Jak byłem mały, razem z kumplem bawiliśmy się w tortury. Na szczęście nie lała się krew, ale i tak było ciekawie.
Dość często zostawaliśmy sami w domu (nasi rodzice mieli do nas zaufanie, bo byliśmy uznawani za grzecznych chłopców). Pewnego razu oglądaliśmy telewizję, w której leciał program o metodach tortur. Byliśmy nim zafascynowani do tego stopnia, że postanowiliśmy spróbować. I tak za każdym następnym razem, gdy byliśmy sami, dom zamieniał się w salę tortur.
Wyglądało to tak, że najpierw ustalaliśmy kto jest ofiarą, a kto oprawcą.
Ofiara rozbierała się (do naga!), a oprawca zakładał czarną czapkę (wiecie, taki niby kaptur kata). Ofiara była wiązana na różne sposoby i torturowana przez oprawcę. Tortury to były głównie łaskotki, ale występowało też bicie, przypalanie stóp (na szczęście świeczką na baterie), a nawet robale (najczęściej dżdżownice) kładzione w różnych punktach ciała. Było też zakrywanie oczu i kneblowanie ust torturowanego. Kumpel raz się nawet zesikał, jak go łaskotałem (potem on w ramach zemsty łaskotał mnie dłużej niż było ustalone, wtedy sam się o mało nie zsikałem :D). Nie pamiętam dokładnie jak długo trwały nasze praktyki, ale po jakimś czasie nam się (na szczęście) znudziły.
Oto moje anonimowe, bo nikomu o tym nie powiem ;)
P.S. Dla ciekawskich: Tak, kumpel pamięta. I tak, byliśmy normalni.
Chyba nie rozumiem ludzi.
Całe życie byłam gruba. Nie przez chorobę czy leki, ale przez błędy żywieniowe moich rodziców, a później przez brak prawidłowych nawyków w moim dorosłym życiu. Kilka miesięcy temu podjęłam kolejną próbę by przesłać być pulpetem czy świnią, jak to często w wieku nastoletnim byłam nazywana. Prób miałam wiele i zazwyczaj nic z nich nie wychodziło, bo jak schudłam trochę, to zaraz odpuszczałam sobie. Jednak tym razem postanowiłam zrobić to z głową i wsparciem - poszłam do dietetyka. I tak oto zaczęłam zdrowo chudnąć.
Reakcje ludzi z mojego otoczenia były pozytywne. Wszyscy zachwalali, że świetny pomysł, że lepiej zaczynam wyglądać i och i ach. Aż do teraz.
Jestem w połowie drogi do idealnej wagi, schudłam 10 kg i się zaczęło.
- Kiedy masz zamiar przestać chudnąć?!
- Przesadzasz z tym odchudzaniem!
- Po co płacisz dietetykowi? Przecież znasz zasady odżywiania. Możesz sama sobie dietę z neta ściągnąć. A pieniądze w coś innego zainwestować.
- W anoreksję się wpędzisz!
- Wyglądasz jak szkielet! (80 kg szkielet. Najlepszy komentarz :D)
Nie potrafię tego pojąć. Najpierw ludziom nie pasowało, bo byłam gruba. Teraz nie pasuje, bo przestaje być gruba. Chyba ludziom się nie dogodzi.
A ja nie zamierzam przestawiać dążyć do celu. Swoje komentarze i złote myśli niech sobie w buty schowają!
Dziś chciałam napisać, z czym w pracy spotyka się moja mama, bo tylko położna zna skalę tych problemów. Madek właściwie nie da się dopatrzeć, zwłaszcza że tuż po porodzie dużo kobiet madkuje, trzeba zacisnąć zęby i zrozumieć, a położne przyzwyczajone. Chcę opisać coś innego.
To, że ktoś położy kartkę z wielkim "NIE SZCZEPIĆ" zdarza się minimum raz w tygodniu, specjalne ubranka z tym komunikatem też są popularne. Takich matek jest jednak o wiele więcej, wystarczy, że podczas rozmowy z lekarzem nie wyrazi zgody na szczepienia, położne się tym nie zajmują, więc nie wiedzą, ile mają dzieci antyszczepionkowców. A te kartki i ubranka są zupełnie niepotrzebne, służą jedynie manifestacji swoich poglądów.
