Historia ta zdarzyła się w czasach, gdy byłem jeszcze dzieciakiem.
W ten dzień z kolegą przechodziłem obok sadu i postanowiliśmy poczęstować się jabłkami naszego nielubianego sąsiada, oczywiście bez jego zgody.
Nazrywaliśmy jabłek ile tylko się dało i stało się... przyłapał nas właściciel. My jak to młode wilki, w długą, ale właściciel się nie zniechęcił i niczym Usain Bolt mnie dopadł.
Zadowolony z siebie sąsiad, targając mnie pod pachą, przywlókł mnie do mojego rodzinnego domu i domagał się od mego ojca jakiejś reprymendy, a raczej jakiegoś lania paskiem po dupie.
Tata wziął mnie do pokoju obok, aby zastosować reprymendę, sąsiad czekał w kuchni. Gdy byliśmy już sam na sam, ojciec pochylił się i powiedział mi na ucho "dobra, to ja walę w stół, a ty krzycz". Jak powiedział, tak zrobił, tata walił w stół z całej siły, a ja darłem się wniebogłosy, jak to bardzo boli.
Po wymierzeniu kary wróciliśmy do sąsiada i wszyscy byli zadowoleni: sąsiad, tata, a najbardziej ja, choć rzecz jasna nie okazywałem tego, bo kto się cieszy, że dostał po dupie?
Tak oto mój tata o gołębim sercu zaskarbił sobie szacunek i u sąsiada (bo twardo z "obowiązków ojcowskich'' się wywiązał), i u mnie :)
Koleżanki bardzo szybko, bo już w pierwszej klasie podstawówki, uświadomiły mi, że dzieci to się raczej z kapusty nie biorą.
Obeznana z tymi tematami stwierdziłam, że więcej niż dwójki rodzeństwa mieć nie chcę, a seks przecież równa się ciąży. Tym sposobem zaczęłam znęcać się nad swoimi rodzicami.
Każdej nocy zasypiałam dopiero wtedy, kiedy usłyszałam głośne chrapanie taty. Gdy tylko działo się między nimi coś więcej (z mojego pokoju było dokładnie słychać, czy ktoś zbytnio się nie wierci się u nich na łóżku, bądź o czym rozmawiają) przybierałam smutną minę numer 10 i dreptałam do ich pokoju oznajmić, że znowu miałam koszmary i nie mogę spać sama, bo się boję. Nie zliczę ile razy odskakiwali od siebie w totalnej panice, na szybko naciągając kołdrę pod szyję i z zażenowaniem patrząc, jak ich córka gramoli się idealnie między nich.
Nie pomogły próby usypiania mnie, zakazy oglądania i czytania strasznych rzeczy, ziołowe leki uspokajające czy psycholog. Moja praktyka trwała ponad dwa lata, aż stwierdziłam, że fakt posiadania większej ilości rodzeństwa jest mi w sumie obojętny.
Nikt się nie domyślił prawdziwego powodu, a ja w zaparte szłam, że to chodzi o koszmary.
Pewnego dnia moja mama, wracając z pracy, spotkała na okolicznym trawniku małego, nieporadnego ptaszka. Niezbyt wiedziała, jak się zachować, więc poprosiła mnie o ocenę sytuacji.
Maluch okazał się podlotem gatunku dość licznie występującego w Polsce. Przeniosłam go na krzak obok i zostawiłam - takich ptaszków nie należy zabierać do domu, bo są karmione przez rodziców - no chyba, że są ranne, chore albo głodne. Trochę później poszłam sprawdzić, jak tam ptaszek. Siedział dokładnie w tym samym miejscu i piszczał z głodu, co oznaczało, że matka nie wróciła. Zaniepokoiłam się, bo trzy godziny to dla takiego maluszka dość długo, ale postanowiłam jeszcze poczekać. Po kolejnych trzech godzinach sytuacja nie uległa zmianie, ptaszek wręcz błagał o jedzenie, kiedy tylko się do niego zbliżyłam. Robiło się ciemno, więc wzięłam go do domu - na noc zapowiadali burze, a on byłby pozostawiony sam sobie, zdenerwowany i głodny - wątpię, że dałby radę to przeżyć. Załatwiłam mu małą, bezpieczną klatkę, karmiłam kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, również w nocy. Maluch zaczął się coraz bardziej do mnie przywiązywać. W końcu osiągnął wiek, w którym powinnam wypuścić go na wolność, a tymczasem mój wychowanek domagał się kontaktu z człowiekiem. Zostałam z ptakiem, który uważa siebie za dwunożnego, nieopierzonego nielota. I co zrobiłam?
Zostawiłam wszystko tak, jak jest. Nie mam zamiaru wypuścić go na pewną śmierć. 70 procent młodych ptaków śpiewających nie dożywa roku, a tymczasem mój gatunek może żyć nawet 20 lat. I są to dane dotyczące ptaków wychowanych na wolności, a więc przystosowanych do swobodnego życia - co oznacza, że ptak wykarmiony przez człowieka ma wielokrotnie mniejsze szanse - 5, 10 procent? 10 procent szans na życie, i ja mam go na to skazać? Absurd. Ktoś powie "taka natura" - trudno. Naturze jeden ptak w tą czy w tą nie robi różnicy - a za to dla tego jednego ptaka różnica to życie lub śmierć.
