Chodzę do 2 klasy gimnazjum i jak by to powiedzieć... mój wychowawca jest dziwny, nawet bardzo. Ma dziwne poczucie humoru, często seksistowskie, rasistowskie i po prostu nie na miejscu.
Ostatnio dostałam 5 z matematyki, z czego bardzo się ucieszyłam. Mój wychowawca skomentował to w taki sposób: "Nie rozumiem czemu dziewczynki tak bardzo starają się mieć najlepsze oceny. Przecież i tak wiadomo, że skończą jako matki przy garach bez pracy. Według mnie szkoła powinna być zakazana dla kobiet. One (kobiety) są za głupie, by cokolwiek osiągnąć".
Wiem, że nie jest to jakieś porywające wyznanie, ale bardzo zdenerwowały mnie te słowa i musiałam je z siebie wyrzucić. Przez ludzi takich jak mój nauczyciel dziewczyny czują się jako te gorsze, bezwartościowe.
Panuje przekonanie, że jak dziewczyna zrobi pierwszy krok do chłopaka, to on przeważnie da jej szansę.
Podrywałam otwarcie dokładnie 8 chłopaków w ciągu 3 lat liceum i 2 lat studiów. Każdy mnie odrzucał już przy pierwszej mojej propozycji pójścia na kawę czy piwo.
Nie byłam brzydka czy gruba. Raczej przeciętna. Cycki mam, talia jest, tyłek ćwiczyłam, coby krągły się zrobił. Z twarzy też raczej bez tragedii.
Za to w internetach jak z kimś pisałam, to każdy się dziwił, że ja sama jestem, bo taka fajna ze mnie laska.
Od mojego pierwszego chłopaka dowiedziałam się, że moja twarz nie ma emocji. Zawsze mam minę jakbym była jakąś damą, co się z plebsem nie zadaje.
Bliżej poznaliśmy się, bo po zajęciach męczyłam go rozmowami na Fb i dopiero to go do mnie przekonało.
Fajnie wiedzieć, że moja twarz robiła mnie w bambuko tyle lat...
Jakiś czas temu udało mi się zarobić na moje własne pierwsze autko. Wiadomo, kawał blachy za kilka tysięcy, nie ma co oczekiwać cudów. Zawsze jednak dbałem o ten samochód jak tylko potrafiłem.
Pewnego dnia, gdy wracałem do domu, zauważyłem, że przyjechała do nas w odwiedziny ciocia, która zaparkowała na moim miejscu. Nie robiłem z tego problemu, zaparkowałem obok.
Gdy ciocia odjeżdżała, wyszliśmy z rodzicami odprowadzić ją na zewnątrz. Pożegnała się z nami, wsiadła do auta, wrzuciła wsteczny i ( jak już się pewnie domyślacie) z całym impetem przyładowała w mój samochód. Byłem w szoku. Ciotka zestresowana, oczywiście zaczęła przepraszać, ja już nic nie mówiłem, w końcu wsiadła i odjechała. Efekt - zostałem z wgniecionym bokiem i oderwanym zderzakiem w rękach.
Chwilę po wszystkim uzgodniłem z rodzicami, że po prostu dowiem się, ile będzie kosztować naprawa, ciotka zwróci mi pieniądze i po sprawie.
Oczywiście pieniędzy nigdy nie zobaczyłem, okazało się potem, że ciotka wiele razy dopytywała się rodziców, ile ma mi zwrócić. W odpowiedzi usłyszała od nich, że wcale się nie gniewam i w sumie to nie chcę pieniędzy. Natomiast od matki podczas kłótni usłyszałem, że chcę "zarobić na cioci" i że to przecież rodzina.
Wnioski dwa: nigdy nie załatwiajcie własnych spraw przez kogoś, nawet jeśli są to wasi rodzice.
Odnośnie słabych podrywów...
Kilka lat temu wracałam z Dortmundu do Krakowa.
Czekałam na lotnisku w kolejce do bramki, dziwiąc się czemu tak długo nie wpuszczają, skoro zaraz jej planowane zamknięcie.
Odezwał się do mnie chłopak stojący obok, najsłabszym tekstem na podryw na świecie: "Hej, też lecisz tym samolotem do Wilna?".
Uratował mi dupę.
Krzyknęłam, że "Nie, ale dzięki!" i pobiegłam do swojej bramki, będącej zaraz obok.
