#0cAO3

Jak byłam mała, mama zabrała mnie do kina na mój pierwszy w życiu film w 3D :) Była to dla mnie nowość, bardzo to przeżywałam, nie potrafiłam sobie wyobrazić jak to jest zobaczyć na tym wielkim ekranie trójwymiarowy obraz.

Do sali kinowej weszłam niezwykle przejęta, wniebowzięta i z szerokim uśmiechem spod znaku "łaaaał" :) Film był animowany i - jako że był to okres przedświąteczny - opowiadał o Świętym Mikołaju; niestety fabuły już zupełnie nie pamiętam.

Pamiętam za to doskonale scenę, w której ów Święty Mikołaj - obiekt uwielbienia wielu małych dzieci, w tym i także mój - przechadzał się po swoim pokoju i na głos sporządzał listę niegrzecznych dzieci, którym w tym roku podaruje rózgi. Więc po kolei wyliczał, że niegrzeczny był ten, ten, ten i... nagle - z podstępnym, okrutnym (tak zapamiętał to mózg małej dziewczynki) uśmiechem - powiedział, a właściwie krzyknął: "i wiem kto jeszcze był niegrzeczny!". Z tym swoim uśmieszkiem zaczął wodzić palcem po ekranie i - o, moje nieszczęście - wskazał na mnie i znów krzyknął: ... "TY!".

Zdębiałam. Ale jak to JA? Dlaczego? Przecież byłam grzeczna... Oczywiście natychmiast zrobiło mi się niemiłosiernie wstyd. Wiecie... wyobraźcie sobie: małe, wierzące w Świętego Mikołaja dziecko w obecności całego tłumu słyszy, że zostaje przez niego wytknięte, że było niegrzeczne i że nie dostanie prezentu. Dyskretnie - nadal paląc się ze wstydu - rozejrzałam się wokół, żeby sprawdzić, czy ktoś widział, że chodziło o mnie. Stwierdziłam, że tak - że wszyscy widzieli. I wszyscy wiedzą.
Czułam się strasznie! Schowałam się głębiej w fotel. Marzyłam, żeby film ("bajka") - na który przyszłam tak rozanielona - w końcu się skończył. Zaklinałam los, żeby jakimś cudem w kinie zabrakło prądu, bym mogła niepostrzeżenie, niezauważona wymknąć się na zewnątrz, unikając spojrzeń ludzi, którzy na pewno chcą zobaczyć twarz tej niegrzecznej dziewczynki, wyklętej przez Świętego Mikołaja...

Gdy wracałyśmy z mamą do domu, milczałam jak zaklęta. Udawałam, że nic się nie stało, że to nie ja. Chciałam wierzyć, że moja mama nie kapnęła się, że Mikołajowi chodziło o jej ukochaną córkę...

Nie wiedziałam, że każde dziecko zobaczyło - i pewnie przeżywało - to samo co ja.

#2TsBZ

Kiedy miałam jakieś 10 lat, mój ojciec alkoholik wymyślił głupi żart. Policja nazwała to żartem makabrycznym. Mianowicie położył się w kuchni na podłodze, z jego klatki piersiowej płynęła krew, obok leżał zakrwawiony nóż i list pożegnalny, który zauważyłyśmy dużo później.

Grałam z siostrą na komputerze, on zaczął nas wołać, że umiera i żeby zawołać mamę, która była w pracy (często tak krzyczał jak dużo wypił, więc nie zwracałyśmy uwagi). W końcu do niego poszłam, żeby się odczepił.
Wiadomo, zaczęłam krzyczeć, płakać. Starsza siostra zadzwoniła po mamę i karetkę. Przyjechała policja.
Okazało się, że to była krew zabitej świni.
W psychice ten widok pozostanie na zawsze.

Kilka lat później ojciec umarł. Zapił się. Różnie mnie ocenicie, ale to była dla mnie dobra wiadomość. Koniec piekła.
Jak to rodzina, na pogrzebie siedziałam za trumną. Przez całą uroczystość płakałam. Nie, nie było mi smutno. Zanosiłam się szlochem, bo cały czas myślałam, że wyjdzie z trumny i powie "żartowałem". Jak kiedyś.

#J9jgw

Moich 18. urodzin nie wspominam zbyt dobrze, ale jednym z niewielu plusów było to, że do moich oszczędności doszła spora sumka pieniędzy.

