Ostatnio, gdy czytałem jedno z wyznań o dziewczynie, która "jest zrobiona z resztek swoich braci" przypomniał mi się, już klasyczny, żart moich rodziców.
Moja mama jest brunetką. Mój tata jest brunetem. Ja (najstarszy syn) jestem brunetem o bardzo ciemnej karnacji (kiedyś byłem przez to nawet uznany za Włocha). Moja młodsza siostra jest brunetką, ale z "nie za ciemną, nie za jasną cerą". A mój najmłodszy brat? Mój najmłodszy brat jest blondynem z bardzo jasną cerą.
Jaki wniosek wyciągnęli moi rodzice?
Toner się kończył.
Dość dawno temu, bo w 8. klasie, przyszłam do szkoły strasznie źle się czując, mianowicie miałam jelitówkę. Na nic było proszenie mamy, abym została w domu, jak to w tamtym czasie było, szkoła to świętość, na własny pogrzeb dopiero po lekcjach.
Ból brzucha, rozwolnienie, w dodatku temperatura na dworze była tak wysoka, że aż robiło się słabo. Lekcja, nagle czuję, że muszę wyjść za potrzebą, i to dość szybko, bo jelita dawały po garach. Wyglądałam dość niewyraźnie, więc nauczycielka, jako asekurację, wysłała ze mną koleżankę z ławki. Łazienka, ja siedzę na kibelku, koleżanka czeka za drzwiami. Nagle czuję, że robi mi się słabo, jakiś głuchy dźwięk w uszach, mgła przed oczami. Zdążyłam jednak otworzyć drzwi i zawołać koleżankę, mówiąc, że chyba zemdleję i momentalnie zsunęłam się z kibelka.
I z tego miejsca jeszcze raz dziękuję tej koleżance, która błyskawicznie przed zawołaniem higienistki, że tak dosłownie napiszę, PODTARŁA MI TYŁEK, podciągnęła majtki, spodnie i wytargała z toalety :-)
Mój brat ma 31 lat i jest totalną fleją, choć on nazywa to oszczędnością. Nie spuszcza po sobie wody, gdy korzysta z toalety, bo "oszczędza" wodę. Ze spłuczki korzysta dopiero wtedy, gdy widzi, że kibel może się zapchać lub gdy wie, że ktoś do niego przyjdzie. Kąpie się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie, bo uważa, że pracując zdalnie "się nie wybrudził". Gdy już bierze kąpiel, nie wypuszcza wody z wanny, wykorzystuje ją później "do spuszczania wody" w kiblu (gdy już musi to zrobić). Papier toaletowy ma jedynie "dla gości". Sam potrafi podetrzeć się wszystkim: kartką papieru, paragonem, kawałkiem gazety, a nawet tymi ubraniami, które są w koszu na pranie (bo przecież i tak wrzuci je później do pralki, to można je "dobrudzić").
Potrafi do oporu korzystać z jednego talerza, kubka czy patelni, by nie musieć ich myć. Jeśli w pracy nie ma akurat wideokonferencji, to chodzi nago po mieszkaniu (mieszka sam), by nie brudzić ubrań. Gdy już się ubierze, potrafi bardzo długo tych ubrań nie zmieniać (o ile nie musi nigdzie wyjść). Nie przeszkadza mu nawet to, że ubrania zaczynają śmierdzieć, bo twierdzi, że "własnego smrodu się nie czuje".
Skąd o tym wszystkim wiem? Bo chwali się swoimi sposobami na oszczędzanie i tym, że nie ma takich wysokich rachunków jak ja.
A jednocześnie, gdy już wychodzi z domu, to zawsze jest zadbany, wyperfumowany i świetnie ubrany. Na brak zainteresowania ze strony pań nie może narzekać. Bardzo współczuję kobiecie, którą oczaruje i która wyląduje w tym syfie...
Dziś, po roku związku mój facet wreszcie powiedział, że mnie kocha. I pewnie cieszyłabym się zamiast narzekać, gdyby nie okoliczności, w których to nastąpiło.
To podniosłe wyznanie usłyszałam, kiedy źle się poczułam i wróciłam szybciej z pracy. Nakryłam go w moim mieszkaniu, w moim łóżku, z jakąś gówniarą. „Kocham cię. Z nią to tylko seks” - wypłakał. W sumie to były chyba ostatnie słowa, jakie do mnie powiedział, bo nigdy więcej nie chcę go widzieć.
