Poruszyły mnie bardzo wyznania dziewczyn, które były poniżane na porodówce. Dlatego, że sama byłam w podobnej sytuacji.
Jestem po 3 CC i pech chciał, że dreny w drugiej dobie wyjmował mi za każdym razem ten sam lekarz. Po pierwszym tekście w stylu: "Nie syczy. Jak robiła, to nie syczała, a teraz narzeka!" przebeczałam pół dnia. Za drugim razem olałam głupi tekst, przewróciwszy tylko oczyma. Ale za trzecim razem postanowiłam się odegrać.
Kiedy strzelił swoje sztampowe hasło, powiedziałam: "A żebyś ch... wiedział." Popatrzył na mnie z niedowierzaniem i ... poszedł do następnej pacjentki. Położne, które dotychczas tłumaczyły, że doktor ma specyficzne poczucie humoru, tylko tłumiły wybuch śmiechu.
Nigdy nie byłam taka z siebie dumna, jak wtedy. Chociaż na co dzień jestem raczej pokorna i taki tekst nie przeszedłby mi przez gardło.
#Fp4CR, zostało przyjęte dobrze, więc dziś historia o tym, jak baba ze wsi uczyła się życia w mieście.
Znalazłam w internecie pokój i pracę w markecie, to był szczyt moich komputerowych zdolności. Gdy wyjeżdżałam ukradłam rodzicom 700 zł (nie żałuję, wcale nie byli biedni, jak to ktoś sugerował, po prostu miastowe luksusy były głupie i niepotrzebne), tyle wynosiła kaucja, za resztę zapłaciłam pieniędzmi z praktyk. Zabrałam ze sobą szampon, mydło, koc i część ubrań, cały mój dobytek to był plecak szkolny i reklamówka.
Czułam się jak dziecko z buszu, nigdy nie byłam dalej niż w mieście, w którym się uczyłam, nie wiedziałam jak świat działa. Problemem dla mnie było już kupienie biletu na pociąg.
W pokoju nie miałam pościeli, przez miesiąc spałam pod kocem i na dwóch zwiniętych swetrach. Gdy kupiłam bilet miesięczny, na jedzenie zostało mi nieco ponad 100zł. Nie miałam pojęcia o życiu, przy załatwianiu jakichkolwiek formalności czułam się jak idiotka, zwłaszcza w banku, gdy tłumaczyłam, że póki co nie mam dostępu do internetu.
Po pierwszej wypłacie kupiłam pościel, garnek itp. (wcześniej pożyczałam) oraz najtańszy telefon, który miał internet. W cenie wynajmu miałam wi-fi (wtedy też dowiedziałam się, że istnieje coś takiego), zaczęłam odkrywać Facebook, zakupy przez internet, anonimowe itp. 3 miesiące po przeprowadzce w końcu znalazłam pracę w zawodzie. Od tamtej pory stać mnie było na naprawianie swojego życia. Wymieniłam swoją garderobę na normalne ubrania, kupiłam porządne kosmetyki do pielęgnacji. Zaczęłam się uczyć robić makijaż, nosić sukienki, buty na obcasie i biżuterię. Kupiłam też laptop (wciąż uczę się pisania na klawiaturze) i wzięłam lepszy telefon na umowę.
W centrach handlowych doznawałam szoku, jak przystało na dziecko z buszu, w domu zakupy robiłam tylko w spożywczaku, netto i na rynku, nie miałam prawa wchodzić do innych sklepów.
Gdy zaczęłam jeść lepiej i dbać o siebie, stan mojej cery i włosów się poprawił. Nikt nie wrzeszczał, że zużywam za dużo szamponu (po pracy na roli włosy są tak sztywne od brudu, że myjesz całe, nie tylko skórę głowy), więc zapuściłam włosy i poszłam do fryzjera. Jak już ogarnęłam swoje potrzeby, zaczęłam gromadzić oszczędności. 2 lata zajęło mi stawanie na nogi, nim poczułam się gotowa na szkołę.
PS. Wiem, że mogę studiować w każdym wieku, ale nie czuję się na siłach by tak długo pracować w pracy, której nienawidzę, lub żyć na jakiejś głodowej pensji, może kiedyś uzupełnię studiami tytuł technika.
