Mój ojciec mentalnie został chyba na studiach...
Z zawodu jest inżynierem automatyki i wręcz kocha wykorzystywać do automatyzacji wszystkiego w domu silniki elektryczne. Dobrze dzięki temu zarabia, przez co matka wytrzymuje jego chore pomysły, ale zaje*anie spod biedronki wózka na zakupy, zamontowanie w nim kilku akumulatorów, silnika elektrycznego i podestu, a następnie podjechanie tym przez pół miasta do biedry, z której go podje*ał po piwko, żeby uczcić udaną robotę, było przegięciem...
Matka się nie odzywa od dwóch dni, a ojciec chwali się, że wózek osiąga 34 km/h!
W przedszkolu byłam strasznie zazdrosna o jedną koleżankę. Bardzo chciałam, żeby to mnie najbardziej lubiła i nie bawiła się z innymi dziewczynkami.
W czasie zabawy zabrałam jej bucika, który spadł pod stolik.
Schowałam go za telewizorem i czekałam.
Oczywiście uważałam, by nikt mnie nie przyłapał.
Kilkanaście minut później wspomniana koleżanka zaczęła szukać bucika.
Łzy poleciały, bo to był "ukochany, z różową kokardką".
Wszystkie koleżanki pomagały szukać.
Wtedy ja szybko pobiegłam i przyniosłam zgubę. Byłam z siebie taka dumna.
Czułam się wyjątkowo, kiedy mnie przytuliła i powiedziała, że jestem super.
Historia o tym jak nadopiekuńczość i nie tylko potrafi niszczyć człowieka.
Jestem z Adamem dość długo, zbliżamy się do pełnoletności (dzielą nas miesiące). Dotychczas myślałam, że jego mama jest spoko kobitką, ale nic bardziej mylnego.
Adam to (prawie!) pełnoletni facet, mimo to o 21.00 musi oddać matce telefon. Dlaczego? Bo tak. Nie ma za bardzo konkretnego powodu, obowiązuje to również w weekendy.
Kiedy jesteśmy na mieście albo u mnie w domu, dostaje o 16.00 wiadomość, że on NATYCHMIAST musi jechać do domu. Nie ma konkretnego powodu, uważa, że to bardzo późno, jeśli szkolę kończymy o 15, a u mnie jesteśmy 15:30. Więc musi być w domu punkt 17.00 (bo jeszcze dojazd), bo tak.
Kiedy poszedł na staż jasno mi powiedziała, że jej syn nie będzie się mógł ze mną spotkać w tygodniu. Ciekawe dlaczego? Bo ona to już mu znajdzie zajęcie w domu, żeby robił do późna, w weekendy to samo.
Adam interesuje się grami. Widać, że go to kręci, w końcu każdy lubi czasem pograć. Ale ma zakaz. Może tylko w weekendy, teraz dostał ogólny zakaz. Nie, nie jest uzależniony.
Ciągłe kontrole gdzie on jest, co on robi, dzwonienie, wypisywanie pierdyliarda SMS-ów jest na porządku dziennym.
Codzienne awantury o byle co. Nie chce mi się już mówić o co, bo żal mówić (np. za to, że poszedł spać na piętro. Bo tak).
Kontrolowanie i obserwowanie jego każdego ruchu sprawiły, że mój ukochany boi się mi czasem zaufać, bo się obawia przez te częste kontrole i wchodzenie w jego prywatne życie.
Jeśli mogę u niego nocować, to mam spać na innym piętrze z dala od niego, bo to przecież rozprasza.
Czara goryczy się przelała, kiedy zaczęła przeglądać nasze prywatne wiadomości. Powiedziałam STOP. Przesadziła i to bardzo. Już nie chodziło o samo czytanie, ale o tym co było w tych wiadomościach.
Byłam jeszcze miła i przymknęłam oko na czytanie naszej korespondencji - do czasu, kiedy coś we mnie pękło.
