Jakieś pół roku temu przeprowadziłam się na wieś. Sąsiedzi znają mnie tylko z widzenia, ale dla mieszkających w pobliżu dzieciaków jestem bohaterką. Dlaczego?
Ponieważ codziennie widują mnie jak wędruję do i z pracy. W ciężkich butach roboczych, którymi można by mury burzyć (jak twierdzą dzieciaki). W ubraniu ochronnym z ogromem kieszeni, z których wystają śrubokręty, kombinerki, imbusy, rękawice, mentosy i inne tałatajstwo. Do tego czasem trafi się jakiś młotek, łom, maska pyłowa czy gogle ochronne. I pewnie pomaga również to, że czasem coś małolatom naprawię. No naprawdę jaki pięciolatek nie chciałby nosić takich bajeranckich rzeczy i być w stanie naprawić samochodziki na baterie?
Jednakże niedawno przypadło mi kilka dni urlopu, więc zrobiłam to co każda kobieta w mojej sytuacji by chętnie zrobiła. Przez cały dzień paradowałam w starych, wyciągniętych różowych dresach i kłapiących kapciach emu. Wyszpachlowałam twarz maseczką, na włosy nałożyłam jakąś odżywkę... I przypomniałam sobie w tym momencie, że natychmiast muszę wystawić śmietnik, bo jak nie zdążę teraz, to następna wywózka za dwa tygodnie.
No to dalej, wybiegłam jak stałam, wywlekłam zielony pojemnik na chodnik i... i ujrzałam te zszokowane twarzyczki. Widniał na nich ten sam wyraz zaskoczenia, jak w momencie, w którym dziecko odkrywa, że nauczyciele nie mieszkają w szkole. Dziadkowie byli kiedyś młodzi. Święty Mikołaj nie istnieje. A mechanik z sąsiedztwa nie jest zrośnięty ze strojem roboczym, tylko jest normalnym człowiekiem!
A kiedy pierwszy szok minął, usłyszałam jeszcze tylko ciche:
- To... pan... pani jest kobietą?!
Otarliście się kiedyś o śmierć tak blisko, że jej stęchły oddech połaskotał was po karku? Kiedyś, jeżdżąc sobie po Peru, zachciałem zobaczyć słynne linie z Nazca – to leciwe geoglify pokrywające jedną z pustyń na zachodzie kraju. Aby je zobaczyć, można skorzystać z prymitywnych konstrukcji służących za wieże widokowe, albo skorzystać z usług lokalnego lotniska. Dziesięć lat temu startowały stamtąd stare, kilkuosobowe, rozklekotane samoloty. Ogorzały pilot kalkulował sobie „na oko” ile benzyny trzeba zalać i zabierał ekipę na pokład maszyny, która od kilku dekad powinna dokonywać żywota na jakimś peruwiańskim złomowisku. Czasem dochodziło do awarii, czasem kończyło się paliwo… Na szczęście niedaleko znajdowała się Panamericana – długa droga ciągnąca się przez całe południowoamerykańskie wybrzeże, więc w razie kłopotów samoloty lądowały na asfalcie. Nie zawsze jednak miały na to szansę.
Na lotnisku nie było nic poza pasem startowym i budą służącą za lotnisko, stragan z pamiątkami oraz kiosk z czipsami i colą. Zmęczony upiornym upałem i klimatem tak suchym, że byłem już o krok od mumifikacji za życia, poczłapałem do wspomnianej budy po jakiś napój. Wówczas to jak na złość zjawił się pilot samolotu, którym miałem lecieć. Korzystając z zamieszania i mojej chwilowej nieobecności, jakiś facet wcisnął się na moje miejsce. Kiedy wychodziłem z budynku sącząc gazowany płynny ulepek, zobaczyłem wzbijającą się Cessnę. Napój kosztował mnie pół godziny czekania na moją kolej i, jak się wkrótce okazało – była to doprawdy niska cena za uratowanie mi życia. Samolot rozbił się dziesięć minut później. Wszyscy zginęli.
Nawet nie wiecie, jak bardzo dziękuję losowi, że pragnienie wygrało wówczas z moją silną wolą. Mógłbym dziś nie pisać tych słów.
