Nazwisko oczywiście zmienione na potrzeby historii, ale oddaje cały sens.
Kiedy byłam małą dziewczynką, jeszcze w podstawówce tuż obok podstawówki był mały sklepik. Moi rodzice często robili w nim zakupy po drodze, kiedy odbierali mnie ze szkoły (mieszkałam w innej miejscowości). Zawsze wtedy mówili coś w stylu "Wjedziemy jeszcze do Kaczki po mleko". W mojej małej główce pojawiło się wtedy skojarzenie, że sklep nazywa się Kaczka. Nie widziałam w tym wtedy nic dziwnego, nie zwróciłam uwagi, że nie było tej nazwy na sklepie... Rodzice tak mówili, to pewnie tak jest. Byłam wręcz o tym przez lata święcie przekonana.
Pewnego dnia sklepik szkolny był nieczynny, nie pamiętam już co chciałam, ale poszłam do pani zapytać:
- Proszę pani, czy mogę iść do Kaczki?
- Do kogo?
- Do Kaczki.
- Do kogo!? - Wtedy już się nieźle zdenerwowała, nie rozumiałam kompletnie o co chodzi, klasa zaczęła się przyglądać, a ja jakoś wydukałam
- N-no... Do Kaczki...
- DO PANI KACZOROWEJ!!
Wydarła się na mnie, oznajmiła, że jestem niewychowana i że nigdzie nie pójdę.
Było mi strasznie wstyd i naprawdę nie rozumiałam co się dzieje, byłam przecież wzorową uczennicą! I nie zrobiłam niczego złego! Może pani się pomyliła z jakąś nauczycielką, która miała takie nazwisko? Klasa się ze mnie śmiała i dopiero koleżanka mnie uświadomiła, że ta pani ze sklepu nazywa się Kaczorowa, a sklep nie ma nazwy...
Minęło wiele lat, ale nadal to pamiętam :D.
Brałem rano prysznic, nic niezwykłego. Wziąłem ze sobą szczoteczkę i pastę, aby przy okazji umyć zęby. To była sobota, więc nigdzie się nie spieszyłem, a w takich momentach przychodzą mi do głowy głupie pomysły. Np. sprawdzam jak gorącą wodę dam radę wytrzymać, nalewam wody do ust i nią psikam itp. Wiem, że dziecinne jak na faceta w wieku 29 lat, no ale nikt nie jest doskonały.
Gdy przyszedł czas na mycie zębów wymyśliłem, że zamiast zrobić to tradycyjnie, czyli machać szczoteczką, spróbuję trzymać sztywno szczoteczkę - a za to machać głową. I to jeszcze z zamkniętymi oczyma!
Szło mi całkiem nieźle, więc postanowiłem wymyć wszystkie zęby trzymając szczoteczkę w jednej stałej pozycji. Udało mi się to zrobić, więc sukces. Przynajmniej do momentu, gdy skończyłem i otworzyłem oczy. Świat zawirował mi przed oczami, nie mogłem złapać równowagi. Chciałem się przytrzymać zasłonki od prysznica, ale nie wytrzymała mojego ciężaru i się zerwała. Razem z zasłonką wypadłem spod prysznica na podłogę łazienki. Wciąż trochę zdezorientowany i rozbawiony sytuacją leżałem tam i się śmiałem, gdy mój 8-letni syn wpadł do łazienki zaniepokojony, co to za hałasy. Jak tylko mnie zobaczył, to się rozpłakał.
Pozbierałem się i powiedziałem mu, że wszystko w porządku i po chwili się uspokoił. Opowiedział, że siedział w pokoju, gdy nagle usłyszał mój krzyk, a potem huk. Jak przybiegł do łazienki zobaczył, że leżę na podłodze - goły, obwinięty w zasłonkę od prysznica, z pianą na ustach i śmieję się jak wariat. Przestraszył się, że oszalałem...
Od dzieciaka byłem bity przez ojca.
Zawsze, o ile był trzeźwy, wyglądało to tak samo - taboret, pas i 20-30 razów, przy których tylko zaciskałem zęby, żeby się nie rozpłakać. Pas zawsze wyciągał z szafy.
Raczej budziło to we mnie wściekłość niż strach. Tym bardziej pod koniec gimnazjum, gdzie każdy ma się już prawie za dorosłego, a ja nadal dostawałem lanie jak szczeniak. Ojciec przestał dopiero, jak mu oddałem, kiedy pijany rzucił się z pięściami. Od tamtej pory temat bicia całkowicie znikł.