Mianowicie zwyzywała mnie od patologii (którą nie jestem) i powiedziała, że ona nie chce jej przyjmować do rodziny.
Pytacie co takiego zrobiłam. Zdradziłam? Nie. Ćpam? Nie. A może jestem dzieckiem ulicy i wychowuje mnie prawo JP? Nie.
Wygłupialiśmy się z chłopakiem i żartowaliśmy, nazwałam go "ujem" i kazałam "wypieprzać". Ot, takie szczeniackie zabawy. Niektórzy tego nie popierają, rozumiem, ale nie jesteśmy pierwszą i ostatnią parą, która mimo miłości się (raz) wyzwała, śmiejąc się przy tym.
Adam boi się być we własnym domu, gdzie śledzi się jego każdy krok i jest odcięty od wszystkich. Pozostaje nam czekać, aż uzyska pełnoletność i wyniesie się gdzieś, gdzie nie jest traktowany jak pięciolatek.
Zastanawiam się, kiedy zamontują w jego pokoju kamery.
W pewnym momencie swojego życia ważyłam 98 kilo. Nie całkiem jeszcze stóweczka, ale już tak prawie, także któregoś dnia podjęłam decyzje o przejściu na dietę. Z siłownią nie lubiłam się nigdy, ogólnie ćwiczyć niezbyt lubię, dlatego skupiłam się raczej na tym, co jem niż na cardio czy budowaniu mięśni. Po solidnym researchu i konsultacjach przeszłam na wybrana dietę i w trochę ponad trzy miesiące udało mi się schudnąć ponad 20 kilo.
Komplementom nie było końca, pytania się sypały "co ty robisz i jak ty to robisz", szok i niedowierzanie. Odpowiadałam grzecznie, uśmiechałam się pod nosem i kiwałam głową, że tak, ze jest super, że fajnie w końcu nosić rozmiar M/L zamiast 3XL. Do pracy przynoszę chude mięso i warzywa, popijam woda czy gazowanymi napojami bez cukru, odmawiam słodkości, nawet od wielkiego dzwonu. Ludzie podziwiają moja wytrwałości i z rozmarzonym wzrokiem spowiadają się, że oni by tak nie potrafili bez czekoladki czy fryteczek.
A prawdę znają tylko trzy najbliższe mi osoby. To nie jest tak, że jestem taka silna i tak obojętne mi są cynamonowe bułeczki czy karkówka z grilla, szczerze mówiąc to codziennie mam ochotę grzeszyć i walczę ze sobą, by tego nie robić. Nie pozwalam sobie na słabości, bo wiem, że jedna kostka czekolady, jeden kęs paczka wywoła u mnie napad obżarstwa tak wielkiego, że ludzie jedzący 30 hot dogów na czas łapią się za głowę, gdzie się to wszystko mieści. 3 mega wielkie czekolady, dwa opakowania ciastek, sześć lodów, poł tortu, sześć pączków, półtoralitrowa cola, dwa powiększone zestawy z McDonalda. To chyba mój rekord, wszystko na raz w nie więcej niż godzinę. Wszystko wywołane polowa ciastka, którym poczęstowała mnie koleżanka. To jak trans, z którego nie mogę się wyrwać, dopóki nie zapełnię się po brzegi słodyczami i fastfoodami. Nigdy nie wymiotuje, wszystko trzymam w sobie i napawam się poczuciem pełności. A potem przychodzą wyrzuty sumienia tak wielkie, że mam ochotę krzyczeć i płakać.
W pracy grzecznie odmawiam ci tego michałka nie dlatego, że nie mam na niego ochoty, ale dlatego, że wiem, czym to się może skończyć.
Tydzień temu przeżyłam szok.
Mój partner od wielu lat uczy się jeździć na deskorolce. Idzie mu naprawdę dobrze. Zawsze go wspieram, jeżdżę z nim na zawody, nagrywam jego poczynania.
Od jakiegoś czasu zauważyłam u niego jednak dziwne zachowanie. Zrobił się bardzo dumy, momentami arogancki i nie dopuszczał do siebie złego słowa.