Historia o relacjach z teściową.
Kupowałam od takiej starszej, sympatycznej pani pyszne ciasta domowego wypieku na różne okazje typu urodziny, imieniny. Któregoś razu poskarżyła mi się, że bardzo źle jej pod względem finansowym, a że znałam ją, lubiłam i miałam możliwość, żeby to zrobić, chciałam wręczyć jej pieniążki, żeby miała za co żyć. Pani się absolutnie nie zgodziła, ale po dłuższych negocjacjach ustaliłyśmy, że będzie mi pomagać w pracach domowych, robić zakupy, itp. Obie byłyśmy bardzo zadowolone, bo dla mnie jej pomoc była nieoceniona, a ona mogła uczciwie dorobić.
Tak było do czasu, kiedy o tym dowiedziała się moja teściowa. Zadzwoniła do mnie, że nie jestem prawdziwą kobietą, bo nie mogę sama sobie posprzątać, tylko wydaję pieniądze jej synka. No to ja jej tłumaczę, że po pierwsze nie pieniądze jej synka, tylko że ponieważ mam swoją firmę i ile pracy wykonam, tyle zarobię, to dzięki temu, że ktoś inny zajmuje się sprzątaniem ja mogę więcej zarobić, a jeśli nie, to mogę spędzić czas z dziećmi, a nie na sprzątaniu i że ta pani dzięki temu też ma środki do życia itd...
Ona na to, że mi się w dupie poprzewracało i się rozłączyła, żeby całej rodzince opowiedzieć jaką ma beznadziejną synową.
A coś anonimowego?
Mam nadzieję, że nigdy się nie dowie, że po tym doprawiłam jej porcję zupy środkiem na przeczyszczenie... No ale przecież prawdziwe kobiety nie srają, więc nie mogło jej zaszkodzić :D
Po rozwodzie rodziców moja babcia ze strony ojca miała do mnie żal o spowodowanie całej tej sytuacji. Byłam w wieku, w którym opuszczałam dom rodzinny i nie chciałam zostawić mojej mamy z ojcem samej i "namówiłam" ją na rozwód, a wręcz zmusiłam ją do tego. Była bardzo bierna, nie potrafiła się przed nim bronić, bała się, że nie poradzi sobie finansowo i wiele innych dylematów, z którymi borykają się kobiety w rozpadającym się małżeństwie. Ostatecznie na dobre im to wyszło, w każdym razie mamie, bo z ojcem kontaktu nie mam. Babcię odwiedzałam rzadziej niż przed rozwodem, z żalu, że mnie nie wspierała (mówiła, że będzie po mojej stronie - ojciec czasem nas bił, ignorował, uważał za zło konieczne w swoim życiu).
Kilka miesięcy temu, kiedy przyjechałam do babci w odwiedziny, spotkałam u niej ojca, niewidzianego od rozwodu rodziców. Nie chcę żyć w gniewie, więc byłam uprzejma, udało nam się zamienić słowo, lecz na koniec spotkania powiedział coś, co bardzo mnie dotknęło i wyszedł. Zostałam sama z babcią, a ona wyrzuciła mi kolejne żale za rozwód i takim sposobem pokłóciłyśmy się kolejny raz przez ojca. Wkurzona wróciłam do domu i unikałam z nią kontaktu.
Jakiś czas temu zachorowała, trafiła do szpitala, złapała covid i zmarła. Mimo że miałam do niej numer, nie zadzwoniłam do niej. Wszystkim, którzy o pytają, czy udało mi się z nią porozmawiać (byłam dość blisko z babcią) powiedziałam, że próbowałam, ale nie udało mi się z nią skontaktować. Wstyd mi przyznać, że nawet nie wykonałam tego telefonu. Nie wykonałam go ze złości, nie potrafiłam się przemóc. W przeddzień jej śmierci czułam, że muszę to zrobić, bo nie zdążę. Oczywiście nie zdążyłam, ale to tylko moja wina. Jest mi wstyd.
W moim miejscu pracy miałem swoje stanowisko przy oknie sąsiadującym z zakładem karnym. Któregoś dnia przyszła moja koleżanka z pokoju obok, taka 7/10, i coś szarpała się z kserem (było lato, więc okno otwarte na oścież). Gdy pochyliła się przy kserze, wypinając się w kierunku okna, u "sąsiadów" rozległ się wrzask. Jeden odważniejszy zaczął wykrzykiwać co by z nią zrobił i na ile sposobów zaspokoił. Na co ona podeszła spokojnie do okna i zapytała:
- A kiedy wychodzisz? Bo ja o 15.