O wiele gorsze są jednak eko-wege-wariatki, nie jest ich tak sporo jak antyszczepionkowców, ale wciąż dużo. Niby da się być weganką i zaspokajać wszystkie potrzeby organizmu, ale one o tym nie wiedzą. Wszystkie są wychudzone i nawet ciężko krew pobrać. Jak im się chce znosić ekologiczne pieluchy i myć dziecku pupcie przegotowaną wodą, bo chusteczki to sama chemia, ich sprawa, problem jest gdzie indziej. Takie niedożywione matki prawie nie mają pokarmu. Dziecko ryczy, bo jest głodne, a one nie zgadzają się na podanie mu czegokolwiek, bo naturalne dla niemowlaka jest tylko picie mleka matki. Takie dzieci ciężej przechodzą żółtaczkę, ale żadnych leków też podać nie można, bo nienaturalne. Na badania też się często nie zgadzają i dzieci opuszczają szpital bez badania słuchu czy nawet badań na fenyloketonurię, która niewykryta odpowiednio wcześnie na pewno uszkodzi mózg. To badanie jest naprawdę podstawą.
Te matki często są obrażone, że rodzą w szpitalu, że zła woda, że sama chemia, że szpitale są nienaturalne, że kobiety tyle lat rodziły bez szpitali i było dobrze.
Tylko jakoś umknęły im statystyki, które mówią, że w tych cudownych, naturalnych czasach śmiertelność okołoporodowa wynosiła około 50%.
Wszystkie memy o mężczyźnie cierpiącym na śmiertelną chorobę pod nazwą katar są niestety prawdziwe w określonych przypadkach.
Do pewnego momentu mój katar wyglądał tak, że nos wyglądał jakby użądliła mnie w niego pszczoła, nie mogłem przez niego oddychać, był totalnie zatkany nawet całkowicie wydmuchany, mogłem oddychać tylko i wyłącznie przez usta. Z oczu ciągle leciały mi łzy. Wyobraźcie to sobie w połączeniu - nic nie widzę, pieką oczy i jeszcze oddychać nie mogę. A przeziębiony byłem jakieś 6 razy do roku.
Historia jest trochę zawiła, kiedyś miałem połamany nos, krzywą przegrodę i niemożność oddychania przez jedną dziurkę w nosie odkąd pamiętam. W pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać i poszedłem do laryngologa, coby nakierować się na zabieg prostowania przegrody. Rodzinna potwierdziła diagnozę internetowych speców, jako że nawet widać u mnie skrzywienie kinola.
Laryngolog powiedziała, że to nie przegroda, bo jest w środku całkiem przejrzyście, natomiast mam mocno opuchniętą śluzówkę w nosie, uszach i gardle. W sumie to i zawsze miałem trochę słaby słuch. Kazała mi iść do alergologa.
Cóż, wtedy się zaczęło. U alergologa miałem testy skórne, na przedramieniu. Ręka mi spuchła, a ja zacząłem się dusić. Testy powtórzono na plecach, w czterech seriach. Okazało się, że mam alergię na cały świat, jak to określiła pani doktor. Jedynie na psią sierść nie jestem uczulony. Moimi objawami alergii są opuchnięte błony śluzowe. Poszedłem na odczulanie, największy odczyn alergiczny miałem na trawy i roztocza kurzu domowego, więc i na te czynniki dostałem przykaz się odczulić.
Minęły cztery lata, nie pamiętam kiedy ostatnio byłem chory, oddycham pełną piersią.
Tak po prostu chciałem to napisać, taka akcja uświadamiająca. Jak z rakiem piersi ;)
Gdy miałem jakieś piętnaście lat, złapałem bakcyla jazdy na deskorolce i wykorzystywałem każdy możliwy element miejskiej infrastruktury, aby uczyć się trików. Na moim osiedlu stoi taki wielki kościół z wielkimi schodami i dłuuuugą, stalową poręczą. Ja i kilku moich znajomych co wieczór spotykaliśmy się przed „domem bożym”, aby mozolnie trenować zjazdy na wspomnianej poręczy. Łatwe to nie było i co chwilę któryś z nas, w połowie drogi, spadał prosto na twarde schody, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Siniaki, stłuczenia, zadrapania, a nawet krwawiące rany były ceną, jaką przyszło nam zapłacić za zdobywanie wiedzy godnej samego Tony’ego Hawka.
