Jako dziecko byłam dosyć twardo wychowywana, dzieci i ryby głosu nie mają etc. Nikt nie przeklinał, nie wolno było pyskować, tak że byłam cicha i grzeczna, ale marzyłam o innym życiu.
Dzieci w podstawówce już umiały przeklinać i trochę się nasłuchałam „brzydkich słów”, ale nie miałam odwagi ich używać. Za to ćwiczyłam w nocy... Czekałam, aż wszyscy pójdą spać (dla pewności sprawdzałam), po czym wracałam do łóżka, zamykałam drzwi, naciągałam kołdrę na głowę i szeptem mówiłam „k***a , ch*j , c**a”. Potem z przejęcia nie mogłam zasnąć : )
Kiedy miałam 16 lat, mój chłopak szantażował mnie, żądając nagich zdjęć. Gdy odmawiałam, groził, że ze mną zerwie. W tamtym okresie przechodziłam przez bardzo trudny czas. Musiałam wyjechać z kraju bez rodziców i mieszkać u babci, która miała bardzo restrykcyjne podejście do wychowywania mnie i mojego brata. Była bardzo wymagająca, krzyczała na nas i odbierała nam nasze rzeczy. Moje życie towarzyskie też nie było proste. Miałam tylko dwie przyjaciółki, z których jedna była bardzo toksyczna, a inni rówieśnicy wyśmiewali się ze mnie z powodu nadwagi. Schudłam dopiero u babci, ale popadłam w zaburzenia odżywiania.
Moja relacja z tym chłopakiem stała się dla mnie obsesyjna, a on to wykorzystywał. Wiedział o mojej traumie związanej z alkoholem, jednak wmawiał mi, że pije z mojej winy. Mój były już chłopak rozsiewał plotki wśród moich znajomych, przez co zyskałam negatywną reputację. Musiałam odciąć się od wielu osób, które okazały się fałszywe. Od tamtej pory żyję w strachu, że coś zrobi z tymi zdjęciami. Dodatkowo zniszczył moją psychikę.
Ta sytuacja miała miejsce lata temu, ale nadal wpływa na moje życie. Nigdy więcej nie wysłałam nikomu podobnych zdjęć i podchodziłam z dużym sceptycyzmem do kolejnych związków. Kocham swojego obecnego chłopaka, ale nadal dręczy mnie przeszłość.
Razem z mężem i synem chcieliśmy pojechać na pierwsze i może jedyne wczasy egzotyczne i raz w życiu odpocząć od codziennych zmagań z autyzmem (drugi syn, który ma 15 lat i autyzm miał zostać na ten czas pod opieką babci). Zawsze jeździliśmy w czwórkę i często było nerwowo, ponieważ nasz autysta nie zawsze akceptuje to, co się wokół niego dzieje. Ponieważ starszy syn, który jest już prawie dorosły, każde wakacje miał jednak nieco „dopasowane” pod autyzm, chcieliśmy raz pojechać tylko z nim. Umówiliśmy się z moją wieloletnią przyjaciółką i jej mężem na wspólne wczasy. Lubimy ich i z nimi chcieliśmy spędzić czas. Umówione. Radość. Wpłaciliśmy tysiąc zaliczki, bo to w przyszłym roku. Bezzwrotnej.
Po dwóch dniach dzwoni mi przyjaciółka z informacją, że jedzie jeszcze kilka osób z nami, jej inna przyjaciółka z rodziną. Krótkie info, że oni już też wpłacili i że pojedziemy ekipą, będzie fajnie. Ja nie jestem osobą zbyt otwartą i towarzyską. Nie lubię towarzystwa wielu, w dodatku obcych, ludzi. Może i są fajni, ale ja po prostu nie chcę. A nie chcę też tam stroić fochów, że będę na plaży siedzieć pięć metrów dalej. Mój syn wrócił ze szkoły i jak mu powiedziałam o tym, też od razu powiedział, że on nie jedzie w takim razie (a bardzo się na to cieszył). Ma wiele kompleksów na tle wagi (już zrzuconej, ale problem został bo wiele przykrości doświadczył).