Z perspektywy znajomych mojego byłego zostawiłam go, bo zachorował. A było tak...
Facet po 25 roku życia, więc już nie gówniarz. Byliśmy zaręczeni, razem od kilku lat.
Zawsze lubił popić na imprezach, bez piwa nie było oglądania filmu, bez wina kolacji, bez wódki imprezy. Lubię czasem się napić alkoholu, ale bez przesady. Z nim było coraz gorzej. W końcu poczuł się źle, diagnoza - poważna choroba, całkowity zakaz picia alkoholu pod groźbą śmierci. Myślicie, że przestał pić? Gdy leżał w szpitalu, siedziałam przy nim dzień i noc, zawalając studia. Gotowałam lekkostrawne potrawy, kupowałam leki, woziłam na wizyty. Nie przestał pić, wręcz przeciwnie, pił coraz więcej.
Odeszłam, bo nie zamierzałam nigdy żyć z alkoholikiem, a tym bardziej z człowiekiem, dla którego wódka jest ważniejsza od zdrowia i życia. Nie miałam zamiaru wyjść za kogoś, kto za rok albo dwa zapije się na śmierć.
Jego rodzina stwierdziła, że jestem niezłą suką, bo zostawiłam chorego faceta. "On się bez ciebie rozpije" - usłyszałam. Wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam, że rozpił to się dawno temu.
Otóż, moi drodzy, zostawiłam alkoholika, który nie szanował życia...
...i bardzo mi z tym dobrze :)
Historia sprzed czterech lat.
Zatłoczony tramwaj, godziny szczytu, wszyscy się gnieżdżą i co rusz do środka wskakują kolejne osoby. Między innymi była ona - kobita ok. 60, ale nie moher, raczej elegantka z piórkiem w dupie.
Wszystkie siedzenia zajęte, więc owa pani sokolim wzrokiem omiotła cały środek komunikacji i wypatrzyła sobie jakiegoś kawalera, nie więcej niż 20 kilka lat. I podchodzi, staje tuż obok niego, i zaczyna się - stęka, sapie, wzdycha, wymuszając na chłopaku ustąpienie miejsca. W końcu on wstaje, zdobywa się na najszczerszy uśmiech, na jaki było go wtedy pewnie stać, pokazuje rękami na wolne siedzenie i mówi:
- Proszę uprzejmie, niechże sobie pani spocznie!
Kobita zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu, kiwnęła głową z wyniosłą miną i wreszcie siada. Ledwo dotknęła zadkiem siedzenia, powierciła się dwa razy, po czym oburzona i zniesmaczona mówi do niego:
- Ja na wygrzanym siadać nie będę!
Na co chłopak, nadal z promiennym uśmiechem:
- To przepraszam panią bardzo, ale dla pani wygody ja lodu w dupie nosić nie będę!
Dama oburzona wysiadła na następnym przystanku :D
Mieszkam w bloku. Niestety, ściany u nas są dość cienkie, można usłyszeć co głośniejsze dźwięki z sąsiednich mieszkań.
Pewnego dnia zostałam akurat sama w domu, korzystając z nieobecności rodziców postanowiłam dać upust swoim pragnieniom i sobie... pośpiewać. Nigdy nie miałam dobrego głosu, więc przy innych się wstydzę, ale mimo braku talentu lubię sobie czasem zrobić własny koncert. Akurat miałam chęć na piosenki z bajek Disneya, a konkretniej z "Pocahontas". Fragment "Czy wiesz czemu wilk tak wyje w księżycową noc, i czemu ryś tak zęby szczerzy rad?" upodobałam sobie wystarczająco, aby zaśpiewać go kilka razy tego wieczoru, przyznam, że straciłam panowanie nad sobą i mogło wyjść trochę głośno...
Nagle przeszkodził mi dzwonek drzwi, poszłam więc otworzyć, a tam moim oczom ukazał się mój sąsiad, dość wysoki i przystojny, dotychczas mówiliśmy sobie tylko cześć, mijając się na korytarzu. Spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, otworzył usta i spytał...
- No i czemu ten wilk tak wyje, co?
Dodaj anonimowe wyznanie