Gdy mój mąż mnie bił, rodzina mówiła, że przesadzam, mogłam sprowokować i powinnam bardziej się starać.
Gdy dzwoniłam zapłakana do matki, opowiadając jak mój mąż znęca się nade mną psychicznie, usłyszałam, że on biedny, robi co może, żeby mnie jakoś ustawić.
Gdy przez stres poroniłam ciążę, usłyszałam od wszystkich najbliższych z rodziny, że co ze mnie za kobieta i jak mogłam być taką egoistka i stresować się, wiedząc, że jestem w ciąży.
Gdy odeszłam do innego mężczyzny, na odchodne dostałam od ojca w twarz i liczne obelgi oraz zarzuty, że jestem niewierną k*rwą i wstyd im, że mają córkę, która zamiast rodzić dzieci i być oddana mężowi, wymyśla sobie jakieś rozwody i pozwy.
Od 3 lat nie mam już kontaktu z rodziną, były mąż dostał wyrok za znęcanie się. Obecnie jestem zaręczona ze wspaniałym mężczyzną, który jako jeden jedyny zawsze na pierwszym miejscu stawia moje dobro, a nie jaki obiad ugotowałam bądź czy stosownie się ubieram.
A co do rodziców, to nie chcę ich więcej widzieć na oczy. Nie mogę tego pojąć, jak pozornie wspaniali ludzie, wpłacający duże sumy na organizacje charytatywne, pobożni katolicy, zawsze w pierwszych ławkach kościelnych, z perfekcyjną opinią, gdy tylko przekraczali próg domu, stawali się potworami.
I taki anonimowy smaczek na koniec - ciążę poroniłam celowo. Stres po prostu pomógł.
Ostatnio miałem taką sytuację, że wylądowałem w szpitalu. Ogólnie nic poważnego, ale czekała mnie operacja laryngologiczna, głównie nos i zatoki. Przyjęty zostałem w sobotę, w poniedziałek miałem mieć zabieg, wszystko spoko, na sali jeszcze było 2 starszych panów. W poniedziałek po zabiegu wróciłem na salę, pół twarzy w opatrunkach, nos boli jak cholera, innymi słowy obraz nędzy i rozpaczy. Co ciekawe, na sali byłem sam, panowie zostali przeniesieni na jakiś inny oddział czy coś w tym stylu.
Noc z poniedziałku na wtorek była jednym z gorszych przeżyć, jakie doświadczyłem w życiu. We wtorek do mnie do sali dorzucili kilku facetów, którzy we środę mieli być krojeni. Co ważne, w środę miałem dostać też wypis ze szpitala. Wśród tych nowych był chłopak, kilka lat starszy ode mnie, około 26 lat miał. Przyjechał z dziewczyną, to, że była nadopiekuńcza, to mało powiedziane, włączył jej się syndrom mamusi. Typkowi to nie przeszkadzało, ale widać było, że momentami ma jej dosyć. Kiedy tylko dziewczyna dawała mu chwilę spokoju, próbował z nami nawiązać rozmowę.
Pogadałem sobie z nim trochę, jako że mieliśmy najbliżej do siebie, łóżka stały jedno obok drugiego. Luźne tematy w stylu co studiujesz, skąd jesteś, jaką operację miałeś etc. Niechcący podczas tych rozmów wygadałem się, że nie mogę się śmiać, że nawet lekki uśmiech powoduje u mnie ból.
Typek wziął to sobie do serca i bez przerwy próbował mnie rozśmieszyć, opowiadał dowcipy, pokazywał mi śmieszne obrazki z internetu, ogółem starał się jak mógł. Szło mu to opornie, nie powiem, nie ze względu na to, że nie było śmieszne, tylko ze względu na to, że mi nie było do śmiechu ani trochę.
Tak minął wtorek, w środę ja mam być wypisany około 11, a on miał mieć zabieg jakoś o 10. Pobudka o 6, jak to w szpitalach, pielęgniarka weszła, huknęła drzwiami i zaczęła mierzyć wszystkim temperaturę. Chwilę później, bo po obchodzie, czyli około 8, przyszła dziewczyna typka, usiadła obok niego i znowu zaczęła mamusiować.
