Mój mąż to najlepszy mąż na świecie.
Ostatnio musiał wyjechać na delegację, zostawiając mnie samą w domu. Trwało to kilka długich tygodni, więc zaczęłam żalić mu się, prosić, żeby wracał. Marudziłam, że brak mi go pod każdym względem. Niestety mój kochany nie mógł skrócić sobie wyjazdu, ale zrobił mi niespodziankę :)
Po kilku dniach doszła paczka z jego zdjęciem w bieliźnie i pamiątkowym dildosem z innego kraju.
Kocham tego wariata!
Przeogromny stres w szkole średniej wprowadził mnie w nerwicę na różnych podłożach. Włączył u mnie także depresję oraz "stany" samobójcze. Biorę leki na uspokojenie.
Chciałem z tym walczyć samodzielnie. Moja urażona duma, że ktoś musi mi pomagać - bolała. Stwierdziłem, że muszę w szkole poczuć się bardziej jak w domu, żeby było mi wygodniej i przyjemniej. Ale wiadomo, nie przyniosę tam łóżka czy kołdry. Postanowiłem więc poczuć się bardziej komfortowo w tamtej placówce i zacząłem ubierać dresy, całe porozciągane, oraz bluzy, tak samo o parę rozmiarów za duże. Było mi o wiele lepiej, gdy tak zacząłem się stroić. Tylko pewnie wyglądem przypominam jakiegoś bezdomnego.
Obecnie nastał czas chłodnej jesieni. Do mojego super stroju dodałem jedną rzecz... A są nią skarpetki frotte. Każdy krok jest milszy.
Ponoć co głupie, a działa, wcale nie jest takie głupie.
Gdy byłam mała, przeczytałam w książce, jak rozmnażają się kwiaty. O tym, że kwiat wytwarza pyłki, które muszą dotrzeć do słupka i wtedy wytwarza się nasionko. No dobrze.
Potem dowiedziałam się jak powstaje człowiek. No dobrze.
Potem dowiedziałam się, że niektóre ubranie są z lnu, czyli takich roślinek, które razem się splata i powstaje materiał. No dobrze.
A teraz mózg sześciolatki wszystko połączył. Jeśli nasze ubrania są zrobione z roślin, to pewnie gdzieś tam w tym ubraniu zostały resztki pyłków i jak się dostaną do mojego wnętrza, to będę w ciąży i urodzę małe człowieko-kwiatki. Na domiar złego obejrzałam Calineczkę, bajkę o dziewczynce, która urodziła się z kwiatka.
Też chciałam mieć małego skrzata w domu.
I takim oto sposobem moja mama nakryła mnie na wpychaniu sobie w pewne miejsce kawałka materiału, bo chciałam mieć dziecko.
O tym, że prawdziwa "nienawiść" nie istnieje.
Mój dziadek 80 lat ma już za sobą, był pokłócony na śmierć ze swoim zięciem. Właśnie, na śmierć.
Pewnego wieczoru, a dokładnie w dzień urodzin mojej babci, dziadek przyszedł do niej z wielkim bukietem czerwonych róż. Dziękował jej za 60 lat spędzonych razem, za jej miłość. Dokładnie tak, jakby widział ją ostatni raz.
Wszyscy znajomi babci zebrali się w pokoju gościnnym. Jedli, śmiali się. Dziadek też. W pewnym momencie dziadek stracił oddech. Jego serce stanęło. Umarł.
Babcia zaczęła krzyczeć, że nie żyje, umarł, nie ma go. Zięć, z którym dziadek był pokłócony, zleciał szybko z piętra do pokoju, w którym wszyscy przebywali. Nieoczekiwanie rzucił się na niego, ułożył go na podłodze i wyjął protezę. Zrobił mu masaż serca.
Dziadek odzyskał oddech. Dzisiaj chodził nawet po moim podwórku.
Dziękuję za dziadka, wujku.
Gdy byłam dzieckiem, najlepszą metodą wychowawczą moich rodziców było lanie. Podobno byłam niedobrym, krnąbrnym dzieckiem. Wynieśli to ze swoich domów rodzinnych, babcia np. karała swoje córki za pomocą kabla od żelazka. Ja dostawałam tylko paskiem, do momentu, gdy babcia przypomniała sobie, że u jej rodziców w domu to była "dyscyplina" - klika rzemyczków na sarniej nóżce - i to dopiero bolało.
Babcia przygotowała takie coś i na mnie - nie było wprawdzie sarniej nóżki, tylko jakiś kijek i kawałek paska skórzanego pocięty wzdłuż na 4 części. I to narzędzie tortur zawisło na honorowym miejscu, na wieszaku w przedpokoju, więc każdy kto przychodził mógł je podziwiać. I to było największe upokorzenie. Nawet samo lanie nie było takie straszne.
Lata mijały, mnie już nie tłuczono, dyscyplina została wyrzucona.
Minęło jeszcze sporo lat, wyszłam za mąż, urodziłam syna, wiedziałam, że najgorsze, co może być to bicie i swojego dziecka tak nie potraktuję. Ale widziałam błysk w oku mojej babci, mówiącej: "O, to jest chłopak, niedobry będzie. U moich rodziców to była taka dyscyplina na sarniej nóżce. Nie wiem, czy pamiętasz, ale i u was taka była. Zrobimy i teraz taką".
