Niedawno zdiagnozowano u mnie padaczkę. Może nie wiecie, ale to nie zawsze jest taki napad jak z filmu, że drgawki i padasz na podłogę. Czasem twój mózg po prostu się wyłącza. Możesz nawet nie upaść, ale przez kilkanaście sekund lub minut cię nie ma. Masz dziury w pamięci, jesteś zagubiony. Niby niegroźne, ale wyobraź sobie, że akurat trzymasz coś gorącego lub prowadzisz samochód i wyłączasz się. Ja takie napady miałam odkąd pamiętam. Nagle odnajduję się w sytuacji, że ktoś patrzy na mnie wyczekująco, domyślam się, że coś mówiłam i ta osoba czeka, aż dokończę, ale ja nie wiem zupełnie o co chodzi.
Dlaczego się wcześniej nie zbadałam? Byłam dzieckiem. Powtarzano mi, że jestem roztrzepana, że mam głowę w chmurach i nie wiadomo co jeszcze. Karcono mnie za to. Cały czas obwiniałam siebie i tak wyrastałam. Aż z wiekiem napady nasiliły się, zrobiło się poważnie i w końcu wylądowałam w szpitalu, co rozpoczęło całą procedurę diagnozy.
Nigdy nie zapomnę miny neurologa, kiedy zapytał mnie od kiedy mam takie objawy, a ja, że odkąd pamiętam. I nikt nie zauważył? No nie.
I może nie powinnam, ale mam cholerny żal do całej rodziny i nauczycieli w szkole, którzy woleli mi wmawiać, że to mój charakter, niż zabrać mnie do lekarza. Bo może gdybym zaczęła wcześniej brać leki, to nie miałabym takich dziur w pamięci i ataki nie zrobiłyby się tak poważne. W tym momencie boję się nawet podjąć normalnej pracy, bo nie wiem, co się ze mną dzieje.
Pierwsza klasa gimnazjum. Byliśmy wtedy strasznymi gnojkami. Takimi, których z perspektywy czasu ochrzciłbym mianem gówniarzy. Broiliśmy poważnie i choć mam już swoje lata, to pamiętam niemal każdą sytuację kończącą się draką w domu. Jak to zwykle bywa, najbardziej wyryła mi się w pamięci jedna z nich. Oto ona:
W niewielkiej kawalerce mieszkałem razem z rodzicami i starszą siostrą. Dostaliśmy to mieszkanie po zmarłych dziadkach, których nie widziałem w życiu ani razu. Były mi więc obce babcine obiady i dziadkowe opowieści. Pewnego dnia po szkole wracaliśmy z chłopakami przez park. Na ławce zobaczyliśmy starszą panią, która trzęsąc się, wpatrywała się w ziemię. Rechotaliśmy się niemiłosiernie, aż w końcu jeden z nas (ten najodważniejszy) zaproponował zawody. Nazbieraliśmy szyszek, każdy po pięć. Wygrywał ten, kto trafi w babcię więcej razy. Pierwsza salwa nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Wydawała się nie zauważyć tego, że uderzyło ją kilka szyszek. Po trzeciej podniosła smutny wzrok i chciała wstać, lecz była tak słaba, że przysiadła na ławce. Do czwartej, decydującej salwy nie doszło, bo zobaczyła nas mama jednego z kolegów i zwialiśmy do domów.
Choć internet nie działał tak prężnie jak teraz, wieści dotarły do domu przede mną. Za drzwiami zastała mnie kolejna bura, szlaban i nakaz odnalezienia babci i przeproszenia za szczeniackie zachowanie. Kilka dni później spotkałem ją w parku i speszony podszedłem przeprosić. Skończyło się na kilkugodzinnej rozmowie pod bukami, którą pamiętam do dziś. Siedziałem oczarowany historiami starszej pani, na podstawie których można by napisać niejeden bestseller i nakręcić kilka kinowych przebojów. Choć wydawało się to niewiarygodne, zaprzyjaźniłem się z nią i obiecałem pomoc, choć wiedziałem, że chłopaki będą mnie wyśmiewać...
Wczoraj wieczorem wróciłem z pogrzebu wspaniałej kobiety i chociaż ''chłopaki nie płaczą'', to nie czuję żadnego wstydu pisząc, że rozpłakałem się jak nigdy w życiu.
W weekend byliśmy ze znajomymi na imprezie.