Nagle zadzwonił do niego telefon, typek przez jakieś dwie minuty rozmowy mówił tylko "No nie gadaj", "No nie mów", "Ej, stary, no weź nie gadaj" i w ten deseń cały czas. Skończył rozmawiać, dziewczyna pyta się go kto dzwonił, a on ze śmiertelną powagą patrząc mi w oczy rzucił "Nie powiedział".
Jak parsknąłem śmiechem, to pielęgniarka musiała mi cały opatrunek zmieniać, bo tak szybko przesiąkał krwią, typek był szczęśliwy jakby ktoś ogłosił wcześniejszą gwiazdkę, a jego dziewczyna zgorszona tą dziecinadą wstała i wyszła.
Ogólnie to jeśli to czytasz, mordo, to wiedz, że śmieję się z tego już cały tydzień :D
Moja mama ma tendencje do dawania mi czystej bielizny z prania nawet wtedy, kiedy siedzą u mnie znajomi. Po prostu wchodzi, kładzie sobie to gdzieś na widoku i wychodzi. Więc dzisiaj ją poprosiłam, żeby tego nie robiła, bo nie chcę, żeby wszyscy widzieli jakie majtki noszę...
No i siedzą u mnie znajomi, moja mama otwiera drzwi, tak się przechyla, robi śmieszną minę jak to ona i mówi z uśmieszkiem, śpiewnym tonem:
- NIE MAM BIELIIIIZNY!
...Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak to zabrzmiało.
Każdy kiedyś stracił miłość. Po tym zdaniu pewnie każdy pomyśli "następna historia, gdzie jakiś nastolatek wyżala się, że dziewczyna go rzuciła". Jednak jesteście w błędzie i wyznanie nie będzie o dziewczynie.
Zacznę od roku 1994, kiedy moja mama studiowała i niefortunnie zaszła w ciążę. Studia, pierwszy rok, wiadomo - niełatwo. Jednak pojawiła się moja babcia - kobieta o złotym sercu. Namówiła moją mamę, aby mnie urodziła. Przez okres studiów rodzicielki wychowywała mnie babcia. Dzięki niej nauczyłem się wielu rzeczy. Traktowałem ją jak matkę.
Kiedy zbliżała się matura i miałem problem, zawsze mogłem jej zadawać pytania. Miałem nawet iść z nią na studniówkę, ale powiedziała, że jestem szalony i żebym nigdzie starej kobiety nie zabierał.
Kobieta, której zawdzięczam wszystko, zmarła wczoraj w nocy. Kiedy przyszedłem dzisiaj rano z zakupami do jej domu, znalazłem ją "śpiącą" w łóżku.
Zawsze będę miał przed oczami jej najpiękniejszy na świecie uśmiech.
Gdy miałem jakieś 16-17 lat, postanowiłem wziąć się w garść, zrzucić brzuszek i zacząć ćwiczyć. Piękne plany, zacząłem od diety i wiadomo, ćwiczeń. Moim postanowieniem było podciąganie się na drążku. Za każdym razem, kiedy spacerowałem z psem, mijałem pozostałości po huśtawce i na tym starałem się podciągać. Byłem nieugięty i nawet w zimę nie odpuszczałem.
Tak więc pewnego bardzo mroźnego wieczoru podskakuję, chwytam się drążka, robię dwa powtórzenia i... coś jest nie tak. Nagie ręce przymarzły mi do metalowej rury.
Wisiałem tam dobre 15 minut, nie wiedząc co zrobić i śmiejąc się pod nosem z własnej głupoty.
Dziękuję, sąsiedzie, że mnie uratowałeś i pomogłeś się uwolnić, ale dalej domagam się zniszczenia zdjęcia, które wtedy zrobiłeś :D
PS. Dalej jestem gruby.
Od trzech miesięcy spotykałam się z pewnym mężczyzną. Było miło, przyjemnie, sympatycznie, jakieś tam obietnice, nadzieje... Oboje dość zapracowani, więc spotykaliśmy się jeden do trzech razy w tygodniu. Czasem na całą noc, czasem po prostu, tak o.
Zakochałam się, on twierdził, że też, ale że musi parę spraw poukładać i będzie cacy.
