#por05

Po przeprowadzce na wieś zostałam uznana za szkolną krezuskę. Miałam duży, nowoczesny dom, nosiłam wyłącznie markowe ciuchy z wyższej półki, codziennie tata odwoził mnie do szkoły dużym samochodem.

Dziwne sytuacje zaczęły się szybko dziać. Oczekiwanie, że będę sponsorować wyjścia czy zakupy. Jak się nie dawałam, to w końcu dostałam przezwisko godzące w moje „skąpstwo”, dajmy na to Kieszonka. Pies Kieszonki ma urodziny? „Wyjdźmy na urodzinowy spacer, a na koniec zafundujesz nam lody i colę – no bo w końcu okazja!” „Zapomniałam kasy na wspólną pizzę, ale Kieszonko, miła koleżanko, załóż, proszę, następnym razem ci oddam” (nie oddawały). Raz koleżanki obraziły się na mnie, gdy zaczęłam nosić elegancką, drogą kurtkę bardzo znanej marki. Od-obrażenie przyszło, gdy znalazłam ową kurtkę w szatni z przyklejoną gumą do żucia na plecach, wtedy wszystkie klepały mnie po plecach i pocieszały. Organizowanie wszystkich możliwych imprez na siłę u mnie w domu i brak zrozumienia, gdy odmawiałam. Wycenianie prezentów, które ode mnie dostały na jakąś okazję, podczas gdy ja dostawałam od nich rzeczy, które wiem, że one w życiu by dla siebie nie wybrały, ja dla siebie ani nikogo innego zresztą też nie.

A prawda jest zresztą taka, że żadną krezuską nigdy nie byłam. Tata wybudował dom, ale pieniążki się niespodziewanie skończyły i nie został nawet wykończony w środku, nie mówiąc o meblowaniu. Wnętrza były kończone mebel po mebelku, przez lata raczej straszyły pustymi przestrzeniami i wstydziłam się zapraszać kogokolwiek – teraz wiem, że to było głupie, ale presja rówieśnicza robi swoje. Worki markowych ciuchów dostawałam od kuzynek z miasta, gdy z nich wyrastały. Korzystałam z tego, że rodzice fundowali im takie, a nie inne ciuszki, bo czemu nie? Mama zawsze mnie goniła, abym dbała o wszystko na bieżąco i chodziła czysto ubrana. O kieszonkowym na co dzień mogłam sobie pomarzyć. Owszem, urodziłam się i mieszkałam w stolicy, ale co z tego. Nie kryłam się z tym, że jestem zwyczajna, ale koleżanki wiedziały swoje (choć poza opisanymi przypadkami relacje miałyśmy raczej normalne).

Sytuacja przypomniała mi się, jak jedna z tych koleżanek na spotkaniu po latach stwierdziła, że miałam łatwiejszy start w życiu, bo kasa.
Viczki Odpowiedz

No niestety. Tak bywa. Miałam podobną sytuację za młodu, którą ucięłam nieodwracalie w momencie, kiedy okazało się, że poza oczekiwaniem, że będę za wszystko płacić, dodatkowo "przyjaciółeczki" okradały mnie za plecami - potrafiły wynosić przedmioty z domu a nawet 200zł z zostawionych przez moją mamę na coś tam pieniędzy, z których "zgubienia" musiałam się później tłumaczyć. To było wtedy naprawdę sporo pieniędzy.
Kiedy zakończyłam znajomość z tym towarzystwem, nagle okazało się, że nie muszę kupować sobie niczyjej przyjaźni w dodatku mam więcej pieniędzy na własne wydatki. Bo też nigdy nie miałam jakoś przesadnie dużo forsy i warto było pohamować wrodzoną skłonność do dzielenia się. Zwłaszcza z fałszywymi niewdzięcznikami.

Dodaj anonimowe wyznanie