Czy nie uważacie, że przyjaciółka powinna najpierw zapytać, czy nie mielibyśmy nic przeciwko, żeby ktoś jeszcze się dołączył? Albo zanim w ogóle się umawiałyśmy powiedzieć, że zbiera ekipę? Od razu bym powiedziała, że ja się nie piszę. Czy to jakieś dziwactwo, że płacąc kilka tysięcy za wyjazd chcę się czuć komfortowo i na luzie?
Zrezygnowałam, tracę tysiąc. Grzecznie jej napisałam, że uważam, że mogła to ze mną skonsultować. Obraziła się. Napisała, że chętnych będzie dość na nasze miejsce.
Kiedy oglądam zdjęcia mamy w ciąży, nie mogę uwierzyć, że jej brzuch był taki wielki. Serio, wyglądało to tak, jakby nosiła w sobie co najmniej trojaczki.
Zdarzyło się to na samej końcówce, bardzo chciałam wyjść już na świat, co pokazywałam, kopiąc mamę niemiłosiernie przez prawie całą dobę, również kiedy mama stała na poczcie w kolejce. Przed nią znajdował się pan jakoś przed trzydziestką. Nie wiem jakim cudem, ale wywijając w brzuchu, kopnęłam mamę tak mocno, że trafiłam swoją stopą idealnie w pośladek pana stojącego przed nią (mamusia ma tylko 161 cm wzrostu).
Kto by uwierzył, że został kopnięty w dupę przez płód? No nikt. Więc kiedy facet odwrócił się z frustracją, mama wypaliła: „Nie mogłam się powstrzymać...”.
Urodziłam się dwa dni później, a ona do dzisiaj uważa, że to ze wstydu zaczęła rodzić.
Pracuję jako operator wózka widłowego w magazynie i bardzo lubię swoją pracę. Co istotne, mieszkam i pracuję za granicą. Naszła mnie taka myśl, żeby wrócić do kraju, być bliżej rodziny, przyjaciół, być u siebie. Podczas urlopu w Polsce na celownik poszły wszystkie zakłady pracy w mojej rodzinnej miejscowości, które zatrudniają na takim stanowisku. Niestety, wygląda na to, że XXI wiek jeszcze nie zdążył tam dotrzeć. Nikogo nie interesowały moje certyfikaty, umiejętności i lata doświadczenia. Wszędzie padała ta sama odpowiedź: kobiet na tym stanowisku nie zatrudniamy. Jeden pan był tak miły, że zaproponował mi pracę przy sprzątaniu :)
Chyba nieprędko wrócę do Polski...
A może w dużych metropoliach jest inaczej?
Mam orzeczenie o niepełnosprawności. Od kilku lat uczęszczam do Środowiskowego Domu Samopomocy. Szczerze uwielbiam to miejsce, mam tam wielu fajnych znajomych, ale przeraża mnie, że część rodziców niepełnosprawnych osób robi z nich niechcący jeszcze większe kaleki bezustannym wyręczaniem i pozwalaniem na wszystko.
Przykład z brzegu: chłopak lekko upośledzony, ale sprawny fizycznie, który mógłby bez kłopotu nauczyć się pewnych rzeczy. Tymczasem na skutek ciągłego wyręczania przez matkę wyrósł na totalną pierdołę i lenia z rękoma w kieszeni, którego przerastają nawet takie czynności jak nalanie wody do dzbanka czy poodkurzanie. Zawsze odpowiada „nie mogę” lub „nie umiem”. Naprawdę nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nagle zabrakło jego matki. Chyba skończyłby w kartonie pod mostem. Najgorsze, że on w ogóle nie ma świadomości, że kiedyś będzie musiał dojrzeć, a i matka chyba nie widzi w tym problemu.