Pewnego wieczora, gdy jeden z nas po raz kolejny z rozpaczliwym jękiem wyrżnął o schody, wielkie drzwi kościoła otworzyły się i wyszedł stamtąd młody ksiądz. Energicznym krokiem podszedł do nas i wrzasnął:
- Czy naprawdę nie macie gdzie jeździć na tych deskach?! Wasze krzyki płoszą mi wiernych! Spowiadać w spokoju nie mogę!
Faktycznie, dotarło do nas, że co i rusz któryś z nas wydaje z siebie głośny ryk bólu, co rzeczywiście słychać w promieniu kilkudziesięciu metrów. Ksiądz spojrzał na nas groźnie, a następnie odwróciwszy się na pięcie, z powrotem pomaszerował do kościoła. Nagle jednak zatrzymał się i rzekł:
- …A skoro już musicie mi tu skakać, to chociaż moglibyście robić to jak należy!
I znów ruszył w naszą stronę, energicznie podwijając sutannę. Zawinął jej dolną część za pasek, a kiedy zbliżył się do nas, wyrwał mi deskę. Następnie wskoczył na nią i od niechcenia wykonał kilka niezłych trików. Zanim zdążyliśmy pozbierać szczęki z bruku, ksiądz rozpędził się i wskoczył na poręcz. Zjechał na dół bez większego problemu, a lądując wykonał efektowny obrót. Podbił deskę, złapał ją w locie i rzucił do mnie mówiąc:
- No! Tak się to robi, amatorzy!
Uśmiechnąwszy się złowrogo, wrócił do siebie, pozostawiając nas z rozdziawionymi gębami i poczuciem najgłębszego zażenowania. Parę dni później ciągnęliśmy słomki i oddelegowaliśmy do kościoła naszego oficjalnego posłańca, aby namówił duchownego do dania nam kilku lekcji. Ku naszej radości ksiądz zgodził się i od tego czasu przez dwa kolejne lata parę razy w miesiącu spotykaliśmy się przed jego „pracą”, aby wspólnie poskakać na deskach. Okazało się, że zanim poczuł powołanie, Adam, bo tak się zwał nasz nowy kolega, brał udział w zawodach deskorolkowych i miał w tej dziedzinie sporo sukcesów. Najfajniejsze jest to, że gość nigdy nie próbował nas nawracać. Traktował nas po prostu jak swoich uczniów i młodszych ziomków.
Do dziś mam z nim kontakt. Ostatnio nawet został proboszczem...
Było ok. 18, wracałam do domu komunikacją miejską. O tej godzinie w moim mieście jeździ taki bardziej bus.
Miałam do przejechania ze trzy przystanki, dlatego usiadłam blisko drzwi, naprzeciwko młodego chłopaka. Ów dżentelmen uznał, iż idealnym zajęciem dla zabicia czasu będzie wyciskanie sobie ropnych krost z twarzy. Może przebolałabym to, gdyby nie fakt, że rozgniatał swoje "zdobycze" między paznokciami i zjadał.
Zwymiotowałam gościowi na kolana, po czym uciekłam z autobusu.
Współczuję kierowcy, bo musiał dojechać z moimi wymiocinami do zajezdni. Chłopaka mi nie żal.
Jak oduczyć własnego ojca znieczulicy?
Stłuczka na rowerze, przeleciałem przez kierownicę. Widziałem, że ręka mi puchnie, więc asekuracyjnie poprosiłem ojca, by zawiózł mnie następnego dnia do lekarza. Co usłyszałem: "Nic ci tam nie jest, ty do szkoły nie chcesz iść po prostu, leniu jeden, ostatnio słabe oceny miałeś z fizyki, a jutro masz, to pewnie nie chcesz iść na sprawdzian". Cóż, następnego dnia rano nie dałem rady ruszyć ręką, mimo to zostałem wysłany do szkoły. Nie poszedłem do niej, tylko do lekarza. Zdziwienie, że 16-latek bez rodzica, nie chcieli mnie przyjąć, ale pielęgniarka zobaczyła, że moja ręka wygląda jak siny balon. Połamane 4 kości śródręcza, gips na 1,5 miesiąca. Telefon do rodziców, żeby ktoś po mnie przyjechał. Rozmowa ojca z lekarzem trwała długo, oj długo. Co usłyszałem: "Na pewno usprawiedliwienia nie dostaniesz za wagary".