Dzisiaj dostałam wiadomość, że to koniec, że nic z tego nie będzie, że jego żona się dowiedziała... A ja nic o żonie nie wiedziałam, ku#wa mać!
Mało tego, żonka do mnie dzwoniła. Pytała, czy on mi obiecywał coś w stylu, że się z nią rozwiedzie. Odpowiedziałam, że ja nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, się zdziwiła biedna.
Przeprosiłam. Powiedziałam, że nic nie wiedziałam. Że gdybym wiedziała, tobym w życiu się z nim nie umówiła.
Kur#a mać... Nawet nie pytajcie, jak się czuję. Bo jak krowa potrącona przez pociąg, to za mało powiedziane.
Nie sądziłam, że jeszcze będę mieć w życiu takie doświadczenie. Jak już przetrawiłam rozwód z powodu zdrady męża i chciałam się z kimś zacząć spotykać, to się okazało, że nieświadomie byłam kochanką :(
Jestem ucieleśnieniem wszystkich żartów o „babie za kierownicą”. Jeżdżę ślimaczym tempem (lepiej tak niż łamać przepisy!), mam wolny refleks, no i nie umiem parkować (ostatnio jacyś chłopcy nagrywali komórkami moje wysiłki na parkingu, więc możliwe, że jestem już memem). Założę się, że znacie takie przypadki jak ja, ale jestem też pewna, że żadna z waszych koleżanek nie może pochwalić się tak szalonym wyczynem, jak potrącenie... samej siebie.
Mnie się to udało. Dzisiaj. Zapomniałam zaciągnąć ręczny hamulec i samochód stoczył się wprost na mnie, gdy tylko otworzyłam bagażnik, aby wyładować zakupy.
Moja prababcia była wielką zwolenniczką medycyny naturalnej. Kiedy byłam chora, zawsze leczyła mnie domowymi sposobami, do lekarza trafiałam od wielkiego dzwonu, gdy już nic nie pomagało.
I chwała jej za to - dziś jako dorosła osoba również nie jestem zwolennikiem faszerowania się antybiotykami. Jednak jedna z jej kuracji zakończyła się dla mnie przypałem życia.
Otóż będąc już w gimnazjum, zachorowałam na zapalenie ucha. Bolało jak diabli. Nie pomogły żadne gorące okłady i już się wybierałam po skierowanie do laryngologa, gdy prababcia przypomniała sobie o istnieniu takiego doniczkowego kwiatka, który ogólnie śmierdział i był brzydki, ale ponoć ucho wyleczyć miał jak żaden lek.
Babcia znalazła ową roślinkę u którejś sąsiadki i napchała mi do ucha na noc.
Zadziałało! Obudziłam się na poduszce mokrej i śmierdzącej od ropy i innych cieczy, które wylały mi się z ucha, ale ból zniknął jak ręką odjął! Wygrzebałam więc z ucha resztki roślinki i radowałam się powrotem do zdrowia!
Problem pojawił się jakiś rok później. Ucho zaczęło boleć ze zdwojoną siłą, a niestety prababci zmarło się w międzyczasie i nie miałam pojęcia gdzie szukać uzdrawiającego kwiatka.
Musiałam udać się do lekarza i nigdy nie zapomnę miny pani laryngolog, która oznajmiła mi, że w uchu powstała jakaś dziwna narośl, której pochodzenie ciężko jej określić. Trzeba było więc zrobić prześwietlenie - pochodzenie guza nadal nieznane. I w końcu zabieg.
Co się okazało? Guz w moim uchu okazał się być... niezidentyfikowaną tkanką roślinną, która przyrosła do ucha wraz z nowymi warstwami naskórka.
Tak, to musiała być część owych leczniczych liści, której jakimś sposobem nie udało mi się wydostać z ucha.
Oczywiście pytana przez lekarzy stanowczo zaprzeczyłam, abym kiedykolwiek wpychała jakieś rośliny do uszu. Tłumaczyłam, że musiał to być jeden z dowcipów podczas "zielonej nocy" na obozie, na którym nigdy nie byłam.
Babciu, mimo wszystko mi Ciebie brakuje! :)
Dodaj anonimowe wyznanie