Obraziła się, kiedy powiedziałam, że jak tylko to zrobi, to pierwsza dostanie nią lanie, a potem narzędzie zniszczę i wyrzucę. Nie mogła zrozumieć.
Bez bicia mój syn wyrósł na bardzo porządnego młodego człowieka. Da się.
Dość wcześnie, bo już w podstawówce zaczęłam się masturbować. Ale nie w jakiś normalny sposób... Pierwsza rzecz, która - jak sobie dużo później uświadomiłam - mnie podnieciła, to był program w telewizji o metodach tortur. Nawet nie oglądałam całego, tylko urywek o jakimś przetrzymywaniu osób w niewygodnych pozycjach z drewnianymi listwami wrzynającymi się dość boleśnie między nogi. Mała ja chciała się przekonać jak to jest i po zabarykadowaniu się w toalecie odtworzyłam taki układ dzięki desce do prasowania, kaloryferowi i położonym na nich trzonku od mopa. Wtedy byłam bardzo blisko pierwszego w życiu orgazmu.
Jednak ostatecznie pierwszy orgazm przeżyłam przywiązując ręce (samodzielnie) do kaloryfera dwoma paskami od spodni (w taki sposób, że paski się zaciskają na nadgarstkach, gdy się za nie pociągnie) i "nadziewając" się na końcówkę kija od mopa, zapartą o drugą ścianę. Zabawy z wiązaniem dopiero zaczynałam. Wiele razy w różnych miejscach domu związywałam się sama, doszłam do takiej wprawy, że potrafiłam przywiązać sobie zarówno nogi i ręce, a tylko prawą ręką mogłam się samodzielnie z tego uwolnić.
Zawsze pilnowałam, żeby nikt tego nie zauważył, wszystko miałam zaplanowane. Do pewnej sytuacji, kiedy moja sporo starsza siostra postanowiła wrócić do domu jakieś 30 min wcześniej niż zwykle. Byłam akurat sama w domu, przywiązana do maszyny do ćwiczeń stojącej w salonie. Oczywiście zupełnie nago. Zanim weszła do domu, musiała przejść przez podwórko, na które miałam całkiem dobry widok z salonu, więc zaalarmował mnie o jej przybyciu radosny pies, który akurat sobie biegał luzem na zewnątrz. Wpadłam w lekką panikę, zaczęłam się szarpać, pogarszając sytuację. No i pies mnie uratował, bo tak pociesznie wyglądał, że siostra postanowiła się z nim chwilę pobawić, zanim weszła do domu. Jakoś się rozplątałam, szybko ubrałam i jeszcze w ostatniej chwili udało mi się pozbyć pasków. Roofy dostał ode mnie później najlepszą karmę, jaka była w zoologicznym...
Kiedy chodziłam do początkowych klas podstawówki, bardzo lubiłam rysować. Rysowałam wszystko - ludzi, zwierzęta, całe pejzaże. Szkoda tylko, że poskąpiono mi talentu i każdy kotek czy piesek wyglądał jak bezkształtna breja.
Wszystko zmieniło się, gdy odkryłam, że można wziąć gotowy obrazek, na przykład z gazety, położyć go na szybie, a na nim czystą kartkę i dokładnie przerysować ołówkiem każdy szczegół. Można powiedzieć, że w jeden dzień stałam się Picassem.
Chciałabym bardzo przeprosić utalentowane dzieci (teraz już dorosłych), które przeze mnie nie zdobyły zasłużonej nagrody w wielu konkursach.
Pracuję w żłobku. Moimi podopiecznymi są dzieci w wieku od 8 miesięcy do 3 lat. Wraz ze mną pracują 2 inne dziewczyny.
Najbardziej mnie śmieszą sytuacje podczas moich comiesięcznych "kobiecych" dni. Kobietki, na pewno niejedna z was ma tak, że przy okresie towarzyszą wam potworne wzdęcia. Cóż, ja w pracy pierdzę sobie ile chcę, a najbardziej śmieszne w tym wszystkim jest zachowanie moich koleżanek z pracy, które za każdym razem zastanawiają się, które dziecko zrobiło kupę, że tak okropnie śmierdzi.
Żodna nie wie, że to ja. Żodna :D
Sytuacja miała miejsce w autobusie miejskim w porannych godzinach. Ludzie prawie wypadali oknami, ciężko byłoby wcisnąć między nich nawet szpilkę.
Do środka chciała wejść kobieta, typowy moher koło 60. Zaczęła się awanturować, że jak to miejsca nie ma i że ona musi wsiąść. Ktoś z pasażerów wytłumaczył jej, że za kilka minut jedzie następny autobus. A ona, zamiast kulturalnie poczekać, złapała za plecak i ubranie na oko 17-letnią dziewczynę i sama wsiadła. Laska była w takim szoku, że nawet się nie odezwała.
Najlepsze w tym wyznaniu jest to, że baba wysiadła na następnym przystanku, kilkaset metrów dalej.
Skąd się biorą tacy ludzie?
Miałam wtedy może 9-10 lat. Byłam bardzo zafascynowana pewną stroną z ciekawostkami i wierzyłam we wszystko, co jest tam napisane.
Pewnego dnia przeczytałam, że mocz wybiela zęby. Uradowana pobiegłam do łazienki i nasikałam na szczoteczkę do zębów.
Smak pamiętam do dziś.
Nikomu o tym nie mówiłam, wiecie o tym tylko Wy, drodzy anonimowi.
Dodaj anonimowe wyznanie