Pewnego dnia po śniadaniu poszedłem do WC i tak 8 razy. Moje życie zamieniło się w biegunkę. Rodzinna uparła się na zespół jelita drażliwego, rzuciła hasło, że jestem leniem i pewnie nie chcę chodzić do szkoły. Podłapał to ojciec i wersji się trzymał. Jednak do lekarzy chodziłem codziennie, nie mogłem nic zjeść, bo kończyło się to tak samo. Jedna lekarka w końcu się zlitowała, dała mi skierowanie do szpitala. W szpitalu wiadomo jak karmią, dwa dni totalnej głodówki, seria badań. Uparli się na diagnozę rodzinnych - problemy jelitowe. Badania nic nie wykazały, dostałem jeszcze ochrzan, że zajmuję miejsce w szpitalu naprawdę chorym dzieciom, bo pewnie nie chcę chodzić do szkoły. Wracam do domu, jem normalnie, znów jest to samo. Płacze i rozpacz nic nie pomagają - "już na pewno się na ten twój brzuch nie nabierzemy, w szpitalu żadne badanie nic nie wykazało". Myśli samobójcze miałem, nikt nie chciał mnie słuchać, a wszyscy dobijali, najbardziej ojciec. Uprosiłem w tajemnicy brata, by dał mi pieniądze na prywatnego gastrologa, by ze mną w ogóle poszedł. Prywatnie lekarz mnie zbadał, zrobił gastroskopię. Wyszło, że mam wrzody żołądka i dwunastnicy w stopniu mocno zaawansowanym. Z papierami od lekarza i toną leków kupionych przez brata wróciłem do domu. Co usłyszałem? "To teraz sam zarobisz i oddasz bratu za te swoje wymysły". Cóż, wtedy nastąpiło trochę poprawy, bo brat wstawił się za mną dość dosadnie, a ja po lekach wróciłem do pełnej sprawności.
Uwierzcie mi, od tamtej pory wszystkie moje dolegliwości ojciec traktuje poważnie. Podwyższony cukier, lekka kontuzja i już mi szuka specjalistów. Bo ja kropla w kroplę on - cukrzyca, nadciśnienie, stawy.
Teraz jest to trochę nadgorliwość, szczególnie że mam już 25 lat, a nie 16-17 jak w czasie, gdy spotkały mnie te problemy. Ale lepiej mieć nadgorliwego rodzica, niż obojętnego. Mam niestety porównanie zbudowane na własnych przeżyciach. Szkoda, że musiałem okupić troskę wieloma nieprzyjemnościami.
Dzisiaj w miejskim autobusie byłam świadkiem dziwnej sceny.
Dwójka małych dzieci w wieku przedszkolnym siedziała sobie obok siebie i co chwilę się przepychali i kłócili o coś. Ich mama, obładowana zakupami młoda kobieta, stała trzymając się rurki i nie zwracała na nich uwagi. Do czasu. Dzieciaki pokłóciły się tak mocno, że młodsza dziewczynka przywaliła starszemu bratu z całej siły w nos, a ten wrzasnął na cały autobus, tak żeby każdy wiedział jaka tragedia mu się stała.
Mamie nerwy puściły. Położyła torby z zakupami na podłodze, złapała córkę i zaczęła szarpać się z nią. Krzyczała coś niewyraźnie, kazała stać obok siebie, a mała głośno ryczała. Mało tego, podczas szarpaniny, która zbyt długo trwała, zakupy posypały się na cały autobus, a pomidory zostały rozdeptane przez buciki dziewczynki.
Najdziwniejsze jednak było to, co nastąpiło potem. Kobieta powiedziała, że zaraz wysiadają, więc dziewczynka ma posprzątać bałagan sama i to natychmiast. Mała ani myślała to zrobić, z głośnym płaczem poszła usiąść na swoje poprzednie miejsce, a synek dołączył do mamy, która stanęła przy drzwiach i głośno komentowała, że wysiada, a córka zostanie i pojedzie dalej. Chciała ją tym sprowokować i przestraszyć. Dziewczynka wpadła w histerię i krzyczała ciągle, żeby mama wzięła ją za rękę.