Najbardziej dotkliwie przekonałam się o tym kiedy zapytał "czy jestem lepszy od tego kolesia" i postawił mi pod nos telefon z nagraniem. Zgodnie w prawdą odpowiedziałam "Darek, nie oszukujmy się, brakuje Ci jeszcze trochę pracy, żeby jeździć tak dobrze".
Nigdy jeszcze w życiu nie widziałam u niego takiego wybuchu agresji. Rzucił telefonem o ziemię i wyszedł z pokoju. Zamknął się w łazience. Pozbierałam rozbity sprzęt, usiadłam na kanapie i czekałam aż wyjedzie. Czekałam na wyjaśnienia. Dlaczego się tak zachował.
Po dłuższej chwili wyszedł. Usiadł obok mnie, spojrzał zapłakanym wzrokiem. Nie wiedziałam, co zrobiłam źle. Wiem, że stać go na więcej. Nie chcę żeby zatrzymał się w miejscu.
W końcu zapytałam łagodnie "Darek, dlaczego". Wtedy właśnie dowiedziałam się całej prawdy. Będąc ze mną, równocześnie spotykał się z inną dziewczyną. Dopiero po jakimś roku zakończyła tę znajomość. "Znalazła sobie kogoś innego, lepszego". Milczałam. Darek nie mógł pogodzić się z jej stratą. Przyznał, że poznał mnie w tym samym czasie, co Kingę, ale tylko ją szczerze kochał. Powiedział też, że facet na filmiku to jej obecny partner, ten dla którego zerwała z nim znajomość. Przez cały nasz związek Darek jedynie gonił za tym, żeby być od niego lepszym, żeby udowodnić sobie i "Kini", że źle wybrała.
Nie mogłam tego znieść. Wstałam z kanapy i poszłam się pakować. Darek nie starał się mnie zatrzymać. Od tygodnia mieszkam u przyjaciółki. Próbował raz ze mną porozmawiać. Zadzwonił późnym wieczorem. Było słychać po jego głosie, że jest pijany, wybełkotał mi do słuchawki "Teraz to ja się pomyliłem, kocham Cię". Rozłączyłam połączenie i przepłakałam całą noc.
Jestem ciekawa jak ta historia potoczyłaby się, gdybym nie była z nim szczera i wmawiała mu, że jest najlepszy.
Trzymam się twardo.
Kiedy byłam mała, często zmyślałam choroby lub robiłam sobie krzywdę (np. picie środków czyszczących), żeby dostać się do szpitala. Po jakimś czasie lekarze zorientowali się i zdiagnozowano u mnie Munchhausena. I do tej pory nikt nie wie, że nigdy tego zespołu nie miałam.
Po prostu w szpitalu miałam własne łóżko, sprawną toaletę i prysznic (u mnie była wanna pęknięta jakieś 10 cm od dna i nie działał odpływ. Trzeba było kąpać się w „kałuży”, a potem używać tej wody do spłukiwania). Dodatkowo były tam książki, telewizor (w sali wspólnej), zabawki i pierwszy raz nie wstydziłam się zaprosić koleżanek.
W dodatku u nas w mieszkaniu, na rozkładanej kanapie, na której spałam razem z mamą, zalęgły się pluskwy (nie było bardzo brudno, ale kanapa była stara i miała dużo dziur, a blok był komunalny, niektórzy sąsiedzi pili i od lat nie sprzątali), więc czasem budziłam się, jak obłaziły mnie robaczki. A w szpitalu było czysto, sucho i ciepło.
Nigdy nie zdradziłam nikomu mojej tajemnicy.
Dziś przyszłam z uśmiechem na twarzy do pracy. I pierwsze co widzę to bezdomny który załatwia swoje potrzeby na podłogę.
PS, pozdrawiam wszystkie pielęgniarki i pielęgniarzy, którzy moją nocny dyżur.
