#RMWk3

Pewnego razu, chcąc wyskoczyć z rutyny samotności, postanowiłem wprowadzić w swoje życie trochę zamieszania obecnością w nim towarzyszki płci przeciwnej. Nie za bardzo mam śmiałość, żeby zagadać do kobiety na ulicy, więc żeby było łatwiej, założyłem konto na jakimś portalu randkowym. Poznałem tam dziewczynę, z którą świetnie się dogadywałem, był właściwie tylko jeden problem - mieszkaliśmy kilkaset kilometrów od siebie. W dodatku ona mieszkała w mieście, w którym w życiu nie byłem, chyba że przejazd autostradą na odcinku, gdzie zjazdy są sygnowane nazwą miasta, można zaliczyć jako wizytę w nim.
Po kilku tygodniach komunikowania się tylko przez internet zaproponowałem spotkanie na żywo. Oznajmiła, że koniecznie musi być w jej mieście, bo nie wypada, żeby dziewczyna jechała na pierwsze spotkanie taki kawał. No OK - faktycznie głupio by to wyglądało. Ze swojej strony rzuciłem, że skoro ona w swoim mieście mieszka od urodzenia, a ja w nim w życiu nie byłem, to może pokazałaby mi co ciekawsze miejsca. Zgodziła się :) Termin - za tydzień.

No ale nie mogło być zbyt pięknie.

Dzień przed spotkaniem oznajmiła mi, że jednak woli, żebym to ja zaplanował naszą randkę, bo to przecież facet powinien o takich rzeczach myśleć. A jak zaplanuję, mam jej dać harmonogram do zatwierdzenia. Zatkało mnie, lekko zaprotestowałem, ale zależało mi na niej, więc szybko wziąłem się do przeglądania listy atrakcji, kawiarni i restauracji w jej mieście i zaplanowałem nasze spotkanie. Harmonogram odrzucony, bo to zbyt oklepane miejsca. Drugi harmonogram odrzucony, bo to zbyt drogie miejsca. Trzeci odrzucony, bo zbyt tanie. Inny bo ''tam śmierdzi''. Jeszcze inny bo ''tam pracuje jej były''. Bo ona nie lubi bałkańskiej kuchni. Bo ciężko tam dojechać. Bo zbyt tłoczno... Po kilku godzinach w końcu się udało - randka, może nie idealna, ale AKCEPTOWALNA. W końcu mogłem spokojnie położyć się spać.

W dzień spotkania przyjeżdżam, wysiadam z pociągu i czekam pół godziny, bo przecież mieszkając 5 minut spacerkiem od dworca nie można ot tak sobie przyjść na umówioną godzinę. Po wymianie uprzejmości zostałem poinformowany, że na zewnątrz pada, a ona nie lubi moknąć, więc pójdziemy do kawiarni na dworcu, wypijemy kawę i się pożegnamy. Przedstawiła mi dwie alternatywy - Starbaks czy Kosta? Zrezygnowany odparłem, że kawy nie pijam i nie znam żadnego z tych przybytków, więc mi wszystko jedno. To był błąd...

- Wiesz... nie będę się spotykać z facetem, który nie wie, czego chce od życia. Skoro nie potrafisz podjąć tak prostej decyzji jak do której kawiarni pójdziemy, to nie chcę nawet myśleć, jak zareagujesz na prawdziwe życiowe dylematy... - rzekła, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła

A ja do dziś się zastanawiam, co się tam właściwie wydarzyło...

#kLqVM

Przed pierwszą spowiedzią dostałem od babci książeczkę, w której była napisana cała formułka, ale bez podziału na to, co mówi ksiądz, a co mówię ja. Nauczyłem się wszystkiego na pamięć i w konfesjonale zacząłem recytować to co powinienem mówić ja i ksiądz.
Jego mina była bezcenna.

#VnMCJ

Jestem osobą niewierzącą, dlatego też od blisko 13 lat znikałam z rodzinnego domu, kiedy ksiądz chodził po kolędzie. W tym roku byliśmy na obiedzie u rodziców mojego chłopaka (i jednocześnie ojca mojego syna) - duży, rodzinny obiad, wraz z trójką jego rodzeństwa i ich rodzinami, w sumie 11 osób. Mama chłopaka - osoba mocno wierząca, wręcz zaliczająca się do grupy moherów, próbująca bezskutecznie zaszczepić w swoich dzieciach i ich partnerach miłość do Jezusa i do kościoła, „zapomniała” nam powiedzieć, że tego właśnie popołudnia przyjdzie ksiądz chodzący po kolędzie.