Mnie też wydawało się, że to już skończony epizod i nie ma wpływu na moje dalsze życie. Zacząłem to sobie tłumaczyć, że może mi się należało, że może wcale nie byłem takim niewiniątkiem i nie ma co robić z siebie męczennika... a już na pewno nie zostawiło śladu na mojej psychice, przecież nie będę się nad tym roztkliwiać.
Ostatnio moja dziewczyna szukała czegoś w szafie, tej samej, w której ojciec trzymał pas. Otworzyła powoli drzwi, a one zaskrzypiały tak samo jak wtedy. Nigdy nie zwracałem na to uwagi, ale ten dźwięk... Dziewczyna mówi, że kiedy wróciła, byłem roztrzęsiony i blady jak ściana. Chyba nie przekonało jej moje nieskładne bełkotanie, że wszystko dobrze, że trochę źle spałem, że może dlatego tak wyglądam...
Ona nie ma pojęcia o tym, co robił mój ojciec. Nigdy nie uważałem, że będzie potrzeba do tego wracać. Cholernie wstydzę się powiedzieć jej prawdę...
Chodzę na airsoft od pewnego czasu, mam 18 lat, nie mam jakiejś mega drużyny, ale i tak wymiatamy. Przechodząc do meritum rzeczy.
Wczoraj, na imieninach babci, ciocia poprosiła mnie żebym… zabrał jej SIEDMIOLETNIEGO synka na ASG z moim kolegami.
Tłumaczyłem cioci, że gramy w trudno dostępnym terenie, że przeklinamy, że obiekt na którym gramy jest stary i jest tam ciemno, że młody może dostać rykoszetem, że nie mamy ochrony dla niego, że krzyczymy, że używamy nawet materiałów pirotechnicznych.
Co ciocia na to? Że nic mu się nie stanie i w ogóle co może zrobić mu plastikowa kulka i zaczęła mnie wyzywać.
Na szczęście moja mama ogarnęła ciocię filmem, na którym rozstrzeliwuję moją repliką telefon na wylot.
Od kilku lat zażywałam tabletki antykoncepcyjne. Niestety lekarz zalecił roczną przerwę, ponieważ musiałam "odpocząć" od hormonów. Po pół roku w trakcie seksu pękła nam gumka. I z racji tego, że mam sporego pecha w życiu, wpadliśmy. Czułam się tak strasznie, tak okropnie... oprócz tego, że psychicznie byłam dobita, to jeszcze miałam objawy fizyczne jak przy grypie - łamało mnie w kościach, bolała mnie głowa, miałam dreszcze i gorączkę - to była moja reakcja na stres, który towarzyszył mi cały czas. Też przez cały czas modliłam się, żeby stał się cud - żebym poroniła. Za to mój facet pochwalił się moim i swoim rodzicom, kiedy byłam w 6 tygodniu, że jestem w tej przeklętej ciąży. Gratulacje, uściski, głaskanie po brzuchu - rzygać mi się chciało od tego wszystkiego.
W 8 tygodniu stało się - to coś postanowiło mi ulżyć i poroniłam. I tu ta anonimowa część - to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Kiedy mój facet, moja mama i jego rodzice płakali, ja miałam ochotę tańczyć z radości. Kiedy mnie wspierali, pocieszali, miałam ochotę im wykrzyczeć, że nie uroniłam po tym płodzie ani jednej łzy, a te, które faktycznie uroniłam, to były łzy szczęścia.
Jedyną osobą, która zna mnie na wylot i widziała, że wcale nie chciałam tego dziecka, był mój ojciec. Powiedział mi "Dziecko, widzę po tobie, że wcale nie chciałaś tego dziecka. Ja to szanuję. Sam uważam, że masz jeszcze czas i bardzo się cieszę, że nie załamałaś się po tym, bo za dużo masz jeszcze w swoim życiu do przeżycia, żeby ładować się w pieluchy". Te słowa dodały mi otuchy. Tata nic nikomu nie powiedział. Oprócz jego i mnie nikt nie wie. I nikt się nie dowie.
Moja córka jest nauczycielką języka polskiego w podstawówce.
Wczoraj jedna z matek przyleciała do dyrektora z pretensjami, że nauczycielka:
a) każe Pawełkowi czytać (!), ba...
b) ...czytać na forum klasy, a Pawełek się wstydzi przy klasie i najlepiej jakby to robiła na osobności, żeby jej synek czuł się komfortowo;
c) każe się uczyć na pamięć, a synuś wierszyka się nie da rady nauczyć, bo ma tyle zajęć dodatkowych, że mamusia odrabia za niego zadania;
d) zmusza do czytania tekstów o nienawiści rasowej (!!!), które potem jej syn dumnie powtarza w domu.
Co było tym "trudnym i brutalnym" tekstem? Mazurek Dąbrowskiego.