Dziś dowiedziałem się, że potrącił mnie samochód, a ja powiedziałem do kierowcy:
- Nie można jeździć po ludziach, za to grozi więzienie - i poszedłem do domu.
Mieszkam sobie w zabudowie siedliskowej na przysiółku pod lasem i z racji posiadania ćwierćwyżła sporo czasu spędzam włócząc się po okolicy.
Jest w tych spacerach coś, o czym wie tylko mój mąż, no i może jeszcze ktoś, jeśli mnie na mej działalności zdybał. Otóż zawsze mam ze sobą jakąś torbę lub plecak i zbieram wszystkie puszki, każde żelastwo i butelki po piwie, jakie po drodze odkryję. Jest tego niestety sporo, gdyż przez nasz las prowadzi szlak na pobliski szczyt z wieżą widokową, a ludzie gorsi jak świnie.
Po przyniesieniu zdobyczy do domu segreguję je pod względem materiału, z którego są zrobione i składuję w pojemnikach na podwórku. Kiedy już sporo się nazbiera, pakuję w worki i mąż zawozi je do skupu. Wszystkie uzyskane pieniądze odkładam, a kiedy suma jest już konkretniejsza, wydaję absolutnie każdy tak uzyskany grosz na zakup drzewek lub krzewów. Sadzę je na swoim terenie lub rozdaję znajomym z ogrodami. Dzięki temu i u mnie, i dookoła jest jakoś ładniej, przyjemniej i weselej. Zakupiłam już w ten sposób około 50 roślin, które cieszą nie tylko moje oko. Polecam!
PS Najdziwniejszą rzeczą jaką odkryłam w lesie była ogromniasta sofa wrzucona do głębokiego wąwozu, do którego jedynym dojściem było przedzieranie się przez mokradło, jeżyny, pokrzywy i inne cholerstwo, a najbliższe miejsce gdzie można było podjechać czymkolwiek znajdowało się jakieś dwa kilometry dalej. Ludzie, jak wam się chciało?
Moja siostra cioteczna ma córkę, jedynaczkę. Śliczną blondyneczkę z wielkimi niebieskimi oczami. Mała ma 5 lat i wszędzie jej pełno. Jak to mówią, żywe srebro. Bardzo kontaktowa, zawsze uśmiechnięta, ale ma swoje za uszami. Jeśli w okolicy jest jakieś suche drzewo, obok którego lepiej nawet nie stawać, bo się złamie, to ona będzie siedzieć na jego czubku. Nigdy nie była złośliwa, tylko raczej ciekawa. A jej piękne spojrzenie w stylu kota ze Shreka potrafiło ją wybronić nawet z najgorszej opresji. Siostra wielokrotnie mówiła, że za zamkniętymi drzwiami mała zmienia się w małego diabła i jest nie do okiełznania, ale patrzyłam na to przez pryzmat standardowego narzekania matek. Do dnia mojego ślubu.
Ślub był w zeszłym roku w okresie największych upałów. Stoimy w kościele, ceremonia trwa, ze wszystkich spływają stróżki potu. Dzieci jak to zazwyczaj nudziły się i przechadzały/biegały po kościele, ale były cicho, więc niespecjalnie zwracałam na nie uwagę. Aż mój ukochany aniołek wpadł na genialny pomysł. Będzie biegać od drzwi kościoła do ołtarza i z powrotem. Ludzie zaczęli się oglądać, my jako państwo młodzi spadliśmy kompletnie na drugi plan, ja coraz bardziej czerwienieję z upału i ze złości i czekam na jakąkolwiek reakcję rodziców. Ale nic. Więc dziecko, jak to dziecko, przesuwa granicę.
Miałam długi tren i jeszcze dłuższy welon. Więc zaczęła zaglądać pod suknię. Najpierw tylko trochę, potem prawie mi weszła pod spódnicę. Zwróciłam jej uwagę, ale to nic nie dało. Zabrała mój bukiet i zaczęła się nim bawić. Po prostu biegała, oskubując kwiatki (wg matki: chciała być druhenką).
Ale gwóźdź programu dopiero przed nami. W czasie przysięgi, gdy mieliśmy dłonie obwiązane stułą, zaczęła ją po prostu bezceremonialnie szarpać. Ja popłakałam się nie ze wzruszenia, tylko ze złości. Jakiekolwiek upomnienia kompletnie nie zdawały egzaminu. Ze stuły przerzuciła się na welon i wyrwała mi go z włosów, rujnując przy okazji fryzurę.