Katastrofa rozpoczęła się ode mnie, kiedy ksiądz podał mi rękę w celu przywitania. Zupełnie nie wiedząc co mam robić, przeżegnałam się i pocałowałam mu dłoń. Miny współbiesiadników bezcenne. Matka chłopaka złapała się za głowę i przeprosiła za mnie, ojciec chłopaka zwijał się ze śmiechu, tak samo jak reszta. No ale nic, ksiądz żartowniś, zaśmiał się mówiąc, że nikt go jeszcze nie przywitał w taki sposób. Niemniej buraka na mojej twarzy można było zauważyć z kosmosu. Dalej w sumie było już tylko gorzej. Wyszło na jaw, że nasz syn jest dzieckiem nieślubnym i nieochrzczonym, mało tego - nawet bez jakichkolwiek planów przyjęcia tegoż sakramentu. Mój chłopak, jako zagorzały przeciwnik instytucji kościoła, wdał się tutaj w dyskusję na temat pedofilii pośród księży (tutaj matka trzymając się za serce zaczęła osuwać się na podłogę, ojciec dalej zwijał się ze śmiechu), zarzekając się, że nasz syn nigdy nie będzie wychowywany w wierze katolickiej.

Po rozmowie z nami ksiądz przeszedł do siostry mojego mężczyzny, której to dziecko - uwaga, uwaga! - jest z in vitro. Tutaj wygadał się brat chorujący na chorobę psychiczną. Rzucił po prostu tekstem „a mała jest z in vitro, proszę księdza”. No oczywiście jest to grzech, kościół tego nie uznaje, bla bla bla. Ojciec małej nie mógł odpuścić i wdał się w dyskusję, że dlaczego, przecież to cud życia, w czym takie dziecko jest gorsze od innych... Mój chłopak nie chciał pozostać gorszym, włączając się do rozmowy, razem ze swoimi korwinistycznymi poglądami.

Kiedy rozmowa o in vitro dobiegła końca, ksiądz przeszedł do drugiego brata chłopaka, którego to dziewczyna jest już w widocznej ciąży... dziecko oczywiście nieślubne. Na koniec doszedł do wspomnianego wcześniej chorego psychicznie brata, który jest w trakcie pisania doktoratu o... sektach w Polsce i ich zagrożeniu dla kościoła katolickiego.
Matka chłopaka na koniec zaczęła przepraszać księdza i dołożyła do koperty 100 zł, prosząc, aby nie wspominał o tym niepowodzeniu proboszczowi.

Zapomniałabym - podczas święcenia domu kot śpiący na szafie zaatakował kropidło, a zeskakując z góry, wskoczył w wodę święconą.

Teściowa chyba porzuci pomysł nawracania wszystkich dookoła.

#KE1Mu

W prezencie od byłego dostałam na urodziny zapakowany w pudełeczko z Apartu komplet biżuterii - naszyjnik z perełką i kolczyki. Byłam zakłopotana - jak przypuszczałam - drogim prezentem. Nie chcąc czuć się gorsza, starałam się dorównać mu upominkami i okazać moją wdzięczność, mimo kiepskiej sytuacji finansowej.

Los chciał, że się rozstaliśmy. Jeszcze przed tym faktem, jak pokazywałam współlokatorce mój prezent, ona wspomniała, ze już gdzieś taki widziała. Jednak dopiero po rozstaniu, kiedy weszła do mojego pokoju i kolejny raz oglądała naszyjnik, stwierdziła, że chyba ma taki sam, wyszła i wróciła z identycznym kompletem biżuterii. Dostała go w jednej z popularnych drogerii, jako gratis do zakupów.

#buH7h

Będzie krótko o nerwicy natręctw, jak to wygląda i z czym to się je.

Przykład z 1 listopada ubiegłego roku. Jak wiadomo, jest to czas odwiedzania cmentarzy i zmarłych bliskich. Podczas mszy zobaczyłem, że spora część zniczy na grobach rozstawiona jest niesymetrycznie...

Tak mi to nie dawało spać, że około godz 1 w nocy udałem się na cmentarz i przez blisko 4 godziny ustawiałem znicze na cmentarzu, tak by były symetrycznie.