Moje znajome wyszykowały się w piątkowy wieczór, najwidoczniej mając w planach jakiś wypad. Nudziło mi się, a cały tydzień spędziłam w domu, więc zapytałam uprzejmie, czy gdzieś się wybierają. W odpowiedzi usłyszałam, że nie powinno mnie to obchodzić i krótko mówiąc zostałam olana.
Zgadnijcie, kto zadzwonił o 3 w nocy? Zepsuł się im samochód 30 km od domu i chciały, aby ktoś je zholował.
Jeszcze nigdy nie wróciłam do snu z taką satysfakcją :)
Nie znoszę swojej siostry. Obydwie nie mieszkamy w domu rodzinnym już od kilku lat, wyjechałyśmy do różnych miast i zdawałoby się ułożyłyśmy sobie życia. Ja skończyłam studia, poznałam mężczyznę, za którego wyszłam. Mamy dwójkę dzieci, obydwoje pracujemy i radzimy sobie całkiem dobrze.
Moja siostra natomiast co i rusz jest wywalana z pracy, nie skończyła żadnej szkoły, a pieniądze trwoni na pierdoły. I w sumie nie interesowałoby mnie to, w końcu - jej życie to jej sprawa. Jest tylko jedno "ale". Siostra zapożyczyła się już u sporej części rodziny, w tym u mnie. Pieniędzy nigdy nie oddała, ale nie to jest w tym najgorsze.
Otóż siostra odzywa się tylko i wyłącznie gdy coś chce - pieniądze lub przysługę, czasem nowy przedmiot, bo "ona potrzebuje". Płacze przy tym do słuchawki, że nie ma co jeść, właśnie ją wylali, zapisała się do nowej szkoły czy ma nową pasję i to na pewno pomoże jej się rozwinąć. Jest mi przykro, gdy po kilku miesiącach milczenia odzywa się i po krótkim "Co u ciebie, jak dzieci?", zaczyna swoją litanię o tym, jaka jest biedna, a ja MUSZĘ jej pomóc.
Próbowałam wyłączać telefon, nie odpisywać na SMS-y, ale wtedy dzwoni mama i przekazuje prośbę siostry. Mama jest bardzo chora, wspomagam ją jak mogę, ale aktualnie nie daję jej już żadnych pieniędzy, bo siostra żeruje i na niej. A siostra jest singielką, bez zobowiązań w postaci dzieci i pomimo młodego wieku ma długi u rodziny, znajomych i w bankach.
Ostatnio wpadła na genialny pomysł, byśmy wzięli na nią kredyt i po odmowie nie odzywała się przez jakiś czas. Aż do wczoraj, kiedy zadzwoniła mama mówiąc, że Anitkę chcą wyrzucić z pracy i biedna nie ma gdzie się podziać. Może byśmy jej wysłali pieniążki, dopóki nie znajdzie nowej pracy....
Pracuję w jednej ze znanych sieciówek. Po ciężkich godzinach pracy cieszę się nie z tego, że w końcu mogę iść do domu i odpocząć, tylko z tego, że trzeba wymyć podłogę.
A dlaczego?
Uwielbiam zapach płynu do mycia podłóg, którego używamy, w połączeniu z brudnym mopem. Mogłabym wąchać ten zapach cały czas, używać takich perfum, płynu do kąpieli itp. Czekam całymi godzinami na ten zapach. Powąchanie samego płynu nie działa na mnie tak samo, jak w połączeniu z brudną szmatą.
Takie moje małe dziwactwo.
Niedziela, okolice 5 rano. Wracam autobusem miejskim po porządnej domóweczce. Stan mój ogólnie pozytywny, choć wypite procenty zaczynają coraz bardziej ciążyć, za każdym razem gdy bus hamuje i startuje z przystanków. By nie pogarszać swojego położenia, nie siedziałem, stałem na samym początku busa, przy kierowcy, kurczowo trzymając się poręczy.
Do mojego przystanku została ostatnia prosta, a ja czułem, że nadszedł czas rozwiązania.
Bus dziarsko pokonuje ostatni zakręt, co powoduje, że ziemniak w gardle rośnie. Zostały tylko światła, za nimi już przystanek. Akurat było zielone. Alleluja!
Busik jednak kilka metrów przed sygnalizatorem zaczyna zwalniać, światło zmienia się na żółte, jednocześnie ja, stojąc w tym samym miejscu busa, gdzie stałem, wypalam bezmyślnie:
- Jedź, ku#@a, jedź!
Kierowca dodaje gazu, bus przelatuje na żółtym.
Dopiero kiedy wysiadłem z busa uświadomiłem sobie, że ja to powiedziałem na głos, a nie w myślach.
Dodaj anonimowe wyznanie