Co mu po swobodzie lotu, tak pięknie przedstawionej w wierszu o czyżykach, skoro musi wiecznie walczyć o przetrwanie (o czym autor chyba zapomniał)? Mój maluch nie dałby rady na wolności, boi się dworu, wystawiony w klatce na dwór zastyga w bezruchu i odżywa dopiero po powrocie do domu. Boi się gałęzi, liści, jest oswojony z nową klatką, większą niż poprzednia i kupioną na stałe. Każdego dnia ma ją otwartą, chętnie wraca, karmię go tym samym, co jedzą te ptaki w naturze. Reaguje na swoje imię, rozpoznaje mnie spośród innych osób, sam do mnie przylatuje i domaga się kontaktu. Uwielbia siadać mi na głowie i bawić się włosami, zasypia wtulony we mnie. Pokochałam go i nie miałabym serca skazać go na łaskę lub niełaskę losu. Dzięki temu, że został, zyskałam przyjaciela, a on zyskał życie. Muszę tylko załatwić zezwolenie, żeby trzymać go legalnie, ale to nie problem.
Mój były był okropnym kierowcą. W ciągu roku odkąd cudem zdał prawo jazdy, miał 7 wypadków. Stłuczki, bo nie wyhamował, czołówka, bo wyprzedzał na ciągłej, raz nawet przeskoczył autem nocą rów przydrożny i wylądował na polu. Jednocześnie potrafił tak zamotać, że wychodziło na to, że wypadek nie był z jego winy.
Mimo ilości wypadków, które spowodował i był tego świadomy, nie zraził się i wciąż uważał, że świetnie prowadzi. Trasę, którą normalnie jedzie się 40 minut, pokonywał z palcem w tyłku w 15. Miał chłop niezłego farta, bo wielu nieszczęść uniknął na centymetry. Bawił się samochodem. Gdy był wkurzony, potrafił celowo nagle jadąc 150/h skręcić w stronę pobocza i w ostatniej chwili wyhamować, jechać prosto na słup czy drzewo lub driftowac w ciągu dnia na ruchliwym skrzyżowaniu. Raz o mało nie potrącił policjanta, który wybiegł przed maskę aby go zatrzymać. Byłam w szoku, że skończyło się tylko na mandacie. Wielokrotnie gdy musiałam gdzieś z nim jechać, żegnałam się z życiem. A on... cieszył się z tego. Nie dla niego nudna, przepisowa jazda, przecież on jest świetnym kierowcą, bo szaleje po ulicach, a jeszcze żyje!
Teraz już na szczęście nie mamy żadnego kontaktu. Jednak co jakiś czas wchodzę na jego profil na Facebooku zastanawiając się, czy tym razem zastane tam status „im memoriam”, czy to jeszcze przed nim...
Zawsze miałam bardzo niską samoocenę. Byłam cicha i zdystansowana. Jestem wysoka i w głowie miałam obraz siebie jako jakiejś dziwnej, pokracznej istoty, która nie wie co zrobić z za długimi kończynami.
Kiedy jakiś chłopak próbował do mnie zagadać (a wbrew pozorom, to się zdarzało), to byłam pewna, że założył się z kolegami, żeby mnie w jakiś sposób upokorzyć czy też wyśmiać. No bo po co ktoś miałby się na poważnie interesować takim zerem jak ja? Zawsze więc go spławiałam i jeszcze bardziej się dystansowałam i zamykałam w sobie. W ten sposób się chroniłam.
Teraz już od kilku lat chodzę na terapię. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej. To wszystko nie jest takie proste, ale robię postępy. Psychicznie jestem już w zupełnie innym miejscu niż wtedy.
Niedawno spotkałam jednego z moich dawnych adoratorów. Porozmawialiśmy chwilę zupełnie normalnie. Dowiedziałam się od niego, że wtedy naprawdę mu się podobałam i próbował mnie poderwać. "Wysoka, szczupła blondynka ze zgrabnymi nogami i długimi włosami. Czego tu nie lubić"? - jego słowa. Niestety olałam go, więc stwierdził, że nie jestem zainteresowana. Jego kilku kolegów też potem próbowało u mnie swoich sił, ale postąpiłam z nimi tak samo. Zaczęła się więc za mną ciągnąć opinia wyniosłej księżniczki, która ma się za lepszą od innych i wszystkich traktuje z góry.
Szok. Ja miałam się mieć za lepszą od innych? To ja się zawsze miałam za gorszą, za tę najgorszą.
Niesamowite, jak potrafimy sobie skomplikować, a nawet zniszczyć życie przez coś, co istnieje tylko w naszych głowach. Po prostu aż nie mogę w to uwierzyć. Tyle lat zmarnowałam.