Autobus się zatrzymał. Wszyscy pasażerowie przyglądali się tej scenie... a matka najzwyczajniej w świecie wysiadła i nie oglądając się za siebie, poszła sobie z synem, zostawiając w autobusie córkę i część zakupów.
Kiedy autobus ruszył ponownie, pasażerowie zaczęli krzyczeć do kierowcy, żeby się zatrzymał, ale ten zdawał się nie wiedzieć o co chodzi. Zatrzymał się na kolejnym przystanku, ktoś zdecydował się odprowadzić dziewczynkę do jej matki.
Tak szczerze, to nie wiem co mam myśleć o tym. Nie lubię rozwydrzonych bachorów i z całego serca życzyłam źle tej drącej bez powodu mordę dziewczynce. A z drugiej strony uważam, że matka postąpiła bardzo głupio. Pewnie powinnam poczekać aż będę miała swoje dzieci, żeby przekonać się jak to jest, jednak jakoś nie wierzę, że moje dziecko byłoby tak złośliwe i głupie. I nie wierzę, że tamto nie było po prostu źle wychowane. Mnie nikt nie musiał uciszać jak byłam dzieckiem, nie robiłam scen. Nie rozumiem czemu ludzie wychowują dzieci na potwory.
Dawno dawno temu, gdy miałem jeszcze z 6-7 lat, a w darmowej telewizji leciało Naruto i Yu-Gi-Oh, miałem swoją 5-osobową grupkę przyjaciół, z którymi spędzałem całe dnie. Byłem ja, była moja o rok młodsza kuzynka Jagoda, był jej rok młodszy brat Konstanty oraz moi sąsiedzi bracia bliźniacy Kamil i Piotrek. Jak już wspomniałem, w TV leciało Naruto, które było dla nas nad bajką. Zawsze oglądaliśmy razem odcinek, a potem wychodziliśmy na dwór cały dzień bawić się i odgrywać to co akurat działo się fabularnie.
Kamil i Piotrek jako bliźniacy zawsze byli Narutem. Jeden z nich prawdziwym, a drugi klonem. Zmieniali się codziennie, żeby nie było żadnych kłótni. Moja kuzynka jako jedyna dziewczyna w naszej ekipie oczywiście była Sakurą. Jej brat w zależności od dnia był prawie zawsze kimś innym. Raz był Orochimaru i dostawał od nas oklep, ale finalnie dawaliśmy mu wygrać, żeby następnego dnia znów się zgodził być naszym antagonistą. Raz był Kakashim i wydawał nam polecenia, trenował nas i chodził z nami na misje. Jeszcze innym razem był Hokage i zlecał nam zadania. Raz nawet był Akamaru i cały dzień latał za nami na czworaka i szczekał. Ja oczywiście jako główny pomysłodawca fabuły naszych zabaw przyjmowałem zaszczytną rolę Sasuke.
Pewnego wakacyjnego dnia, gdy jak zwykle bawiliśmy się w Naruto, podszedł do nas Krzysiek. Krzysiek nie był z naszego miasta. Przyjechał tu tylko na wakacje do dziadków, ale też uwielbiał Naruto i chciał się z nami bawić - i tu pojawił się problem, bo tak jak i ja Krzysiek chciał być Sasuke. Nie mogłem dopuścić do tej zniewagi, a jako że Krzysiek był rok młodszy i raczej chuderlawy, zaproponowałem pojedynek. Oczywiście całość była odpowiednio osadzona fabularnie. Podczas polowania na Orochimaru rozdzieliliśmy się i po ponownym spotkaniu okazało się, że nasz wróg przemienił się w Sasuke. Żeby odkryć który z nas jest prawdziwy, mieliśmy stoczyć pojedynek. Rozeszliśmy się do domów żeby się przygotować i o umówionej godzinie mieliśmy się stawić za garażami, by odbyć naszą walkę.