#MMzzh

Ostatni rok był najgorszym w moim życiu.
Wpadłam w mega depresje, były dni, kiedy w ogóle nie wstawałam z łóżka, nawet do toalety (dla ciekawskich - jeśli obok nie miałam jakiejś szklanki lub butelki, to robiłam pod siebie). Owszem, zdarzały się dni, kiedy funkcjonowałam w miarę normalnie; szłam na uczelnię, zakładałam na siebie coś innego niż rozciągnięty dres. Jednak takie momenty zdarzały się niezwykle rzadko, a w grudniu zdarzyły się może z 3 razy. Nie pojechałam do rodziców na święta, wykręciłam się mówiąc, że skręciłam nogę.
W sylwestra coś we mnie pękło, bez wątpienia wpływ miało na to wypite wino, ale przecież liczy się efekt.

Wstałam, wykąpałam się (po raz pierwszy od 2 tygodni!), delikatnie pomalowałam, ułożyłam włosy, założyłam odświętne ubranie i... Poszłam na spacer.
Warszawa. Moje kochane miasto. Spełnienie marzeń. Dotarło do mnie, że choć mieszkam tu ponad rok, tak naprawdę nie korzystam z dostępnych możliwości, atrakcji. Nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam.

Po 3 godzinach wróciłam do mieszkania. W głowie miałam plan.
Usiadłam przy komputerze i przelałam na wirtualny papier wszystko, co czułam, wszystko, co mnie bolało/boli, co chciałabym zmienić.
Pojutrze umówiłam się na wizytę do terapeuty. Zaczynam w przyszły poniedziałek. Ponadto wyznaczyłam sobie "zadania".
W każdym tygodniu muszę zrobić coś, czego nigdy nie robiłam. Przeczytać minimum 2 książki miesięcznie i obejrzeć 2 filmy tygodniowo (z tego wszystkiego "zapomniałam" o swojej miłości do kina). Raz w miesiącu gdzieś wyjechać, chociaż na jeden dzień; nieważne, czy do Krakowa, czy do Paryża.
Dałam sobie czas do swoich urodzin, zrobiłam prowizoryczny kalendarz, z którego codziennie będę wykreślać mijające dni. Jeśli do tego czasu nie uda mi się siebie choć trochę polubić, a świat nadal będzie jawił mi się w czarnych barwach... Wzory listów pożegnalnych też już mam.

PS Bez obaw, pod metro się nie rzucę. :)

#X3VLU

Wybraliśmy się z narzeczonym do restauracji z kategorii tych ekskluzywnych - długo odpuszczaliśmy sobie pomniejsze przyjemności, żeby odłożyć na to wyjście. Dlatego z lekką zazdrością spoglądałam na młode małżeństwo siedzące w tzw. VIP-roomie. Sala, wyjątkowo elegancka, tylko dla nich, podobnie jak kelner. Cała sprawa rozbijała się o ok. 4-5 letnie dziecko. Dzięki jego zachowaniu doskonale widzieliśmy, co dzieje się u tamtej pary.

Dziecko nie należało do nich, tylko do ludzi, którzy siedzieli dwa stoliki dalej on nas. Dziewczynka była bardzo wesoła i kontaktowa, aż za bardzo wręcz. Chodziła od stolika do stolika, „sępiła” o jedzenie (teksty w stylu „dzień dobly, jestem Ania, a co oto pani ma? Ci to smaćne? A mogę?”. I pchanie się m.in. na kolana), a mniej lub bardziej zauroczeni/skrępowani ludzie ją częstowali.

W końcu dotarła do drzwi do VIP-roomu. Rozumiem, ciekawość itd. Wlazła tam. Po chwili została łagodnie wyprowadzona za rączkę przez siedzącą tam panią, prosto do rodziców z bardzo uprzejmą, rzeczową prośbą, aby dziecko im nie przeszkadzało. Rodzice cały czas mieli dziecko gdzieś. Młoda, niezrażona, wciąż chodziła od stolika do stolika, a drzwi do drugiej sali się nie zamykały. Do nas też przyszła żebrać (inaczej tego nie nazwę), ale było to tak krępujące, że przyznam, skrewiliśmy i pozwoliliśmy kraść z naszych talerzy. Była to bardzo dziwna, okropna sytuacja. Miałam ochotę ją zrugać, ale nie umiałam. Super wyjście okazało się klapą przez cudzego dzieciaka.

W końcu kobieta z VIP-roomu nie wytrzymała. Młoda została wyrzucona z pokoju, posadzona na stole rodziców i usłyszeli oni mniej więcej taki tekst „Proszę zabrać to dziecko i zamiast kolejnej flaszki wina kupić mu coś do jedzenia, żeby przestało wkładać obcym ludziom ręce w talerze”. Butelka wina w tej knajpie to ok. 70 zł. Rodzice zamawiali je krzycząc do kelnera przez całą salę, co ciężko było przeoczyć.