Postanowiłam się trochę rozerwać, odbić sobie nieudaną imprezę i poleciałam na wagary do Paryża, a dokładniej bawiłam się w Disneylandzie. Nikt się nie zorientował, co odwaliłam, bo powiedziałam rodzicom, że idę spać do koleżanki (w nocy miałam odlot), a następnego dnia od pierwszej godziny lekcyjnej były lekcje, zajęcia dodatkowe kończyłam o dwudziestej, więc zdążyłam wrócić do domu. Zwolnienie sobie sama napisałam (jeszcze nie było elektronicznych dzienników itp.).

Pierwszy raz poczułam się wtedy pełnoletnia i wolna. Może jedynie niezbyt dojrzała, ale żyje się tylko raz.

#kW3Wi

Rzadko kiedy mogę powiedzieć, że jestem z siebie szczególnie dumny. No ale wczoraj to, przyznaję, zrobiłem naprawdę dobry uczynek i mogę rzec, że dałbym sobie za to medal.

Miałem urodziny i wieczór spędziłem w towarzystwie najbliższych przyjaciół. Jeden z nich nie zdążył mi kupić prezentu, więc wręczył w moje ręce kopertę z banknotem stuzłotowym, mówiąc „Wydaj te pieniądze tak, abyś był szczęśliwy”.
Skończyliśmy imprezowanie koło pierwszej w nocy i zamówiłem Ubera. Przyjechał młody gość, który mówił jedynie po angielsku. Zauważyłem, że miał opuchnięty łuk brwiowy i podczas jazdy przykładał w to miejsce puszkę z jakimś zimnym napojem. Zapytałem, co się stało. Okazało się, że facet jest w Polsce od dosłownie kilku dni, pochodzi z jednego z krajów na wschodzie Europy i właśnie zaczął swoją przygodę z Uberem. Jak na złość trafił mu się pechowy kurs. Zabrał dwóch podpitych typów. Jeden z nich, najwyraźniej chcąc spełnić swój „patriotyczny” obowiązek, po zakończeniu podróży z dużą siłą trzasnął kierowcę pięścią w twarz.

Oczywiście chłopak zgłosił sprawę gdzie trzeba, ale widać było po nim, że czuje się mocno przytłoczony tą sytuacją. Powiedziałem mu, że miał po prostu pecha i że raczej jesteśmy gościnnym narodem, no ale cóż – w każdym narodzie trafiają się podludzie i troglodyci.

Kiedy podjechaliśmy pod dom zorientowałem się, że parę dni wcześniej przełączyłem uberowe płatności na transakcje gotówkowe, więc w przypływie impulsu wyciągnąłem z kieszeni mój prezent i wręczając kierowcy stuzłotowy banknot powiedziałem: „Nie wydawaj mi reszty. Wracaj do domu. Odpocznij. Nie chciałbym, abyś przez tę sytuację miał zepsuty wieczór”. Zostawiłem go z rozdziawioną buzią i radością w oczach.

Idąc w stronę mojej klatki szczerzyłem się do siebie jak głupi. Prośba mojego kumpla została spełniona zgodnie z jego życzeniem, a nawet jeszcze sumienniej! Wydałem te pieniądze w taki sposób, że sprawiłem szczęście sobie i potrzebującemu wsparcia bliźniemu.

#QOBtC

​Historia sprzed paru lat.

Kiedyś mieszkałem w małej miejscowości, wiecie – wszyscy wszystkich znają.
Pracowałem w starostwie powiatowym przy wydawaniu pozwoleń na budowę. Dojeżdżałem komunikacją publiczną aż do momentu, kiedy kupiłem od swojego brata samochód.
Pewnego dnia jechałem samochodem do pracy. Dzień zaczynał się jak każdy inny, standard. Ale nie tym razem. W trakcie mojej jazdy zauważyłem stojący na poboczu radiowóz i wychodzącego z niego policjanta, który wchodzi na drogę i macha lizakiem w celu zatrzymania mnie. Myślę – o kij mu chodzi, jadę przepisowo, na kacu nie jestem... Dobra, staję. Patrzę, a to taki znajomy z drugiej wsi, Mareczek. Otwieram okno i mówię do niego:
- Mareczek, nudzi ci się? Do roboty się spóźnię. Co ty normalnych ludzi zatrzymujesz?
- Nie Mareczek, tylko starszy aspirant $#@#@. Dowód, prawo jazdy i OC.
Pomyślałem, że pewnie ma służbę z jakimś ch*jem, ogarnąłem się i rozmawiałem jak z obcym. Pełny szacunek. Summa summarum – przetrzepał mi cały samochód. Dostałem mandat 100 zł i zabrał mi dowód rejestracyjny. Nie wiedziałem o kij mu chodzi, żony mu nie tykałem, ale dobra, trzeba żyć dalej. Pojechałem na przegląd, dowód odzyskałem, git.