PPS. Męczę się w dużym mieście, więc praca na wsi lub w małym mieście mimo wszystko mi pasuje.
PPPS. Dzięki za uświadomienie mnie, że autobus szkolny mi się należał, faktycznie przyjeżdżał na moją wiochę, ale rodzice twierdzili, że trzeba za niego płacić i nie mam na co liczyć.
Zawsze odpisuję na SMS-y. Zawsze odbieram telefon. Jeśli naprawdę nie mogę odebrać - oddzwaniam. Nie kłócę się, a jak już się zdarzy, pierwsza wyciągam rękę. Nie położę się spać zanim nie będę ''na czysto" z tymi, którzy chociaż na chwilę zagrzali miejsce w moim serduszku. Dlaczego?
Kiedy miałam 8/9 lat, zmarł mój dziadek. Niewiele wtedy rozumiałam, ale było mi baardzo przykro. Nigdy jednak nie było mi bardziej przykro, niż kiedy kilka lat później, przy okazji jakiejś wieczornej rozmowy, mama opowiedziała mi coś, co rzuciło cień na całe moje życie.
Dziadek miał raka płuc, leżał w sanatorium. Dzień przed Wszystkich Świętych odwiedzili go moi rodzice. Na łóżku obok nieznajomy starszy pan kroił sobie jabłka. Mój dziadek uwielbiał jabłka. Powiedział wtedy, że owoce sąsiada tak pięknie pachną i ma na nie wielką ochotę. Ze względu na późną godzinę mama powiedziała, że nigdzie nie dostanie już jabłek, ale jutro na pewno mu przywiozą. Nie przywieźli, nie zdążyli... Następnego dnia o tej godzinie jechali do umierającego dziadka, by ostatni raz się z nim pożegnać...
Pierwszy raz miałam wtedy okazję zobaczyć kogoś, kto nie zdążył i posłuchać historii, której nie może sobie wybaczyć... Zobaczyć moją mamę, tak bliską mi osobę, żyjącą z poczuciem winy... i nigdy nie chciałabym sama nie zdążyć. Żyć ze świadomością, że mogłam, że to była taka błahostka, wystarczyło trochę fatygi, chęci, ale nie zdążyłam... Dlatego żyję z myślą, że każda chwila może być tą ostatnią i liczy się tylko to, co tu i teraz.
Odpisuję na SMS-y, by jutro nie zostać z tym nieodpisanym. Odbieram telefon, bo boję się rozmowy, która nigdy nie będzie dokończona. Nie chodzę spać pokłócona, bo nigdy nie mam pewności, że będzie jeszcze czas żeby przeprosić, wyjaśnić, wysłuchać... I być może wychodzę na naiwną i taką, która zawsze pierwsza wyciągnie rękę, nawet gdy wina jest po drugiej stronie, ale śpię spokojnie, że gdy dla kogoś nie nadejdzie jutro, kropka będzie stała tam, gdzie powinna.
Gimnazjum, rok 2006, fora internetowe. Moja przyjaciółka ostro udzielała się na jednym z nich. Opowiadała nam o ludziach, z którymi pisała, byli bardzo zżyci! W naszej klasie nie była zbyt lubiana, na forum wręcz przeciwnie.
Kiedyś z nudów znalazłam tę stronkę i ich "klan". Byłam zszokowana. Moja przyjaciółka żyła tam moim życiem. Opisywała sytuacje, anegdoty, żarty, które opowiadałam jej codziennie. Teraz trochę mnie to bawi, wtedy byłam zmieszana i chyba przestraszona. Nigdy jej o tym nie powiedziałam, nie mam traumy. Dalej się przyjaźnimy.
Jestem dwudziestoparoletnim chłopakiem, raczej przeciętnym, sylwetka normalna, morda zwyczajna — profilowego na fb dodać się nie wstydzę, ale też nie zalewam znajomych falą zdjęć, coby im oczu nie wypaliło od nadmiaru.