Młoda kobieta powiedziała to głośno, ale bardzo kulturalnie. Spotkał ją najazd, jakich mało. Ludzie, którzy wcześniej szeptali o braku wychowania dziecka, lekceważeniu go, braku kultury rodziców, nawrzeszczeli na nią, że „Na VIP-room dziwka ma, a dziecku żałuje”. Nie wiem, może to był wybuch frustracji, ale ona była temu najmniej winna. Ostatecznie przyszedł jej mąż, a rodzice i nachalne dziecko zostali wyproszeni (niechętnie, ale najwyraźniej młodzi zapłacili więcej).

I im, i nam wszystkim ta rodzina zmarnowała wyjście. Ludzie, czy taka sytuacja jest normalna? Idę do drogiego, mającego renomę lokalu coś uczcić, dobrze zjeść, płacę za to sporą sumę, chcę poczuć moje własne święto, cudze dziecko pcha mi się w talerz i to jest OK? Dziecko, którego rodziców stać na jedzenie dla niego?
A tego VIP-roomu zazdrościłam im tylko trochę, bo zważając na to, co działo się przez cały wieczór, to ja tym młodym współczuję.

#wQV44

Jestem ofiarą gwałtu. I wiecie co mnie dziwi w ludziach wokół? Stereotyp, że ofiary powinny najlepiej zaszyć się w domu albo schronie, nie rozmawiać z nikim, broń Boże się uśmiechnąć!

Czy to złe, że nie chcę pokazywać innym, że jest mi źle, tylko wolę się właśnie uśmiechnąć? Zdarzyło mi się, że ktoś oskarżył mnie o wymyślenie historii tylko dlatego, że zachowuję się wśród ludzi NORMALNIE.

Chodzę do psychologa, mam swoje lęki, ale nie chcę, by moje życie bazowało tylko na jednym, złym wydarzeniu, które mi się przydarzyło.
Nie chcę chodzić jak zombie, żeby w miejscach publicznych wyglądać jak ofiara, bo tak trzeba i tak sobie wyobrażają to inni.
Należy mi się cholerny uśmiech i chcę go mieć!

#LGZ5d

Mam "talent" którego raczej nie posiada wiele osób. A mianowicie od dzieciństwa w mgnieniu oka uczę się języków obcych. Chociaż nie wiem, czy słowo "uczyć się" jest w tej sytuacji odpowiednie, bo ja tak naprawdę nie muszę się nawet starać, żeby ów język przyswoić. Po prostu kiedy usłyszę zdanie w języku obcym, które zostało przetłumaczone, od razu permanentnie je zapamiętuję. I tak oto oglądając film z napisami po polsku wszystkie słowa wypowiedziane w języku obcym zapisują się w mojej głowie i nie chcą z niej wylecieć. Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, mój mózg po prostu sobie w jakiś sposób je zakodowuje. W szkole z nauczanych języków obcych zawsze miałem szóstki bez robienia notatek, bez uczenia się, po prostu słuchałem na lekcji, nawet nie skupiając się na niej. Obecnie mówię płynnie w 4 językach, dodatkowe 2 są na poziomie bardzo dobrym, a 3 z nich są płynne również w piśmie. Studiów nie skończyłem, w każdym razie w tym momencie pracuję w firmie, gdzie zarabiam o wiele więcej niż niektórzy z tytułem magistra.

Tylko że gdyby wszystko było takie idealne, to moje wyznanie prawdopodobnie nawet by nie powstało. Więc jaki jest minus moich umiejętności?

Już wyjaśniam. W pracy komunikuję się głównie z kontrahentami zagranicznymi, z tego powodu codziennie rozmawiam po kilka godzin w różnych językach. I o ile to problemem nie jest, to problem pojawia się w momencie, kiedy muszę mówić jedynie po polsku. Otóż moje myśli wcale nie składają się jedynie z języka polskiego, ale jak to myśli, błądzą niesfornie, niekontrolowanie po głowie w różnych językach. W momencie kiedy jestem zmuszony do używania polskiego przez cały czas, mam z tym ogromny problem, bo często niekontrolowanie odpowiadam w innym języku, nawet nie będąc świadomym. W pracy wszyscy się do tego przyzwyczaili, nawet dostałem ksywkę "Demon", bo ponoć przemawiam wieloma językami (he, he, śmieszki), ale ludzie, którzy rozmawiają ze mną rzadko lub po prostu mnie nie znają, uważają mnie za nienormalnego.
Dodaj anonimowe wyznanie