Wygrałem sporą sumę pieniędzy, którą chciałem przeznaczyć na zakup samochodu i resztę odłożyć. No właśnie, chciałem. Połowę pieniędzy ukradła mi siostra, a matka jej broni, bo ona POŻYCZYŁA. Ciekawe, w jaki sposób odda, skoro ma 15 lat i wisi mi już wiele (uzbierało się z drobnych).
Wyczuwam, że przestanę ją w końcu kryć, a cała rodzina i jej przyjaciele dowiedzą się, że romansuje ze starszymi facetami, jeździ po kryjomu na imprezy, a pije więcej, niż klasyczny Mieciu. Uwierzą, bo mam screeny rozmów z nią. :)
Ostatnio uroczyście obchodziliśmy dzień patrona szkoły. Pogoda akurat była świetna, więc wszyscy mogli wskoczyć w lekkie, galowe stroje.
Po akademii musiałam skorzystać z toalety, więc biegusiem załatwiłam to co miałam do załatwienia i gonię moją klasę przez długi szkolny korytarz. Wszystkie głowy nagle zwracają się w moim kierunku. Ktoś litościwy pokazuje mi na migi, że coś nie tak z moim tyłkiem. W pośpiechu nie zauważyłam, że spódnica zahaczyła o majtki, które wszyscy mogli wtedy podziwiać.
Do końca roku jeszcze długie trzy miesiące.
Jestem nauczycielką…
Dzień wagarowicza był jednym z najlepszych dni w moim życiu.
Część z was pewnie myśli, że uciekłem ze szkoły i się dobrze bawiłem, ale tak nie było. Ten dzień był wyjątkowy ze względu na to, że wszystkie osoby, które mnie denerwują poszły na wagary i miałem cały dzień spokoju :D.
Mam na twarzy piękną bliznę. Nawet nie wiem czemu, ale podoba mi się. Wszyscy wiedzą, że nabawiłem się jej, kiedy uratowałem pewną dziewczynę przed napadem rabunkowym. Napastnik dziabnął mnie nożem i tak już zostało.
Tylko że taka sytuacja nie miała nigdy miejsca.
Tak naprawdę wywróciłem się na rowerze, kiedy jechałem przez wieś, a drogę przeciął mi zaskroniec. Tak się przestraszyłem, że wylądowałem w rowie i nawet nie wiem na co natrafiła moja twarz. Czy to był kawałek szkła, ostry kamień, czy jakiś wyjątkowo agresywny patyk.
Nie wiem, czemu robię z siebie obrońcę uciśnionych i bohatera miesiąca, ale jakoś tak nożownik brzmi lepiej niż wyrośnięta glista.
Za czasów gimnazjum byłam typową chłopczycą. Nie lubiłam damskich ciuchów, nie malowałam się, miałam krótkie włosy i byłam raczej płaska, do tego drobnej budowy ciała. Za to uwielbiałam się kłócić i bić na przerwach z kolegami. Co prawda wiedziałam, że dają mi duże fory, ale i tak te przyjacielskie walki sprawiały mi dużą przyjemność. Moja mama była tam nauczycielką i na terenie szkoły zwykle się do mnie nie przyznawała.
Któregoś dnia w środek naszej walki wszedł jakiś nauczyciel (który mnie nie uczył). Zanim zdążyliśmy spieprzyć, jemu coś zaświtało w głowie, że jestem dzieckiem mojej matki, więc złapał mnie za fraki i wio do pokoju nauczycielskiego. Od progu krzyk do mojej mamy: "Pani syn kolejny raz bije się z kolegami na korytarzu! Szkoda, że to nie dziewczynka, może byłaby grzeczniejsza!". W pokoju nauczycielskim chwila konsternacji, cisza, a potem ryk śmiechu wszystkich, którzy mnie znali. Mama śmiała się tak bardzo, że udało mi się uniknąć ochrzanu :D
To wydarzenie jednak po raz pierwszy poruszyło we mnie jakąś głęboko skrytą, kobiecą dumę i postanowiłam zapuścić włosy, zmienić styl oraz ogarnąć swoje zachowanie. Teraz, jako 24-latka, mogę przyznać, że się udało :D
Jestem naprawdę niezły w udawaniu, że ciężko pracuję.