Mój brat nie wytrzymał i ją wyprowadził z kościoła. Rodzice dziecka wybiegli za nim. Do końca ceremonii słychać było krzyki z dworu. Siostra cioteczna się darła, że to jej sprawa jak wychowuje dziecko, mój brat uspokajał ją, dzieciak oczywiście w bek.
Ja też przepłakałam do końca mszy. Próbowałam się uspokoić, ale nie bardzo mi wyszło. Na zdjęciach z wychodzenia z kościoła widać głównie moją czerwoną zapłakaną twarz, fryzurę jakby piorun strzelił w marchewkę i smutne łodygi, które zostały z pięknych białych róż.
A jeżeli się zastanawiacie, czy matka jakkolwiek przeprosiła, to nie. Zamiast życzeń otrzymałam informację, że na weselu się nie pojawią, bo tłamszę im dziecko. I dobrze. Krzyż na drogę.
W ten sposób mój najpiękniejszy dzień zmienił się w piekło dzięki małemu aniołkowi. Niech szlag trafi wszystkich bezstresowych rodziców.
Od dłuższego czasu nie widzę sensu życia. Nie interesuje mnie zakładanie rodziny, nie mam żadnych pasji, celów w życiu ani marzeń. Życie to szkoła, praca, dom, a potem emerytura. Musisz pracować, żeby mieć pieniądze, za które kupujesz produkty niezbędne do życia, opłacasz mieszkanie itd. Na swojej drodze spotykasz ludzi, mniej lub bardziej denerwujących. Ja jestem typem samotnika - aspołecznego introwertyka, a kontakty z innymi wolę ograniczać do minimum. Nie mam jednak barier komunikacyjnych, czasem z grzeczności mogę porozmawiać z nieznajomym, jeżeli mnie zaczepi. Czasem potrafię się nie odzywać do kogoś dość długo, szczególnie jeżeli dzieli nas jakiś dystans, nie mamy szansy spotkać się twarzą w twarz. Bo nie lubię rozmawiać ze znajomymi za pomocą komunikacji pośredniej. Poza tym często wychodzą z tego jakieś niedomówienia. Staram się jednak ograniczać kontakty międzyludzkie do potrzebnego minimum, ponieważ nie odczuwam zbyt dużej potrzeby przebywania w czyimś towarzystwie. I tak mam czasem problemy z oddawaniem emocji, często gdzieś są w środku, ale ich po mnie nie widać. Poza tym potrafię też odpłynąć w świat swoich chaotycznych myśli, albo po prostu się zawiesić.
W towarzystwie nie odzywam się, jeżeli nie widzę takiej potrzeby, szczególnie jeżeli dyskusja jest na poziomie jednego wielkiego dna. Poza tym, jeżeli nie robię żadnych min, a "twarz pozostaje w spoczynku", to wyglądam na smutną, zmęczoną. Stąd też ludzie twierdzą, że jestem nieśmiała, poważna, małomówna. Niektórzy znajomi na siłę poznawali mnie z innymi. Zdarzało się, że rzucali mnie na głęboką wodę, mówiąc, że na spotkaniu będzie tylko jedna osoba, a potem okazywało się, że to impreza z ludźmi, którzy a) mnie irytują b) są mi całkiem obcy lub c) jedno i drugie. Niektórzy także próbowali mnie z kimś zeswatać. Ja nie odczuwam potrzeby tworzenia związku, tym bardziej że po przebywaniu z kimś zbyt długo, ta osoba mnie irytuje - mam jej dość. Tak, z rodzicami jest to samo, stąd też często odburkiwałam im jakieś odpowiedzi, więcej czasu spędzając u siebie w pokoju. Nawet się zastanawiam, co to znaczy kochać i czy ja to potrafię.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam depresję. Potrafię się cieszyć z życia - światem przyrody, chociaż i nawet on mnie irytuje. Od dziecka mam słomiany zapał do wszystkiego. Myślę sobie, to jest fajne, będzie teraz moim hobby, po czym zostaje i tak porzucone. Nie mam żadnych talentów ani specjalnych umiejętności. Z moją niezdarnością i lekkim roztrzepaniem (i zamyśleniem), często przydarzają mi się żenujące sytuacje lub zdarza mi się coś popsuć. Znajomi się z tego śmieją, a i ja razem z nimi. Udaje mi się poprawić innym humor, pomimo tego, że preferuję bycie odludkiem. Ostatnio jednak oczekują ode mnie zbyt wiele, a ja po prostu nie mam na nic chęci i zastanawiam się, po co się urodziłam.