Dużo z Was tu narzeka na wyznania dotyczące problemów w rodzinie, smutnego dzieciństwa i depresji. A ja chętnie je czytam. Może ktoś pomyśli, że jestem bez serca, ale lepiej się czuję wiedząc, że inni mają gorzej niż ja.
Dzięki tym smutnym wyznaniom lepiej radzę sobie z problemami, bo wiem, że ktoś miał o wiele gorzej i żyje.
Dwa dni temu przyjechała do mnie w odwiedziny moja 5-letnia siostrzenica.
Kiedy puściłam jej kreskówkę z mojego dzieciństwa czyli "Małą Syrenkę", ona od razu spytała: "Ale jak ona robi kupę?".
No cóż... przyznam, że sama nigdy się nad tym nie zastanawiałam :D
Pod koniec pierwszej klasy gimnazjum pojechaliśmy na wycieczkę w Góry Świętokrzyskie. U nas ''ananasów'' w szkole nie brakowało, więc podczas pobytu mieliśmy zapewnioną wódeczkę. Pamiętam, że starsi uczniowie zadbali o to, by towar przelany był w termos do herbaty i potem jak nauczycielka powiedziała, że w razie jakichkolwiek podejrzeń będzie sprawdzać walizki, to wielce wybitne dzieciaki wylały towar do kosza na podpaski, który znajdował się w każdej łazience w pensjonacie. Pamiętam te chwile jak kucaliśmy przy tym kuble ze słomkami w buzi i delektowaliśmy się wspaniałym trunkiem.
To była moja pierwsza popijawa, więc można powiedzieć, że szybko się upiłam, ale na szczęście było to już po 22, więc żaden nauczyciel nie wpadł niespodziewanie do pokoi. Całą noc dręczyły mnie wymioty mimo, że byłam zupełnie świadoma. Trzymała mnie migrena. To był taki silny ból głowy, że nie mogłam normalnie chodzić, bo wszystko kręciło się w moim móżdżku niczym kolejka górska w Energylandii. Mieliśmy już wychodzić na śniadanie, a tu nagle na samą myśl o jedzeniu dopadła mnie okropna biegunka.
Okazało się, że z całej wycieczki nie byłam pierwszą rzygającą i sra**cą, więc oczywiście wpadliśmy na pomysł, żeby w razie czego powiedzieć iż zatruliśmy się kanapkami z kiełbasą. Informacja o złym stanie zdrowia dotarła do nauczycielek. Jedna podejrzewała nas o picie, więc wszyscy wylewali do sedesu wódkę z kosza i jeszcze wycierali go mydłem jak tylko mogli, by nie było czuć charakterystycznego zapachu. Byłam już w takim stanie, że temperatura dochodziła mi do 40 stopni. Pani wychowawczyni uznała, że musi sprawdzić to, czy nie spożywaliśmy zakazanych napoi, więc no cóż...trafiliśmy pod kontrolę alkomacika. I co się stało? U nikogo nie wykazało procentów, mimo, że podobno prawie każdy pił. Przebadali też starszych i również nie było śladów po naszym melanżu.
Okazało się, że trzecie klasy zrobiły z nas jaja i zamiast wódki wlali uwaga...wodę smakową z lekami przeczyszczającymi. Było czuć jabłkowy posmak, ale wrobili nas, że to wódka smakowa. Teraz mam już prawie 30 lat i bardziej przeraża mnie fakt naszej niewiedzy dotyczącej alkoholu niż czyn, który popełniła starsza gimbaza. Oni podobno nic nie pili tylko, aby robili z siebie kozaków przed nami. Nauczycielka przeszukiwała nasze rzeczy i w jednej z kieszeni od kurtki znalazła te środki. To były jeszcze te czasy, w których nauczyciel bił linijką po łapach, więc doskonale pamiętam poszarpane uszy, wyzwiska ''wy najgorsi gówniarze'' i obniżone oceny ze sprawowania + okropne lanie od rodziców. Tak, przynajmniej będzie co wspominać na stare lata.
Dodaj anonimowe wyznanie