Wyznanie dla ludzi o mocnych nerwach.
Mam 36 lat. Mieszkam sam i z mieszkania wychodzę tylko gdy muszę. Nie mam dwóch małych palców i lewego ucha. Straciłem je w pracy.
Gdy skończyłem studia, postanowiłem wraz z kolegą wyjechać do pracy do Holandii. Najpierw sami, żeby coś nagrać, ogarnąć i ściągnąć do siebie swoje dziewczyny. Gdy dotarliśmy na miejsce szybko okazało się, że coś jest nie tak. Gdy z samego rana do naszego pokoju wparowali trzej faceci z bronią wiedziałem, że to nie wróży nic dobrego. Zabrali nam dosłownie wszystko poza bielizną, którą mieliśmy na sobie. Ogolono nam głowy i pobrano krew, po tym rzucili nam kombinezon roboczy i kazano wyjść na dwór. Upał niemiłosierny... Wraz z nami było jeszcze ok. 12 innych chłopaków w naszym wieku.
Przez 3 miesiące byliśmy wykorzystywani jako darmowa siła robocza. 7 dni w tygodniu po 14-15 godzin. Robiliśmy na roli. Wtedy mój kolega zniknął i to był ostatni raz, gdy o nim słyszano. Postanowiłem uciec. Złapali mnie pół godziny po tym, jak uwierzyłem, że uciekłem. Za karę straciłem palec. Dwie kolejne próby pozbawiły mnie drugiego palca i ucha.
Czas mijał, dni stawały się jednym, długim dniem. Czas stracił znaczenie, ale wiedziałem, że minęło sporo czasu, gdyż pogoda zaczęła się zmieniać na jesienną. Czyli jakieś 5 miesięcy niewoli. Przyszła zima i gdy myślałem, że gorzej być nie może, zostałem sprzedany za 200 euro. Kupiła mnie właścicielka domu dla psychopatycznych zboczeńców, bo zwykłym burdelem tego nie można nazwać. Spędziłem tam tydzień, może dwa, nie widziałem słońca, więc nie byłem pewien. Byłem zmuszany do obrzydliwych czynności, o których nie napiszę.
Wtedy nadarzyła się okazja, jeden z klientów chciał mnie wynająć do domu. Gdy tam już byłem, skorzystałem z okazji, przywaliłem mu krzesłem, gdy akurat się odwrócił i zacząłem biec. Biegłem aż straciłem ostatnie siły i wtedy zacząłem biec jeszcze szybciej. Dotarłem do jakiejś wsi, tam zadzwoniłem na policję i w krótkim czasie trafiłem do ambasady polskiej.
Całe dochodzenie, śledztwo, szukanie pozostałych nie przyniosło dosłownie nic. Spędziłem pół roku w psychiatryku nim znaleziono ślad, który uwiarygodnił moją opowieść, dzięki temu mnie wypuszczono i oddano rodzinie pod opiekę. Nie umiałem z nimi żyć, chciałem być sam, więc wróciłem do swojego mieszkania.
Ta dziewczyna, która miała do mnie dojechać, zapomniała o mnie po 3 miesiącach od wyjazdu. Z mojego telefonu wysłane były SMS-y do niej i rodziny... Do niej, że zrywam, a do rodziny, że wszystko OK. Rodzina nie uwierzyła i szukała mnie, ale nic to nie dało. Dziewczyna już pewnie ma nowe, lepsze życie, więc nie nawiązałem z nią kontaktu, choć była źródłem nadziei w tych czarnych miesiącach.
Wszystko było zorganizowanie przez Polaków. Polak Polakowi. Polak zniszczył swojego rodaka. Czuję wstręt do samego siebie i nic nie pomaga. Uważajcie...
Mieszkam w cudzie zwanym starym budownictwem, jeszcze częściowo do remontu.
Przyszła kolej na łazienkę. Jak wygląda sytuacja - na wierzchu odpływ od WC żeliwny, klejony żywicą, malowany 800 razy, estetyki zero. Przy remoncie wypadałoby taką rurę wymienić już na PVC. Majster robić tego nie mógł, więc poszedłem do spółdzielni. Przyszedł hydraulik, patrzy i mówi: Panie, ale z tej rury nic nie leci, póki dobra, to nikt tu nic nie wymieni.
Mówię, że coś musi się dać zrobić, toż nie będę remontu odwlekać przez takie coś, a zabudować tego też strach. No więc wziął hydraulik żabę, puknął w dwóch miejscach, że odpadła farba, wody z kranu wziął i psiknął w świeży wyrąb, lekki zaciek się zrobił i zabarwił na brązowo. Zrobił dwa zdjęcia, a do karty zgłoszenia wpisał, że uszkodzony pion.
Swój chłop :D
U mnie w szkole nauczyciele często urządzają konkursy.
Kiedyś zorganizowali konkurs wiedzy o Harrym Potterze (tylko pierwszy tom).