Zeszłego lata przepracowałem wakacje w jednym z malowniczych, szkockich miasteczek. Miasteczko to, jak zresztą wiele na wyspach, dotknięte jest plagą śniadych panów, którzy znani są ze swojej miłości do zwierząt (zwłaszcza kóz), pracowitości (w pobieraniu zasiłków) i jeszcze paru innych szlachetnych zajęć, które często się nadają na pierwsze strony gazet, ale z jakiegoś powodu nie tak łatwo się ich doszukać (podobno zarówno dziennikarze, jak i wydawcy nie chcą zostać oskarżeni o rasizm. Dziwne, nie?).
Jednak to miasto nie zatraciło jeszcze swojej dumy i charakteru, o czym miałem szansę się na własne oczy przekonać.
Wracając o godzinie 22 ze swojej zmiany, byłem świadkiem sytuacji, gdzie grupa wyżej opisanych przeze mnie młodych panów (spora grupa, dobre 10-12 osób), zaczęła dosyć agresywnie zaczepiać parę miejscowych dziewczyn, które gdzieś zmierzały przez miasto. Zebrali się wokół nich i zaczęli coś pokrzykiwać. Mówię nieźle po angielsku, ale dla mnie to brzmiało, jakby charczeli i warczeli. Zacząłem delikatnie udawać się w tamtym kierunku, aczkolwiek nie ukrywam, że nie miałem zamiaru wskoczyć na ratunek, niczym rycerz na śnieżnobiałym rumaku, tylko po to, żeby dostać dwie kosy pod żebro i zejść zapomniany na chodniku, z małą wzmianką w pojutrzejszej gazecie (pewnie "agresywny Polak zadźgany w bójce", gdzieś w okolicach ostatniej strony).
Aż tu nagle, w krótkiej chwili wydarzyło się coś absolutnie niebywałego.
Dwójka młodych Szkotów, która paliła sobie przed barem nieopodal, zaczęła krzyczeć w stronę napastników (ciężko to zacytować, bo to jakaś portowa odmiana szkockiego i to chyba nawet nie stało obok angielskiego) coś w rodzaju 'eyy yaar wankers! leave 'is guurrls alone' po czym jeden od razu ruszył w ich stronę (jeden na ponad 10 gości), a drugi wpadł do pubu i krzyknął 'mates, therree some guys outside tryin to rape arrr girls!!' I to, co się wtedy wydarzyło, utknęło mi w pamięci na zawsze.
Z baru wypadła (i wytoczyła się, bo niektórzy, pomimo młodej godziny, wcześnie zaczynali) grupa chyba ze czterdziestu facetów (przedział wiekowy mniej więcej 20-70 lat), z krzesłami, kijami bilardowymi, butelkami, kuflami i czymkolwiek ciężkim, co im wpadło w ręce. Zaraz za nimi wypadło jeszcze kilka kobiet, ale wtedy faceci przystąpili już do pełnej szarży na wroga. Oglądaliście "Braveheart"? Jak Mel Gibson leciał ze swoją bandą rozdupić Anglików? To wyglądało mniej więcej tak samo, tylko inna broń i nie mieli pomalowanych twarzy. Krzyczeli jakieś kompletnie mi obce bluzgi, które brzmiały jakby rzucali klątwy. Ten chłopak sprzed pubu, który jako pierwszy pobiegł w stronę napastników, właśnie upadał przytłoczony przewagą, dalej machając rękami jak szalony i musiał się nieźle zdziwić, gdy nagle przeciwnicy zamiast go kopać, zaczęli spierdzielać gdzie pieprz rośnie. Piękne.
Mieszkam z tatą. Mam 18 lat. Około tydzień temu powiedziałam mu, że mam ochotę na krupnik, na co odpowiedział, że będzie w piątek.
Szczęśliwa przychodzę ze szkoły i co widzę? 0,7 krupnika i karteczkę "Baw się dobrze, zostawiam ci wolną chatę :*".