Przełożeni zauważyli, jak sumiennie (nic nie) robię i jaki jestem "zestresowany swoimi obowiązkami".
Teraz naprawdę będę zestresowany, ponieważ zatrudniony będzie dodatkowy pracownik do pomocy, specjalnie dla mnie, którego mam przyuczyć.
Ciężko będzie się dzielić zadaniami, których sam nie mam zbyt wiele. :D
Moja dzisiejsza rozmowa z babcią męża.
Ja: Babciu, zapraszam w niedzielę na kawę.
Babcia: A co to będzie?
J: Urodziny moje.
B: Ooo, a które to?
J: 25, babciu.
B: O Boże, 25 lat... A ja 90, jak stary byk... Ale patrz, kochanie, w tych latach to obie tylko patrzymy, coby se posiedzieć. Ino jo na dupie, a ty na chłopie...
Padłam :D
Wiele się dzieje na studniówkach, ale jeszcze więcej po nich. Ja i mój przyjaciel jesteśmy tego najlepszymi przykładami.
Na wyznaczone miejsce jechaliśmy jednym autem, wyglądając całkiem dobrze (co nieco interesujemy się modą). Przyjaźnimy się od gówniaka, nigdy nie mieliśmy dziewczyn (może poza jednorazowymi przygodami), więc naturalne dla nas było wynajęcie wspólnego pokoju w miejscu, w którym odbywała się impreza. Wspólni znajomi, to i miejsce przy stoliku koło siebie, popijanie z tej samej piersiówki i dla wszystkich wokół było jasne - musimy być parą.
Cała studniówka minęła świetnie, żarciki o naszym gejostwie braliśmy z dystansem i sami się z nich śmialiśmy, szczególnie nad ranem, kiedy postanowiliśmy pójść do pokoju.
Pijani jak księciunie zaczęliśmy się rozbierać, przypominając sobie kolejne żarty naszych kolegów, kiedy nagle zrobiło się trochę poważniej. Wpółnagi przyjaciel zaczął się głośno zastanawiać co by było, gdybyśmy spróbowali. Wiecie - chłopak będzie wiedział, co sprawia największą przyjemność chłopakowi. Uklęknął przede mną, a ja pozwoliłem mu robić to, na co ma ochotę.
Kończąc wyznanie... Więcej w tym było śmiechu i wbitych zębów niż nieziemskich doznań, nie zmieniło to kompletnie nic w naszej relacji, więc myślę, że było warto - zdałem sobie sprawę, że nigdy nie doceniałem dziewczyn pod tym względem.
Jeżdżę do szkoły autobusami. Bardzo to lubię. I lubię też takiego jednego gołębia. Ale może do sedna.
Pewnego pięknego dnia wracałam z przystanku do domu. Po drodze spotkałam gołębia. Stanęłam w miejscu, bo zaczął się zbliżać. Chwilę potem zaczął dziobać moje adidasy. Myślę sobie - okej, jakiś chory. Będę stała i się patrzyła.
Po minucie odszedł ode mnie na metr. Spojrzał na mnie zdziwionym, przestraszonym wzrokiem i padł na ziemię. Moje oczy były wielkości talerzy, więc podbiegłam do gołębia. Kiedy miałam go podnosić....
On sobie po prostu wstał. Spojrzał na mnie i odprowadził do domu. Przez kilka minut myślałam, że to mi się przewidziało. Ale następnego dnia jak szłam na autobus, to ten gołąb mnie zaprowadził na przystanek i czekał ze mną na ławce. Kiedy miałam wsiadać, to on sobie poszedł.
I tak od ponad miesiąca mam stałego towarzysza od domu do przystanku i od przystanku do domu. :)
Powiedziałem wszystkim, że zrezygnowałem z zawodu lekarza, bo kompletnie wypaliłem się zawodowo. Wiem, jak to idiotycznie brzmi, ale prawda jest jeszcze głupsza. Musiałem zrezygnować, bo w pewnym momencie zacząłem mdleć na widok krwi. Całe studia i staż pracy na marne. Otworzyłem warzywniak i teraz sprzedaję kartofle.
Dodaj anonimowe wyznanie