdy zabierał mnie na SOR, przyznałam mu się, co zrobiłam.
Tyłek miałam siny bez malowania flamastrami, ale i tak nie żałowałam.
Dodaj anonimowe wyznanie