Na pokład wsiadłam ostatnia.
Tak więc słabe teksty słabymi tekstami, ale zdecydowanie i takie mają swoje zalety :D
Pierwszy raz zobaczyłem ją na imprezie u kolegi ze studiów. Od samego początku miło rozmawiało mi się w jej towarzystwie. Z czasem zaczęliśmy spotykać się częściej, a ja, ogłupiony miłością do niej, spędzałem czas jedynie w jej towarzystwie. Robiliśmy razem wszystko. Rozmawialiśmy, uprawialiśmy sport, uczyliśmy się, czytaliśmy.
Zapomniałem o rodzinie, o hobby i o kumplach. Oddałem się jej, a ona była mi wierna. Zacząłem jednak zauważać, że ten związek mi szkodzi i podjąłem decyzję - urwałem kontakt, kiedy po raz setny uświadomiła mi, że jestem nikim. Cały czas dawała o sobie znać, a ja przekonywałem się do niej, marzyłem o tym, by znów poznać jej smak.
Byłem skonsternowany, ale wtedy poznałem drugą niewiastę - zdecydowanie bardziej empatyczną, cieplejszą. Dawała mi to, czego pierwsza nie umiała mi zagwarantować, a ja wreszcie poczułem, że ktoś mnie kocha. Poczułem, że jestem kimś, że mogę czuć się dobrze w czyimś towarzystwie. Kochała mnie, ja kochałem ją. Było mi przy niej tak ciepło i błogo, że kiedy pewnego dnia odeszła bez słowa, załamałem się. Siedziałem w pokoju i płakałem.
Pewnego dnia uznałem jednak, że świat nie kończy się na dwóch. Wyszedłem z domu i ruszyłem w świat, aby poszukać kolejnej miłości. Spotkałem ją. Pociągała mnie najmocniej i po dwóch poprzednich wydawała się być kimś, kto uleczyłby mój ból. Sęk w tym, że była bardzo niedostępna. Odrzucała mnie, ilekroć razy próbowałem się do niej zbliżyć.
Poznajcie moje trzy miłości.
Pierwsza to amfetamina, druga to morfina, trzecia to śmierć.
Studniówka 2018. Niewinnie udałem się do ubikacji za potrzebą. Byłem już trochę wcięty. Kiedy mój mały odmawiał posłuszeństwa, zacząłem komentować jego zachowanie. "Dawaj, malutki, wiem, że dasz radę. Postaraj się".
Z kabiny obok wyszedł wicedyrektor. Nigdy nie zapomnę tego wzroku. :v
Ostatnio coraz częściej słyszy się o skandalicznym zachowaniu kontrolerów biletów. Byłam świadkiem jednego z nich: niby dość lajtowego, ale takiego, które zmroziło mi krew w żyłach, zniesmaczyło mnie i odebrało wiarę w jakiekolwiek morale i wartości "kanarów". Odnoszę wrażenie, że większość z nich to bardzo puści, zdesperowani ludzie, którzy sami sobie kreują sytuacje do nadużywania przemocy i wypisania mandatu za wszelką cenę.
Przechodząc do historii: w piątek wieczorem, po ciężkim dniu pracy, z nastawieniem na weekend weszłam sobie do autobusu. Przejechałam kilka przystanków, za oknem zauważyłam znajomych kontrolerów, przyszykowałam miesięczny. W tym momencie do pojazdu weszła starsza kobieta (prawdopodobnie babcia) z wnusią około 6 lat. Ledwie zdążyły wejść. Babcia zdążyła tylko powiedzieć dziecku, żeby usiadło sobie obok jakiejś kobiety, ale ono odparło, że samo się wstydzi, bla, bla.
Babcia powiedziała dziecku, że zaraz weźmie je na kolana, tylko skasuje bilet. Wtem dopadł ją kanar, żądając biletu. Nie słuchał tłumaczeń kobiety i ludzi dookoła, twierdzących, że dopiero wsiadła, że trzyma bilet w dłoni, już miała skasować. On w końcu odpuścił, babcia bilet skasowała, poszedł dalej, narzekając, że gdyby wiedział, że tu tylu ludzi, to by nie wsiadał. Nie udało mu się nikogo spisać, zeszły dwa przystanki. Babcia z dzieckiem wysiadły.