Zajęłam pierwsze miejsce.
W nagrodę dostałam... Tak, pierwszy tom Harry'ego Pottera.
Jestem 17-letnią dziewczyną i jakiś czas temu dość późno w nocy zaczął mnie boleć brzuch. Na początku uznałam to za przedmiesiączkowe bóle, wzięłam tabletki przeciwbólowe i wróciłam do nauki, ale nic nie przeszło. W tym momencie wiedziałam już, że coś jest nie tak, bo znam swoje reakcje na okres i tabletki - a że zapalenie wyrostka jest częste w mojej rodzinie, od razu poszłam do mamy, żeby zawiozła mnie do lekarza. I tu zaczyna się cyrk.
W szpitalu nikt mnie nie zbada, bo lekarz musiałby zejść dwa piętra, a przecież trzymam się na nogach, więc nie ma tragedii. Czy nie mam mieć przypadkiem okresu...? No, to wszystko jasne, małolata dramatyzuje. Jedziemy do nocnej przychodni na drugim końcu miasta - przyjmuje mnie lekarka, która po standardowym badaniu pyta konspiracyjnie, czy po prostu nie chcę się wymigać od szkoły. Ręce mi opadają, dostaję tylko receptę na ketonal i pełne politowania spojrzenie. Trudno, wracam do domu.
Rano ewidentnie już coś ze mną nie tak, jadę znowu do szpitala - bez skierowania nie przyjmą, niech dziewczyna idzie po szkole do przychodni. Jakiej szkole, od razu do przychodni. Czekam w kolejce godzinę - kasłający lekko 10-latek w końcu musi być przed mdlejącą na ławce dziewczyną (miny babć, które zobaczyły, jak osuwam się na krzesełka obok - jeszcze miejsce zajmuje (!)). Lekarka w przychodni z politowaniem mówi mi, że też miewa ciężkie okresy i jest pewna, że to nie wyrostek.
Proszę rodziców, żeby zawieźć mnie jeszcze na badania krwi, bo na 100% coś ze mną nie tak. Za godzinę z wynikami wchodzę na izbę przyjęć w szpitalu, gdzie bada mnie lekarka dyżurna i stwierdza, że zmiany we krwi to przez to, że jestem taka chuda. Upieram się, żeby zrobić mi USG, bo naprawdę zaczynam się bać.
Po badaniu ewidentnie widać, że coś dzieje mi się - uwaga - z wyrostkiem. Przyjmują mnie na oddział... i czekam kolejną dobę, bo stary ordynator klepie mnie po głowie z politowaniem i daje zastrzyk przeciwbólowy na "bolesną miesiączkę".
Dopiero kiedy następnego dnia rano nie mogę już chodzić, zabierają mnie na stół operacyjny. Na karcie wypisu ze szpitala dowiedziałam się, że tego samego ranka wyrostek w końcu mi pękł - gdyby ktokolwiek uwierzył mi wcześniej, oszczędziliby mi bólu, a sobie pracy przy usuwaniu go.
Jak to jest, że niewykwalifikowana nastolatka zdiagnozowała samą siebie dwa dni przed jakimkolwiek lekarzem?
Czytając najróżniejsze wyznania natrafiłam na jedno o dziewczynie, która przerobiła pokój na Narnię. Jako że sama mam coś podobnego, postanowiłam podzielić się swoją historią:
Od wielu lat miałam w domu dwa puste pokoje. Nie widziałam, co z nimi zrobić. Narzeczony też nie mógł wpaść na żaden pomył. Dzieci mieć nie możemy, więc pokój dla nich odpadał. W końcu, po wielu rozmowach, wpadliśmy na pewien pomysł:
Wyburzyliśmy jedną ścianę (tym samym połączyliśmy pokoje), zamurowaliśmy drzwi. Zrobiliśmy dziurę w naszym pokoju tak, by dało się przejść do połączonych pokoi, a potem zaczęliśmy je dekorować. Kupiliśmy mnóstwo sztucznych roślin (i kilka prawdziwych), wiele ozdobnych półek na książki, chińskie lampy, nawet udało nam się stworzyć z kamieni i innych materiałów miniwodospad (woda w nim nie płynie, ale wygląda ślicznie). Na końcu kupiliśmy podwieszane łóżko, naklejki na ścianę w kształcie motyli i biedronek oraz dywan przypominający trawę i ładną, czarną ławkę.
W pokoju (w miejscu, gdzie była dziura) powiesiliśmy obraz, który namalowałam na starej, białej zasłonie (pewnie za jakiś czas przejście będzie bardziej "tajne" :))
Cztery lata zajęło nam skończenie tego. Nikt z rodziny nie wiedział, wszyscy myśleli, że jedynie pozbyliśmy się dwóch pomieszczeń. I tu zaczyna się historia.