Inny przykład: chłopak, którego matka pozwoliła się totalnie zdominować i jest praktycznie sterroryzowana. Widać, że nigdy nie dostał nawet solidnego ochrzanu, bo przecież „jest chory”.
Mnie też mama dużo w życiu pomogła, ale w domu istniała też dyscyplina, podział obowiązków, nikt mnie nie zapewniał, że wszystko się samo zrobi. Za jakiś czas, już na starość, ich rodzice będą pluć sobie w brodę i zastanawiać się, gdzie popełnili błąd.
W przyszłym roku biorę ślub, ale ostatnio zaczęły mną mocno targać wątpliwości. Wszyscy z mojego otoczenia uwielbiają mojego narzeczonego, bo chłopak rzeczywiście jest wspaniały – mądry, pracowity, pełen życia i z niebanalnym poczuciem humoru. Nawet moje najbardziej kapryśne przyjaciółki są do niego przekonane, a rodzina nawet chyba woli jego ode mnie. To mnie uważają za osobę trudną.
Sama nie wiem, na czym dokładnie mój problem polega. Nie było go teraz w Polsce dwa miesiące – delegacja. Nawet nie bardzo tęskniłam. Żyłam sobie jak chciałam, nie musiałam się martwić, że karton po butach stoi na korytarzu od tygodnia i P. na pewno się dowali, albo że się garbię, albo za długo patrzę w telefon. Robiłam sobie do jedzenia, co chciałam, nie słuchałam pretensji o to, że znowu coś jest z pomidorów albo czemu są pieczarki w jajecznicy. Chodziłam do pracy, do kina, na spacery sama, gdzie normalnie tego nie robię, bo nie mam czasu albo ochoty. Przy nim scrolluję telefon, nie jestem zainteresowana niczym, nie mam na nic energii. A sama? Chata posprzątana na błysk, wycieczki piesze, rowerowe, spotkania z koleżankami, normalnie luz. Czułam się, jakbym była na urlopie. Dla nikogo nie musiałam się non stop starać, non stop myśleć, czy przypadkiem P. nie będzie zły o coś tam.
Nigdy nie czułam się tak zrelaksowana. Na co dzień mam ataki paniki, drżą mi ręce, mam czasami trudności z oddychaniem i ciągłe uczucie niepokoju. Tłumaczyłam to sobie nerwową pracą, ale teraz myślę, że to może być przez mojego partnera. Nie zrozumcie mnie źle, jest wspierający, ale jednocześnie mocno krytyczny i złośliwy. Typ z tych, który zawsze się musi przyczepić dla zasady. Sam z tego żartuje, że nawet jak mu się coś podoba, to i tak skrytykuje, żeby ktoś na laurach nie osiadł. Zawsze też musi mieć przeciwne zdanie, choćby w głębi duszy się z tobą zgadzał. Fajnie jest sobie czasami podyskutować, tylko jak idziecie na zakupy i bierzecie makaron rurki, to on twierdzi, że rurek nie lubi, że to najgorszy makaron, odkładasz rurki, bierzesz spaghetti, a on pyta, czemu rurek nie bierzesz i po co odkładasz te produkty. Ja wiem, że to niby nic, nie jest to przemoc, ludzie mają dużo gorszych partnerów, ale męczy. Po 8 latach razem już zwłaszcza męczy. A tak to szłam sobie do sklepu, brałam co chciałam i nie musiałam się martwić, że gąbka do naczyń będzie nie taka i znowu będę musiała dyskutować 15 minut, czemu taką wzięłam, czy nie było innych i udowadniać jej wyższości nad innymi gąbkami.
Teraz jak o tym myślę, to nic dziwnego, że jedyne na co mnie stać po powrocie do domu, to bezmyślne scrollowanie telefonu. Sama nigdy nie tłumaczyłam mu tego, bo jakoś niedawno ta prawda na mnie spadła. Jak kiedyś powiedziałam, że mnie stresuje, to stwierdził, że nie mam robić z niego potwora. I nie robię, po prostu przy nim czuję takie permanentne zmęczenie.