Od dzieciństwa mam przyjaciółkę Magdę. Nigdy między nami nie iskrzyło, ale łączy nas naprawdę fajna relacja, no i jest kobietą, więc czasem proszę ją, by pomogła mi zrozumieć babskie spojrzenie na świat ;) Jakoś na początku studiów Magda znalazła sobie chłopaka, trochę z nim pisała, trochę się spotykała, aż w końcu stali się parą. Pogratulowałem, obiecałem obić chłopu mordę, jeśli mi koleżankę skrzywdzi (tylko w żartach i tylko jej, do niego z takimi głupimi tekstami nie wylatywałem), no generalnie wszystko super. Jakiś czas później i ja kogoś poznałem — Kasię. Kasia była naprawdę niesamowita, bardzo ładna, zabawna, mądra, fajnie tańczyła, dogadywała się z moimi znajomymi, miała sporo własnych przyjaciół. Polubiły się z Magdą, więc czasem wychodziliśmy gdzieś we czwórkę, fajnie było. Kasia była jak spełnienie marzeń.
Wiem, że kobiety wcale nie są z innej planety i myślą normalnie, to z tym „rozumieniem babskiego spojrzenia na świat” to był tylko żart, ale czasem faktycznie proszę Magdę, by pomogła mi zrozumieć, co ma na myśli jakaś dziewczyna, z którą piszę. Nic złego, przytaczam tylko kawałeczek rozmowy albo opowiadam fragment sytuacji i tyle. A Kasia była... mocno specyficzna, jak się okazało. Nie będę zdradzał szczegółów, ale wplątałem się w poniżającą relację. W tajemnicy poprosiłem Magdę, żeby mi doradziła, co robić (z początku nie wiedziałem, czy problem nie leży we mnie), ale kilka dni później nagle wszyscy moi znajomi już wiedzieli o dziwnej relacji łączącej mnie z Kasią. Byłem wściekły na Magdę i chciałem zerwać wieloletnią znajomość, ale na szczęście poszedłem po rozum do głowy i najpierw z nią porozmawiałem — zaprzeczyła wszystkiemu, więc wspólnie przeprowadziliśmy miniśledztwo.
Okazało się, że to jej chłopak cichcem regularnie sprawdzał jej telefon i postanowił rozesłać znajomym skriny moich wyznań, bo go rozbawiły moje problemy. Nigdy nie byłem taki wkurzony na nikogo, Magda też się nieźle zeźliła. Zerwała z nim od razu, ja chciałem mu obić w końcu tę mordę, ale stwierdziłem, że nie warto, no i się skończyło. Z Kasią też zerwałem (była toksyczna i... no), więc sytuacja się unormowała. Z Magdą dalej się mocno przyjaźnimy, ale co się wstydu najadłem i co do dziś się na mnie odbija, to moje :/ Dlatego dziwię się ludziom, że mają podejście „ja mojemu pozwalam przeglądać telefon, bo nie mam tajemnic”. No ty może nie masz, ale twoi znajomi i owszem!
Może mało anonimowe, bo wszyscy znajomi o tym wiedzą, ale jak poznaję kogoś nowego, to mu rzecz jasna nic nie mówię. Imiona i kilka szczegółów zmienione.
Jeśli coś spożywasz to sugeruję przestać.
Po wyciśnięciu pryszcza/wągra/krosty zjadam to co wycisnęłam.
Moim ulubionym przysmakiem są strupki z rozdrapanych krost na głowie.
Zdrapuję je co kilka dni (kiedy poczuję, że trochę przyschły od ostatniego "zbioru) po czym układam na dłoni, przeglądam i zjadam.
Najbardziej mnie satysfakcjonuje jak widzę na nich zaschniętą na żółto ropę, bo jest trochę słona i czasami chrupiącą.
Gdy byłam młodsza zdarzało mi się konsumować takie rzeczy publicznie,
np. w klasie podczas zajęć.
Wpychałam strupki pod paznokcie i udając, że obgryzam pazury wyciągałam zębami strupy spod spodu paznokci.
Starałam się to robić dyskretnie, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jednak ktoś to zauważył.
Dużo ostatnio czytam o pozostawianiu dzieci samych sobie, podrzucaniu ich rodzinie, nieodpowiedzialnych rodzicach... Za każdym razem mam w głowie pewną historię.
To było ponad 20 lat temu, nikt już nie pamięta dokładnie kiedy, ale nie chodziłam nawet do przedszkola. Tata pracował w delegacjach, a mama na 3 zmiany, tak że gdy była w pracy, opiekowała się mną babcia. Babcia najczęściej przyjeżdżała do nas i tak też było tego dnia.