PS Miałam ochotę na zupę :D
Poligon w połowie listopada. Pierwszy w tym roku przymrozek, szron na trawie. Gdzieś tak 3-4 stopnie na minusie.
Dowódca plutonu podał temat zajęć, omówił wszystkie czynności, itd. Miał przejść do podania "warunków bezpieczeństwa". Zwykle to standard - zakaz celowania do ludzi i sprzętu, zakaz przeładowywania broni bez komendy, rozkładania broni itd. Ale nie tym razem.
"Podaję warunki bezpieczeństwa! Kategorycznie zabraniam dotykania językiem metalowych elementów broni!".
Miło, jak dowódca wierzy w inteligencję swoich żołnierzy...
Opowiem Wam o tym, jak czasem nawet 7-letni, szczęśliwy związek można zniszczyć w ciągu 15 minut.
Z Tomkiem poznałam się na pierwszym roku studiów. Był trzy lata starszy, przystojny, inteligentny, z poczuciem humoru, które doprowadzało mnie do łez. Miły, dobry facet, który dostając awans na kierownika działu, po 6 latach związku zmienił się w chama, prostaka, osobę, z którą ciężko mi było przebywać wśród znajomych z powodu jego ciągłego wywyższania się. Pewnego dnia został zwolniony, a po kilku tygodniach ja awansowałam w pracy i nastąpiło to:
- Kierowniczka. Proszę cię. He, he.
- O co ci chodzi?
- Cieszysz się, jakbyś nie wiadomo co osiągnęła.
- Bo osiągnęłam?! Gdy ty dostałeś awans, otwieraliśmy szampana. W czym mój sukces jest gorszy od twojego?
- Ta. Dadzą ci kilka tysięcy, a ty będziesz się cieszyć jak niepełnosprawna.
- Że co proszę? Nie zagalopowałeś się trochę?
- Prawda jest taka, że gdyby nie ja, nie osiągnęłabyś nic. A teraz jeszcze cieszysz się nie wiadomo z czego. Masz przełożonych debili. Zorientują się, że niepotrzebnie cię wybrali, jak tylko coś spieprzysz.
Po tych słowach już nie wytrzymałam. Wykrzyczałam mu:
- To nie jest moja wina, że cię wylali, więc nie wyżywaj się teraz na mnie, bo sobie nie zasłużyłam! Doskonale wiesz, że na wszystko zapracowałam sama. Nie skończyłeś za mnie studiów, nie nauczyłeś się języków i nie znalazłeś mi pracy! Wszystko zrobiłam sama i nie wydaje mi się, żeby zostanie kierownikiem nie było powodem do radości! Tobie jedyne co mogę przyznać to to, że mnie wspierałeś, ale na pewno to jak wygląda moja kariera zawodowa nie jest twoją zasługą! Teraz jesteś wielce oburzony, że cię wywalili. Bycie kierownikiem nie uprawnia cię do darcia mordy na ludzi i grożenia zwolnieniem, jeśli nie zostaną po godzinach. Jedyne co teraz umiesz robić, to siedzieć na kanapie i żłopać piwsko, zamiast szukać...
Tu mi przerwał. Uderzeniem. Sytuacja skończyła się tak, że z podbitym okiem próbowałam złapać oddech i odsunąć od siebie jego ręce, które ściskały moją szyję. Nigdy nie widziałam w jego oczach tyle nienawiści, a jeszcze pół roku wcześniej te same oczy patrzyły na mnie pełne miłości i czekały, aż powiem „tak”.
Gdy w końcu otrzeźwiał i mnie puścił, wybiegłam z domu. Zrobiłam obdukcję. Tak na wszelki wypadek. Jak się okazuje, nie znam tego człowieka i nie mam pojęcia, do czego jeszcze jest zdolny.
Tego samego dnia pierwszy raz zapłaciłam lekarzowi za wypisanie zwolnienia lekarskiego, bo żadne fluidy, pudry i korektory nie były w stanie zakryć tego siniaka.
Wyprowadziłam się od niego dwa dni po tej sytuacji. W asyście dwóch przyjaciółek.
Reakcja niektórych osób z mojego otoczenia (w tym rodziny)?
„Uderzył cię tylko raz. Nie rób z siebie takiej księżniczki”.
„No a ślub? Przecież już rezerwowaliście salę? Nie szkoda ci kasy?”
Nie szkoda.
Dodaj anonimowe wyznanie