Autobus jeszcze stoi na przystanku. Spoglądam za okno, a tam kanar dogania tę babcię i pyta, czy ten bilet jednak skasowała. Kobieta pokazała mu skasowany bilet, a on - już poza pojazdem - podarł go na kawałki, rozrzucił dookoła siebie i zaczął ciągnąć ją na bok, żeby jednak spisać. Kobieta była bliska płaczu, ale trzymała się przy dziecku.
Przykry widok, to raz. Dwa, bezprawie jak ch**.
Wczesne lata podstawówki, 2-3 klasa.
Uwielbiałam chodzić do ówczesnej pielęgniarki, której pokoik znajdował się na stronie "starszaków", gdzie my, berbecie metr dwadzieścia wstępu nie mieliśmy.
No, ale ja nie pójdę? Koleżanka pod rękę i heja do przodu.
Dzieliło nas może z dziesięć metrów od celu, gdy drogę zastąpili oni - wielcy jak góry chłopcy, którzy z wielką chęcią pośmieszkowaliby z takich dzieci jak my.
Próbujemy ich wyminąć raz z jednej, raz z drugiej to strony. Na nic to jednak, nadal stojąc z tą karykaturą uśmiechu. Ja byłam niezrażona, jednak ma przyjaciółka tak. Zaczęła mówić, że chcą przejść, drżącym głosem dając do zrozumienia im, że ona się naprawdę boi.
Oczywiście nie zadziałało, wręcz przeciwnie. Było to jak płachta na byka.
W mgnieniu oka otoczyli ją i zaczęli popychać jak szmacianą lalkę. Nawet nie myśleli, że atak nie nadejdzie od nauczyciela (którego gdzieś wywiało), a od tej małej istotki, która z łatwością wskoczyła na grzbiet chudszego z nich i użarła w ramię, jednocześnie szarpiąc za włosy. Rozpoczęła się między nami walka, której - o dziwo - nie zauważył żaden z dorosłych.
Szarpał się, obijał mną o ściany, aż wreszcie udało mu się mnie zrzucić, powodując jeszcze większy ból, gdyż jak się okazało - przegryzłam mu się aż do krwi, nie jakoś mocno, ale jednak mój jeden mleczak został.
Dwójka dryblasów odwróciła się do nas, chcąc wymierzyć wyrok, ale nas - jak to dzieci - już dawno nie było, przynajmniej w tej części korytarza. Cóż, te szóstki znikąd się nie wzięły.
Teraz, po ponad sześciu latach, wróciłam odwiedzić starą podstawówkę, jednocześnie i moich przyjaciół, którzy postanowili pozostać tam jeszcze na gimnazjum.
I wiecie co? Jest tam pewna legenda, która mówi o opętanej dziewczynce, która w amoku zaatakowała bezbronnego ucznia, pozostawiając po sobie jedynie ostry jak u psa kieł.
Cóż, opętana nie jestem, zębów też zbyt ostrych nie miałam w tamtym czasie... no ale hej! Nieważne, jak mówią, ważne, by mówili, nie?
Ludzie różnie się tłumaczą, jak im nie idzie na kursie na prawo jazdy. Ja mam jednak, chyba jako jedyny na świecie, za wymówkę spadający meteoryt.
Jak jechałem z instruktorem, to kilka metrów przed nami spadł z nieba meteor, taki malutki, ale jednak.
Wysiedliśmy, popatrzyliśmy, krater był niewielki, a w środku chropowaty ciemnoszary kamyczek. Staliśmy i czekaliśmy aż trochę wystygnie, po czym wzięliśmy go za pomocą klucza francuskiego i jakiegoś kawałka materiału.
Resztę kursu ani trochę nie mogłem się skupić.
Dzisiaj zaniosłem go na katedrę geologii na moim uniwersytecie i rzeczywiście to niewielki fragment asteroidy. Zamierzam go sobie oprawić u jubilera i nosić na szyi. W końcu nieczęsto znajduje się coś takiego.
Czytałam książkę z biblioteki. Była dość popularna, długo czekałam, żeby ją dostać. W połowie, na przeciętnej stronie poprzyklejanych było wieeeele łoniaków, a przez całą stronę ciągnął się napis "TOMEK I ZUZA. POZDRAWIAMY".
Czytam dalej i czekam, czym jeszcze mnie ta książka zaskoczy.
Dodaj anonimowe wyznanie