Nie będę nikogo tutaj pouczać. Morału też nie ma. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to nie jesteśmy z tym chłopakiem parą. Ta rozmowa z nim po prostu pomogła mi zrozumieć, że w życiu naprawdę często nie wszystko jest takie, jakim się nam wydaje. Niby to oczywiste, ale w sumie to wcale nie.
Jutro znowu idę na moją terapię. Jeszcze kawał drogi przede mną, ale na szczęście, sporo też już za mną.
Moja rodzina śmiertelnie się na mnie obraziła. Nie odzywają się, nie zapraszają do swoich domów. Matka z babcią nie chcą mnie widzieć na oczy. Wszystko dlatego, że wytłumaczyłam swojej 12-letniej córce, na czym polega seks. Zapytała mnie o to, ponieważ usłyszała to gdzieś w szkole. Nie bawiłam się w żadne fasolki, żadne przytulanie na golasa, tylko wytłumaczyłam jej normalnie. Powiedziałam też, że jest za młoda, żeby się tym interesować i ma jeszcze na to zdecydowanie dużo czasu.
Wytłumaczyłam, od ilu lat ludzie to robią, że to oznaka miłości i również objaśniłam jej, że jakby ktoś chciał to z nią zrobić i chciałby ją zmusić, to wtedy to jest bardzo złe i ma od razu mi powiedzieć.
Gdy następnego dnia opowiedziałam o tym mojej mamie, zaczęła na mnie krzyczeć, że spaczę dziecko, będzie zboczona i będzie dziwką. Ja rozumiem, że ona ma 12 lat, ale wolałam ją teraz uświadomić, niż żeby za 3 lata powiedziała mi, że ktoś ją skrzywdził lub spodziewa się dziecka.
Historyjka o tym dlaczego do teraz mam wstręt do lodów na patyku.
Jako małe dziecko często chodziłam do lekarza. Badano mi gardło za pomocą takich patyczków jak od lodów. Pewnego razu zapytałam lekarza, skąd je bierze, czy ma fabrykę lodów? A on na to, że dużo ich je, a potem oblizuje.
Już nigdy nie chciałam iść do lekarza z mamą i przynosiłam własne patyczki...
Nigdy nie będę miała dzieci.
To nie jest tak, że jestem bezpłodna, pod kątem medycyny nie miałabym najmniejszych problemów z zajściem w ciążę. Chodzi o to, że sama jestem dość poważnie chora i nie chciałabym, żeby moje dziecko przechodziło to samo co ja. Wiem też, że nie wytrzymałabym siedzenia pod salą operacyjną kilka godzin, jak kiedyś moja mama, albo jeżdżenia w środku nocy do szpitala, bo widzę jak moje dziecko nie może stać z bólu. Po prostu nie potrafię skazać jakiejś niewinnej istoty na coś takiego.
Z jednej strony wiem, że to jest najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale z drugiej strony myśl, że jeśli kiedykolwiek będę miała dziecko, to tylko z adopcji, czasem trochę boli.
Moi znajomi nienawidzą mnie za moją dietę.
Wychodząc na miasto pomimo namawiania zawsze odmawiam jedzenia bądź kupienia czegoś w sklepie. Tłumaczę się, że to z powodu niskiej kaloryczności w diecie, a ja nie ufam restauracjom. Większość znajomych narzeka na to, gdyż nie lubią, jak ktoś przy nich nie je, a oni zajadają się pizzą. Dodatkowo zawsze wytykają mi, że jestem osobą szczupłą i nie widzą sensu mojej diety (czego nie rozumiem, bo przecież są też diety dla samego zdrowia, a nie chudnięcia).
Co w tym anonimowego? Tylko ja wiem, że tak naprawdę nie mam diety. Zwyczajnie nie stać mnie na jedzenie, bo w wieku 16 lat utrzymuję moją rodzinę i pomimo trzech prac (w okresie wakacyjnym) ledwo wiążę koniec z końcem.
Rodzina się mnie wyparła. Dlaczego?
Otóż jakiś czas temu przyjechała do nas w gości na parę dni moja babcia. Z faktu, że mamy z żoną duże mieszkanie, babcia nocowała u nas, a nie np. u mojej matki.
W drugi dzień pobytu, gdy nie było mnie w domu, babcia tak stłukła naszego psa, że ten kuleje na jedną łapę i zaczął się bać ludzi (wcześniej uwielbiał towarzystwo innych ludzi, nawet nieznajomych). Powód? Kręcił jej się pod nogami.
Jak się o tym dowiedziałem, bez chwili zastanowienia spakowałem babcię i poinformowałem, że ma się wynosić z mojego mieszkania, oraz zadzwoniłem do matki poinformować, że będzie spała u niej.
No i tutaj najlepsze.
Moja matka wzięła stronę babci, bo jak twierdzi "to tylko głupi pies", "jak ty w ogóle się zachowujesz?! Gdzie twój szacunek do babci?!", no i ogólnie jaki to ja nie jestem zły. Oczywiście poszło to dalej do reszty rodziny, jak to bez powodu wyprosiłem babcię z mieszkania. Ostatecznie cała rodzina ma mnie za tego najgorszego i nie chcą mieć ze mną nic wspólnego.
Dodaj anonimowe wyznanie