Tuż przed wyjściem z domu podebrałem ojcu zapałki, żeby móc wykonać specjalną technikę klanu Uchiha. Niestety nie wiedziałem wtedy, że Krzysiek przygotował coś specjalnego. Stanęliśmy naprzeciwko siebie z żądzą mordu w oczach, a mój młodszy kuzyn wydał nam rozkaz rozpoczęcia walki. Pewny siebie już sięgałem po zapałki, żeby użyć fireballa, gdy spostrzegłem co przygotował dla mnie Krzysiek. Skurczybyk biegł na mnie z paralizatorem krzycząc "CHIDORI". Później już nie pamiętam co się stało, ale Krzysiek wygrał, a ja jako przegrany do końca wakacji musiałem być Orochimaru. NAJGORSZE WAKACJE EVER!
Krzysiek, jeśli to czytasz to wiedz, że dalej cie nienawidzę!
Zamówiłam na Aledrogo tunel do ucha. Wybrałam rodzaj przesyłki, a że w ostatnim czasie wylegiwałam się na wolnym, to podałam adres do domu, nie do pracy. No i się zaczęło.
Zawsze opowieści o strasznych listonoszach wywoływały u mnie śmiech. Przecież to niemożliwe, by taka instytucja działała w takim chaosie i traktowała ludzi jak idiotów. Oczywiście, zamiast przesyłki (nota bene małej koperciny), przytuliłam awizo. Dzwonek do drzwi nie zadzwonił, pies nie zaszczekał. Magiczny papierek po prostu pojawił się w skrzynce na listy. Westchnęłam, co innego zrobić? Zadzieram kiecę i pędzę na drugi koniec wsi na pocztę.
Pani w okienku zmęczona dwugodzinną pracą wyrywania sobie rąk (wieś liczy może z dwustu mieszkańców, z czego jak się rodzi nowy, to starszego ubijają, takie to zadupie. Zaś okoliczne wsie mają własny oddział, do którego spływają przesyłki) wzięła ode mnie niechętnie to awizo. Spojrzała na mnie.
– Dzisiaj jest trzynasty – zauważyła błyskotliwie, co już wzbudziło mój podziw. – Jeszcze nie ma ich tutaj. Trzeba przyjść jutro.
Myślę sobie, trudno.
– Czynne od 14:00 – dodała po chwili, a mój wzrok przebijał ją na wylot. Jej ton jednak pozostawał miły do samego końca. – Wytrzyma pani do jutra?
Żegnam się z nią, cóż, schudnę trochę od spaceru. Wracam. Cóż począć..
O 14:00 dnia następnego ruszam na przygodę. Docieram koło 14:30. Wchodzę. Witam się. W niedługiej kolejce czekam na swoją kolej.
– Dzień dobry, ja w sprawie awizo – próbuję wymazać z pamięci wczorajszą konfrontację, ale mina Cerbera strzegącego 500+ w kopertach mi to utrudnia. Wręczam papierek.
– Ale jeszcze ich nie ma.
Co kur.. ?
– O 14:00 listy są zwożone, musi pani poczekać.
Patrzę dla pewności na zegarek. Ale czasu jakiego..? Może sąsiednia wiocha leży w innej strefie czasowej, a ja taki debil tego nie przewidziałam?
– Ile? – pytam tracąc cierpliwość. Tyle krzyku o jeden drobny tunel.
– Nie wiem, jak będą, to będą.
Dobra. Idę załatwiać inne sprawy, ale wolałabym mieć pewność, że nie będę musiała zachodzić tyle razy na pocztę. Wracam. Staram się być uprzejma, ale cierpliwość mi się kończy. Witam się znowu i uprzejmie, z wymuszonym uśmiechem na ustach pytam, czy już są do odebrania przesyłki. Pani nawet na mnie nie spojrzała. Nie uraczyła słowem, żadnego "spier..dzielaj", ni pocałuj w dupę. Coś klikała, w pewnym momencie miałam wrażenie, że coś jej się w pasjansie nie zgadza. Cisza trwała niemal w nieskończoność, we mnie się zaczęło gotować, a w głowie dudniło mi "Ave Maria". Ale wyciągnęła zwitek karteczek, przykleiła coś i wtedy wybąkała.
– Podpisać.
Flashback z '42 roku, normalnie. Ale podpisuję zmęczona trzema wycieczkami po kolczyk, który miał znaleźć się w moich rękach dzień wcześniej, z rąk listonosza.
Odwołuję. Poczta Polska to chaos mający ludzi za idiotów.
Dodaj anonimowe wyznanie