#nHBLz
Niedawno tata zachorował i wszyscy mają do mnie pretensje, że się nie interesuję, że to ja jeżdżę do narzeczonego ciągle zamiast być w domu z rodziną... a ja po prostu mam dość... Chciałbym wreszcie być szczęśliwa, zająć się sobą, swoimi pasjami, odpocząć. U niego czuję spokój, nie muszę się niczym przejmować, ale moi rodzice nie rozumieją tego i twierdzą, że jestem najgorszą córką... A ja po prostu chcę wreszcie zacząć korzystać z życia :(
Moi rodzice nie utrzymywali mnie na studiach. W ogóle nie wiem czy zdają sobie sprawę z tego, co studiowałam. Nie wiedzą i nie wiedzieli, gdzie i z kim mieszkałam (najpierw akademik, później pokój). Jak pojechałam do domu rodzinnego na Boże Narodzenie i przyjechał po mnie chłopak, żebym spędziła czas z jego rodziną (po ponad roku związku), to wyzwali mnie od dziwek i gorzej. Jak z nim zamieszkałam, to się darli, że mnie nie tak wychowali i jestem zdzirą. Jak chciałam rzucić studia magisterskie, to kazali mi nie wracać do domu, bo się będą mnie wstydzić. Jak organizowałam swoje wesele, do którego nie przyłożyli się w żadnym stopniu, wyzwali mnie i narzeczonego od najgorszych, bo nie zapraszam całej rodziny (której nie znam). Nie odzywali się kilka miesięcy. Ja w końcu zadzwoniłam zapytać, czy będą na ślubie, bo musiałam podać liczbę gości na sali. Jak zaszłam w trzecią ciążę to się dopiero darła, po co mi tyle dzieci. Jakby to ona je pilnowała.
Jak tak to opisuję to nawet nie wiem, czemu się tym nie przejmuję. Może za dużo już tych wrzasków usłyszałam, jaka to ja okropna jestem. Nie pamiętam, żebym usłyszała od nich "kocham cię". Widzę, że się starali. Tata utrzymywał rodzinę, na ślub dał nam 50 tysięcy w prezencie. Zawsze znalazł czas dla swojej córki, żeby pójść na rower czy pograć w planszówki. A mama ma jakąś wizję, w której byłabym szczęśliwa, i próbuje mnie wrzaskami nakłonić do jej realizacji.
Ale wiesz co? Robiłam co chciałam. Podejmowałam własne decyzje licząc się z konsekwencjami. Teraz są one takie, że tata zaakceptował, mama co trochę próbuje mną rządzić. Mam cudowengo męża i kochane dzieci. I jestem szczęśliwa.
Straszna historia. Dobrze, że wyszłaś na ludzi, masz swoje życie, nie oglądasz się tylko na rodziców (chodzi o życie ich życiem i brak własnego życia osobistego, jak się czasami zdarza) i jesteś szczęśliwa. Życzę Ci wszystkiego najlepszego
Dziękuję.
Myślę że na dobre mi wyszła wyprowadzka do liceum. Chociaż to też sposobem. W tajemnicy przed rodzicami brat mnie zawiózł do innego miasta, złożyłam podanie o przyjęcie w bursie i szkole. Tylko w tej, do której nie miałam dojazdów i musiałam mieszkać poza domem.
Całe wakacje słuchałam, że sobie nie dam rady. A dałam. Niczego nie żałuję.
Masz prawo żyć swoim życiem.
Dzieci dorosły i to jest moment, kiedy rodzice (a czasem i rodzeństwo) bardzo się starają nie dopuścić do zmiany układu, żeby wszystko zostało tak jak było, bo było dobrze. Czyli dzieci z rodzicami w domu i żadnych osób z zewnątrz.
Przykro mi, to będzie bardzo trudny czas. Proces opuszczania rodziny to nie jest tylko wyprowadzenie się, ale całe lata budowania nowego układu. Tylko żeby mieć nowy, trzeba rozwalić stary i to będzie bolało.
Zastanów się nad zyskami i stratami. Albo wybierasz założenie swojej rodziny, prowadzenie swojego życia, a przy tym pożegnanie dotychczasowego miejsca w domu (i pretensje od rodziny) albo wybierasz pozostanie na zawsze dzieckiem swoich rodziców, żyjącym według ich scenariusza na życie.
Wiem co czujesz, też musiałam się mierzyć z wygórowanymi oczekiwaniami otoczenia, na szczęście nie musisz się tym przejmować, w dzisiejszych czasach kobiety są samowystarczalne