Niedawno przypomniałam sobie pewien moment.
Gdy byłam w 2 czy 3 klasie szkoły podstawowej, zapomniałam pożyczyć zeszyt od koleżanki, a nie było mnie w szkole. Wróciłam do domu i przypomniałam sobie o tym fakcie. Matki jeszcze nie było, a ja wpadłam w histerię i błagałam Boga przez dwie godziny, żeby na mnie nie krzyczała i żeby nie biła.
Teraz widzę, jak bardzo bałam się mojej matki i jakim tyranem była.
Po 4 latach zakończyłam związek z osobą, która mnie okłamywała prosto w oczy, ćpała, pożyczała pieniądze od szemranych typków, ode mnie też oczywiście. Wiele razy dawałam mu szansę, wybaczałam, zapewniałam, że razem damy radę. Oddałam mu serce na dłoni, a on zapożyczył się znowu na ogromną sumę, a ludzie, którzy mu ją pożyczyli, przyszli do naszego mieszkania odzyskać zadłużenie... Nigdy się tak nie bałam, to był moment kulminacyjny. Wyrzuciłam go z domu, zażądałam też zwrotu moich pieniędzy (w tysiącach). I wtedy zobaczyłam jego prawdziwą twarz.
Przestał ukrywać się z tym, że ćpa, bałam się przebywać we własnym mieszkaniu. Zarówno on, jak i jego mama nie widzieli żadnego problemu, jedyne co od niej usłyszałam (po 4 latach utrzymywania, wychowywania i pracy, żeby jej syn wyszedł na ludzi i nie stoczył się do końca), to „spłaciliśmy jego długi, nie ma problemu, możesz dalej z nim być”. Jak powiedziałam, że nie będę już więcej wychowywać tego człowieka, zaczęła się na mnie nagonka, jaka to ja nie jestem, że wyrzucam go z mieszkania, że przecież on ma problem, że tak nie wolno (ale jak niszczyć innym życie, to już wolno).
Aktualnie jestem dumna z siebie, że pozbyłam się tej osoby z mojego życia, mimo że psycha siadła mi totalnie. Nie śpię po nocach, a jak już, to budzę się z przerażającymi koszmarami, tysiąc razy patrzę, czy drzwi są zamknięte, idąc ulicą, rozglądam się, a każdy, kto na mnie spojrzy, jest podejrzany, jak ktoś zapuka do drzwi, dostaję ataku paniki. Wiem, że zrobiłam dobrze, a napisanie tego było bardzo oczyszczające.
Pamiętajcie, że każdy może popełnić błąd, ale kiedy cały czas robi to samo i jest przekonany, że i tak wybaczysz, to już jest wybór, a ta osoba jest toksyczna i zepsuta. Nie daj się wykorzystywać, stawiaj siebie ma pierwszym miejscu.
Ostatnio usłyszałam taką historię: pierwsza klasa SP. Zebranie rodziców z dziećmi i wychowawczyni. Wychowawczyni zaprasza mnie do biurka, podaje książkę i prosi, żebym przeczytała wskazany fragment. I tu moja mama opowiada, że zapadła się w sobie, oczekiwała, że będzie się wstydzić, bo będę dukać. Jakże się zdziwiła, kiedy okazało się, że jako jedno z niewielu dzieci w klasie czytam płynnie, wyraźnie, z użyciem znaków przestankowych.
Byłam zaskoczona. Nie wierzyłaś we mnie? – zapytałam. Nie wierzyłam – powiedziała. – Czułam wstyd, dopóki nie usłyszałam, że pani cię chwali.
Wstyd? Tak, powinna czuć wstyd. Że tak bardzo skupiła się na moim bracie, że nie widziała, że już w zerówce płynnie czytałam.
Dodaj anonimowe wyznanie