Mama wyszła na 6 rano do pracy, babci jeszcze nie było, bo jak się później okazało, autobus się popsuł na trasie i było opóźnienie. Ja spałam w domu, więc rodzicielka stwierdziła, że czekać niestety dłużej nie może, a ja nie powinnam się obudzić i poszła. Tylko że ja się obudziłam i ku mojemu przerażeniu nie zastałam nikogo w domu. Przerażona i zapłakana otworzyłam sobie drzwi, widocznie nawet zamknięte na klucz nie były dla mnie problemem i... poszłam szukać mamy. To był koniec listopada, do tej pory pamiętam, jak było zimno. A ja boso, tylko w piżamie, wybiegłam na osiedle i pobiegłam gdzieś przed siebie. Chodziłam między blokami, gdy zaczepił mnie jakiś pan. Nie kojarzyłam go, ale wydawał mi się miły, bo spytał co tu robię sama i gdzie jest moja mama. Zaproponował, że poszuka jej razem ze mną. Wziął mnie za rękę i zaczął prowadzić w stronę takiej opuszczonej fabryki, która znajdowała się z tyłu osiedla, pamiętam, że pytałam go co miałaby robić tam moja mama, ale wcisnął mi jakiś kit, w który uwierzyłam i ufnie szłam razem z nim.
Miałam dużo szczęścia. Sąsiad, dobry znajomy moich rodziców, akurat wracał z nocnej zmiany i nas zauważył. Podbiegł, wyrwał mnie temu facetowi i uderzył go. Nie wiem co z tym gościem stało się dalej. Pan Marek zabrał mnie do swojego domu i tam w oknie czekaliśmy na przyjazd babci. Po tym zdarzeniu rodzice zamykali drzwi tak, żeby nie dało się ich otworzyć od środka, a gdy mama miała na rano do pracy, babcia zostawała u nas na noc.
Odkąd moja siostra urodziła, stała się madką, moja mama zastała bapcią(?), a moje życie koszmarem. Siostra jest ode mnie sporo starsza, ma już 2 dzieci (7 i 3 lat, jeden ojciec nieznany, a drugi tylko płaci alimenty) i niestety wynajmuje mieszkanie na tym samym osiedlu. Szlag mnie trafia od tego, co się dzieje.
Moja siostra co chwile coś odwala, a moja mama zawsze ją popiera. Żali się, że wyprosili ją z restauracji bo karmiła piersią? "Jak oni mogli, co za skur...". Tylko, że ja nie raz widziałam jak siostra karmi. Dwa cycki na wierzch, bo inaczej ją bluzka uwiera i pod żadnym pozorem się nie zakryje, bo to naturalna sprawa. Ostatnio się oburzała, że jej biedna córeczka została pobita w szkole przez inne dziecko, a jego durna matka śmie twierdzić, że to jej biedactwo zaczęło bójkę i prześladuje tego okropnego bachora i wyzywa od grubasów. Przecież jej dziecinka taka nie jest, a nawet jeśli tak mówi, to ma prawo, bo ten dzieciak jest ohydnym, spasionym tłuściochem, a swoimi słowami zmotywuje go do odchudzania.
Na moim życiu też to się odbija. Buty mi się rozwaliły? Mam poczekać, bo córeczka Agusi ma urodziny i trzeba jej kupić coś wyjątkowego. Mam sprawdzian, od którego zależy moja ocena? Agusia jedzie do spa i muszę pilnować jej bachorów, a przy nich nie dam rady się uczyć. Koleżanki planują wspólną naukę do testów gimnazjalnych? Nie ma mowy, Agusia i mama planują babski wieczór, a ja mam się zająć bachorami. Minimum 3 razy w tygodniu pilnuje tych bachorów, bo dziećmi tego nazwać się nie da. Każde rodzinne wakacje to katorga, biorą mnie tylko po to, bym była opiekunką, a odmówić nie mam prawa.