Minęło parę tygodni.
Siedzę za biurkiem, uzupełniam dokumenty, popijam kawę. Przychodzi interesant, który, a jakże, okazał się Mareczkiem Policjantem. Kładzie mi dokumentację na biurku i mówi, że chce pozwolenie na budowę domu. Pomyślałem, że karma wraca...

Minęło 8 miesięcy. Mareczek nadal nie miał pozwolenia na budowę. A ja co rusz dostawałem mandaty za pierdoły. Sytuacja trochę męcząca, ale ani ja, ani on nie odpuszczamy.

Pewnego razu w weekend siedzę w pizzerii z bratem, popijam piwko, patrzę, a tu wchodzi Mareczek z kolegami. Myślę – będzie dym. Zmęczony całą sytuacją i trochę podcięty podchodzę do Mareczka i mówię „chodź do baru na jednego, musimy wyjaśnić sprawę”. Wziąłem butelkę na bar, piliśmy i rozmawialiśmy.
Okazało się, że podejrzewa żonę o zdradę, a kiedyś ktoś powiedział mu, że widział mój samochód pod jego domem, kiedy on miał służbę. Dlatego jest tak cięty na mnie.
Kopara mi opadła, ale po długiej rozmowie wyjaśniliśmy sobie wszystko i mi jednak uwierzył, że nic takiego nie miało miejsca.
Od tej rozmowy ja miałem spokój z policją, on dostał pozwolenie na budowę.

A wracając do tamtego wieczoru – kiedy nasza rozmowa z Mareczkiem się skończyła, wracałem z bratem do domu. Brat pyta się, skąd znam tego faceta i czy to dobry kolega. Mówię mu, że to długa historia, ale moim kolegą nie jest.
Brat: „To dobrze, bo kiedyś ruchałem jego żonę”.

#JJQfu

Jestem dzieckiem alkoholika, DDA. W terapii od lat, leczę depresję i zaburzenia odżywiania. Często jest mi ciężko samej ze sobą. Kiedy chodziłam do szkoły, marzyłam o spotkaniu kogoś, kto pomoże mi wyrwać się z tego domu, z kim zacznę inne życie, takie jak chcę. Od zawsze wiedziałam, że bardzo łatwo powiela się schematy z domu. Ciężko nam postępować inaczej, bo to jedyny wzór, który znamy, i nawet jeśli takie życie sprawia ból, to jest znajome, mamy z domu wyniesione sposoby, by to przeżyć. To tyle z teorii. Oczywiście obiecywałam sobie, że ze mną tak nie będzie. Starałam się być uważna.

Związałam się z chłopakiem, który jest wierzący i to była dla mnie gwarancja, że nigdy nie stoczy się jak mój ojciec. Dużo poświęciliśmy czasu, by omówić nasze oczekiwania i wyobrażenia na temat wspólnego życia. Wydawało się pięknie, zakochałam się. Jego ojciec też był alkoholikiem. Uznałam, że będąc podobni do siebie, lepiej się zrozumiemy. Przed ślubem przyznał mi się, że jest uzależniony od pornografii. Bardzo się tego wstydził i to odbierało mu poczucie własnej wartości. Zapewniłam go, że razem sobie z tym poradzimy, chociaż w ogóle nie rozumiałam problemu ani jak można mu pomóc.

Po ślubie było cudownie i wspaniale. Po dwóch latach coś zaczęło w nim pękać, zaczął mieć myśli samobójcze. Na szczęście zgłosił się do psychologa, miał terapię przez ok. 2 lata. Przez te dwa lata bardzo się zmienił, zrobił się dla mnie oschły i zimny. Zaczął wyrażać złość i gniew wobec kobiet, szczególnie wobec swojej matki, ale mi też często się obrywało. Zresztą ja z nim żyję na co dzień i ciągle musiałam się stykać z tym chamstwem z jego strony. Po zakończeniu terapii zaczął trochę łagodnieć, tłumaczyłam mu, jak działa na mnie jego zachowanie. Ale nigdy już nie było tak jak dawniej.

Jesteśmy teraz po ślubie 15 lat. Przez ostatnie lata często ma napady gniewu, takie dziwne stany, które trwają po kilka lub kilkanaście dni. Potem niby jest spokojny i dobrze się czuje, aż do następnego razu. Nie umie powiedzieć, co wywołuje ten PMS, nie da się z nim rozmawiać, kiedy go to nachodzi. Starałam się to cierpliwie znosić, ale ostatnio poczułam, że za każdym tym epizodem coraz bardziej tracę do niego zaufanie. Bo za każdym razem muszę się nasłuchać obelżywych słów, podłego zachowania. Ciężko mi potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Ciężko mi już nawet powiedzieć, że go kocham.