Leżałam na podwieszanym łóżku, narzeczony siedział na ławce i czytaliśmy książki. W pewnym momencie ktoś zaczął pukać do drzwi, ale nie chciało nam się wstawać. Nagle ktoś wszedł do mieszkania, a po chwili słychać głos mojej matki (później okazało się, że zostawiłam klucze podczas ostatniej wizyty).
Mamuśka i tata obeszli cały dom, aż w końcu dotarli do pokoju. Matka zaczęła marudzić (jak to ja i narzeczony nie dbamy o dom), wyzywać (zwyzywała mnie i narzeczonego), zaczęła komentować wystrój. W końcu "zmęczona marudzeniem" oparła się o zasłonę. Oczywiście wywaliła się i wpadła do pokoju, w którym byliśmy my. Jej mina - bezcenna.
W gimnazjum po lekcjach, aby zabić nudę, wchodziliśmy ze znajomymi na czata naszego miasta, z nickiem coś w stylu "SexiBlondi18". Oczywiście od razu byliśmy bombardowani wiadomościami od facetów, czasem bardzo jednoznacznymi już od pierwszego zdania.
Z tymi najbardziej napalonymi prowadziliśmy dłuższe rozmowy, umawialiśmy się na czat na następny dzień na konkretną godzinę, wysyłaliśmy fejkowe zdjęcia z internetu itp., aby wreszcie po kilku dniach umówić się na spotkanie.
Nasza seksowna blondynka miała wtedy wolną chatę i zapraszała nowo poznanych zalotników do siebie. Podawaliśmy wtedy adres do nielubianego kolegi lub osiedlowego żula itp. i czyhaliśmy na podekscytowanych amantów, udając na przykład, że robimy zakupy w sklepie naprzeciwko albo czekamy na autobus na pobliskim przystanku.
Hitem był koleś z ogromnym papierowym planem miasta w ręce, wypytujący przechodniów, jak znaleźć dany adres :D
Gdy byłam brzdącem, 4-5 lat, bawiłam się ziarnami kukurydzy i do dzisiaj nie wiem jak, ale włożyłam sobie jedno do nosa. Mama próbowała jakoś temu zaradzić, ale wyciągnąć się nie dało, a wydmuchanie w chusteczkę też nie wchodziło w grę, bo cholera głęboko weszła. Więc co dalej? Zostawimy, poczekamy, może samo wyjdzie.
I tak dzięki odpowiednim warunkom i wilgotności z mojego malutkiego noska wyszedł zielony zarodek kukurydzy.
No cóż... przynajmniej tym razem udało się go wyciągnąć :D
Jak byłam w czwartej klasie podstawówki, to bardzo stresowały mnie kartkówki z historii. Zawsze było mnóstwo pytań i mało czasu, i bałam się, że zwyczajnie nie zdążę na wszystko odpowiedzieć, bo nie potrafiłam szybko pisać. Pamiętam, że ze stresu napinałam wszystkie mięśnie i zakładałam nogę na nogę, czasami lekko nimi o siebie ocierając. I tak po paru minutach dostawałam orgazmu.
Jako że mam już dwadzieścia parę lat, to będąc dzieciakiem nie wiedziałam za bardzo co to jest orgazm (bo nie miałam takiego dostępu do internetu, jak teraz mają dzieciaki), dlatego mój mały, lekko dziwny umysł ubzdurał sobie, że ta "fala rozluźnienia" jest wybuchem geniuszu i oznacza to, że nachodzi mnie właśnie fala olśnienia. Nie wiem, czy ktoś zrozumie o co mi chodzi. W sumie sama tego do końca nie ogarniam. Ale działało jak placebo! Wiedziałam, że jestem geniuszem, bo dostałam "fali olśnienia" i pisałam kartkówki na 5+.
Tak że tego...
Czytając wyznania "sklepowe", postanowiłam opowiedzieć swoje przeżycie dotyczące pracy w "znanym i lubianym" sklepie z odzieżą damską.
Przyszła kiedyś kobieta, mająca ok. 50 lat. Kiedy podeszłam do niej, pytając, czy szuka czegoś konkretnego, odpowiedziała, że szuka czegoś na pogrzeb teściowej. Po chwili namysłu, co mam jej odpowiedzieć i pokazać (bo przecież zwykle nie dostaję takich odpowiedzi) mówię, że bardzo mi przykro, nie wiedziałam jeszcze, że usłyszę odpowiedź:
- A nie! Ona żyje! Ale już ma 90 lat...
Wczesne lata 90. Ja w IV lub V klasie. Ktoś ukradł mi pieniądze przeznaczone na komitet rodzicielski lub coś w tym rodzaju - wychowawczyni miała zbierać.
Kilka dni później moja mama na wywiadówce mówi do mojej wychowawczyni, że chyba nie za dobrze dzieje się w szkole, bo ktoś mnie okradł. Odpowiedź nauczycielki? To moja wina, bo miałam w szkole pieniądze.
Złodzieja nie wykryto i nie ukarano, bo go nawet nie szukano.
Dodaj anonimowe wyznanie