We wakacje koleżanka wyjechała z rodzicami na 2 tygodnie, a mnie zostawiła pod opieką swoją kotkę z małymi (moja mama się zgodziła)... Nie dopilnowałam. Siostra przyszła z bachorami na pogaduchy, pralka w kuchni chodziła, a ja akurat myłam naczynia. W pewnym momencie usłyszałam koci wrzask i krzyki siostry. Podczas mojej nieuwagi, te bachory poszły do mojego pokoju, kotki nauczone miłości musiały się do nich łasić. Gdy weszłam do pokoju, starszy bachor ryczał podrapany, jedno z kociąt leżało martwe na ziemi, a siostra kopała ich matkę, bo rzuciła się na jej bachory.
Natychmiast zapakowałam wszystkie koty do pudełka, musiałam się z nimi tłuc pół godziny zatłoczonym autobusem (dobrze, że miejsca mi ustąpiono) i sama zapłacić za leczenie. Według weterynarza kociak miał skręcony kark. Jego matka wymagała poważnej operacji.
Straciłam oszczędności, najlepszą przyjaciółkę i połowę wakacji, bo dostałam absolutnie wszystkie kary jakie tylko się dało. Nikt nie poczuwał się do odpowiedzialności. Według siostry takie małe urocze zwierzęta są po to, żeby dzieci mogły się nimi bawić, a ja nie miałam prawa sprowadzać agresywnej kotki do domu, w którym tak często przebywają dzieci.
Moi dziadkowie byli lekarzami, rodzice dalej są. Brat z siostrą też. Po liceum, które skończyłem z bardzo dobrym wynikiem, poszedłem na medycynę. Wieczne gadanie z serii "musisz iść na medycynę, bo to taka nasza rodzinna tradycja" itp., itd. Chcąc nie chcąc poszedłem zatem na medycynę.
Nauka nowych rzeczy przychodziła mi z łatwością, więc nie miałem praktycznie żadnych problemów na studiach. Ojciec mnie bardzo chwalił. Jednak jak chciałem rzucić studia i zająć się moją pasją (motoryzacją), to rodzice powiedzieli wprost - jak nie skończysz, to nie będziesz naszym dzieckiem i zerwiemy z Tobą kontakt.
Po skończonych studiach i egzaminach dostałem pracę w szpitalu. Tak naprawdę nie wiedziałem, po kiego czorta była mi medycyna. Nie lubiłem tej pracy, miałem dość wiecznych pacjentów. Dokładnie po 1,5 roku odszedłem ze szpitala. Poszedłem do szkoły zawodowej, aby zrobić zawód: mechanik samochodowy.
Od tamtej pory minęło już ładnych parę lat. Nie żałuję swojej decyzji. Kocham swój zawód, kocham swoją pracę. A co z rodziną? Cóż ... ostatni raz widzieliśmy się 5 lat temu na pogrzebie mojej ciotki. Poszedłem do nich, przywitałem się. Ojciec nie podał mi nawet ręki, bo stwierdził, że śmierdzę jak mechanik i się za mnie wstydzi...
Apel do rodziców dzieciaków, którzy chcą, aby ich dzieci robiły to samo co oni w życiu - zastanówcie się dwa razy, czy wysyłanie dziecka na siłę na jakąś uczelnie, kursy czy innego rodzaju zajęcia dodatkowe to jest spełnienie ich marzeń.
A teraz idę spać. Jutro wymieniam sprzęgło w nieśmiertelnym 1.9 TDI :)
Koleżanka z pracy ma fantastyczną sylwetkę i świetną cerę. U mnie szwankuje jedno i drugie, więc spytałam się, czy stosuje jakieś sekretne kosmetyki albo ma jakąś specjalną dietę. Odpowiedziała, że kluczem do obu jest zwykła, zdrowa dieta.
- Wystarczy, że wyeliminujesz biały chleb, tłuste potrawy, śmieciowe żarcie, a będziesz jeść więcej warzyw i owoców, ja na przykład jestem wegetarianką. Ale koniecznie odstaw fast food, słodycze, słone przekąski i papierosy.
- I oczywiście alkohol? - zapytałam, uznając, że zapomniała o tym punkcie.
Spojrzała na mnie dziwnie.
- Kochana, jakbym ja jeszcze odstawiła alkohol, to już bym sobie strzeliła w łeb.
Dodaj anonimowe wyznanie