Przestałam się do niego odzywać, bo wtedy unikam jego chamskich odpowiedzi. Trwa to już drugi miesiąc. I wygląda na to, że jemu to w ogóle nie przeszkadza. To bardzo przykre. Dużo czytam i słucham podcastów i programów o DDA i współuzależnionych. Widzę teraz, że powieliłam schemat patologicznych rodzin. Tak bardzo tęsknię za miłością, czułością, ciepłym domem. A mieszkam z samolubem, który ma mnie za nic.

#Ixh1O

Ostatnio, gdy czytałem jedno z wyznań o dziewczynie, która "jest zrobiona z resztek swoich braci" przypomniał mi się, już klasyczny, żart moich rodziców.

Moja mama jest brunetką. Mój tata jest brunetem. Ja (najstarszy syn) jestem brunetem o bardzo ciemnej karnacji (kiedyś byłem przez to nawet uznany za Włocha). Moja młodsza siostra jest brunetką, ale z "nie za ciemną, nie za jasną cerą". A mój najmłodszy brat? Mój najmłodszy brat jest blondynem z bardzo jasną cerą.

Jaki wniosek wyciągnęli moi rodzice?
Toner się kończył.

#XCgPY

Dość dawno temu, bo w 8. klasie, przyszłam do szkoły strasznie źle się czując, mianowicie miałam jelitówkę. Na nic było proszenie mamy, abym została w domu, jak to w tamtym czasie było, szkoła to świętość, na własny pogrzeb dopiero po lekcjach.

Ból brzucha, rozwolnienie, w dodatku temperatura na dworze była tak wysoka, że aż robiło się słabo. Lekcja, nagle czuję, że muszę wyjść za potrzebą, i to dość szybko, bo jelita dawały po garach. Wyglądałam dość niewyraźnie, więc nauczycielka, jako asekurację, wysłała ze mną koleżankę z ławki. Łazienka, ja siedzę na kibelku, koleżanka czeka za drzwiami. Nagle czuję, że robi mi się słabo, jakiś głuchy dźwięk w uszach, mgła przed oczami. Zdążyłam jednak otworzyć drzwi i zawołać koleżankę, mówiąc, że chyba zemdleję i momentalnie zsunęłam się z kibelka.

I z tego miejsca jeszcze raz dziękuję tej koleżance, która błyskawicznie przed zawołaniem higienistki, że tak dosłownie napiszę, PODTARŁA MI TYŁEK, podciągnęła majtki, spodnie i wytargała z toalety :-)

#yCiAV

Mój brat ma 31 lat i jest totalną fleją, choć on nazywa to oszczędnością. Nie spuszcza po sobie wody, gdy korzysta z toalety, bo "oszczędza" wodę. Ze spłuczki korzysta dopiero wtedy, gdy widzi, że kibel może się zapchać lub gdy wie, że ktoś do niego przyjdzie. Kąpie się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie, bo uważa, że pracując zdalnie "się nie wybrudził". Gdy już bierze kąpiel, nie wypuszcza wody z wanny, wykorzystuje ją później "do spuszczania wody" w kiblu (gdy już musi to zrobić). Papier toaletowy ma jedynie "dla gości". Sam potrafi podetrzeć się wszystkim: kartką papieru, paragonem, kawałkiem gazety, a nawet tymi ubraniami, które są w koszu na pranie (bo przecież i tak wrzuci je później do pralki, to można je "dobrudzić").

Potrafi do oporu korzystać z jednego talerza, kubka czy patelni, by nie musieć ich myć. Jeśli w pracy nie ma akurat wideokonferencji, to chodzi nago po mieszkaniu (mieszka sam), by nie brudzić ubrań. Gdy już się ubierze, potrafi bardzo długo tych ubrań nie zmieniać (o ile nie musi nigdzie wyjść). Nie przeszkadza mu nawet to, że ubrania zaczynają śmierdzieć, bo twierdzi, że "własnego smrodu się nie czuje".

Skąd o tym wszystkim wiem? Bo chwali się swoimi sposobami na oszczędzanie i tym, że nie ma takich wysokich rachunków jak ja.

A jednocześnie, gdy już wychodzi z domu, to zawsze jest zadbany, wyperfumowany i świetnie ubrany. Na brak zainteresowania ze strony pań nie może narzekać. Bardzo współczuję kobiecie, którą oczaruje i która wyląduje w tym syfie...
Dodaj anonimowe wyznanie