Kolega w wieku około 15 lat zafascynowany był fajerwerkami. Wysadzał co się dało, byle był większy huk, od kul śnieżnych po wydrążone jabłka. Jego pomysły nie miały kresu. Jego mama strasznie się o niego bała, żeby sobie nic nie zrobił, i nie popierała fajerwerków. Ale on z chęci przestraszenia mamy chciał narobić huku w domu, więc wymyślił, że wysadzi fajerwerki w wannie.
Tak też zrobił - odpalił i wrzucił do wanny. Huk.
Matka wpada do łazienki, a on do niej mówi, że ogłuchł i z tekstem "Mamo, mów do mnie, mamo, mów do mnie!"... A matka koncertowo, z wystraszoną miną i bez dźwięku, poruszała ustami. Podobno takiego płaczu u swojego syna w życiu nie widziała, nawet jak był dzieckiem.
Podsumowanie: dostał szlaban i więcej nie ruszył petard.
Moja żona miała wczoraj urodziny, więc chciałem jej zrobić imprezę-niespodziankę. Zaprosiłem do nas grupę znajomych z dziećmi. Plan był całkiem dobry i dość szczegółowo dopracowany. Goście mieli wejść tylnymi drzwiami, miało być ciasto, dmuchaniec dla dzieciaków, muzyka, prezenty, balony itp.
Jako że mam sześcioletniego syna, postanowiłem wtajemniczyć go w ten „spisek”. Bardzo się zajarał i obiecał, że się nie wygada.
Pięć minut później usłyszałem, jak pląsa wokół mojej żony, krzycząc: „Nic ci nie powiem o niespodziance! Nie dowiesz się o gościach ani o balonach! Nie będzie żadnych dmuchańców ani prezentów! Niczego się nie spodziewasz, tralalala!”. No i cały misterny plan szlag trafił…
Opiszę coś, co przywróciło mi wiarę w ludzi. Nic specjalnego... ale jednak.
Pewnego wieczoru, jak zazwyczaj bywało, wracałem w kompletnej ciemności przez ulicę, przy której znajdowały się fabryki i magazyny. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód. Widząc jakikolwiek pojazd schodziłem z drogi, gdyż wiedziałem, że kierowcy nie zauważą mnie. Tego konkretnego dnia miałem paskudny humor, lekki dołek. Nagle spostrzegłem, że jakiś samochód zatrzymał się. Pomyślałem, że zaraz wypadnie kilku "chłopaków" i dzień stanie się jeszcze gorszy. Ktoś wysiadł, ale była to kobieta, raczej niedużo starsza ode mnie. Ruszyła szybkim, pewnym krokiem w moją stronę. Nie obchodziło mnie specjalnie jakiej jest płci, tylko powód, dla którego idzie w moją stronę. Nie myśląc zbyt wiele zacisnąłem prawą pięść i przygotowałem się do wyprowadzenia ew. ciosu. A ona wręcz doskoczyła do mnie, uśmiechnęła się, powiedziała "Nie bój się" i "Pokaż lewą rękę", następnie uderzyła mnie paskiem odblaskowym, dzięki czemu owinął mi się wokół ręki. Dodała jeszcze "Uważaj na siebie i noś odblaski", po czym wsiadła do auta i odjechała.
Wiem, że sam powinienem mieć odblask, no ale akurat go nie miałem, a musiałem iść taką, a nie inną drogą. Nikt na mnie się nie wydarł, tylko ktoś zrozumiał i pomógł. No i polepszył humor na kilka dobrych dni :)
Kiedyś na domówce miałam wielki problem z gazami. Do tego łazienka była tak tragicznie blisko kuchni i pokoju, że nie było szans na dyskrecję. Stres powodował u mnie zaciskanie zwieraczy, a to z kolei czyniło nawet małego bąka donośnym grzmotem. Zrozpaczona wymyśliłam, że utnę mały kawałek szerokiej słomki i z jego pomocą się odgazuję. Wtedy wydawał mi się to pomysł na miarę Nobla.
Udałam się ze schowaną słomką do łazienki i wprowadziłam plan w życie. Jak się domyślacie, coś poszło nie tak. Nic mi nie utknęło, nie musiałam jechać na SOR ze słomką w dupie. Problem w tym, że po wetknięciu słomki w odbyt z łazienki zaczęło dochodzić głośne gwizdanie, jakby gotowała się woda w czajniku. Wyrzuciłam słomkę, wyszłam, a gospodarz jeszcze długo sprawdzał bojler, czy aby woda się nie zagotowała i nie ma gdzieś jakiejś szczeliny.
Ostatnio odbyły się 95 urodziny mojej prababci. Mimo wieku humor wciąż jej dopisuje, choć zdrowie już nie to. Rodzinę mam od jej strony naprawdę ogromną, bo babcia miała 9 dzieci, 31 wnucząt, nas prawnucząt jest 76 i trójka praprawnuków. Oczywiście cała rodzina nie mogła uczestniczyć w przyjęciu z okazji jej urodzin, bo rozsiani jesteśmy dosłownie po całej Europie, poza tym zwyczajnie byśmy się nie pomieścili. Wpadliśmy więc na pomysł zrobienia jej filmu z życzeniami. Łatwo nie było, ale jakoś daliśmy radę. Dwoje kuzynów jednak z jakichś powodów nie dostarczyło swoich nagrań i po prostu zrobiliśmy to bez nich.
W urodziny babci puściliśmy jej na laptopie zmontowany filmik. Babcia w milczeniu oglądała, a kiedy film się skończył...
- I co, to już? - babcia niezadowolona spojrzała na którąś z ciotek.
Patrzymy na nią w szoku, pytamy co się stało i czy się nie podoba może, na co babcia:
- Podoba czy nie podoba... Ja wiem, że ja dla was to już stara kwoka jestem, ale liczyć jeszcze umiem. I dwóch tu nicponi mi brakuje! Tadeusze, Mariusze czy inne. DWÓCH NIE MA!
Po czym kazała sobie przynieść telefon i obrażona do mojego brata:
- Wykręć no mi ich na tym wihajstrze, już ja tym czortom dam popalić!
Opowiem Wam coś o samobójstwie, ale trochę z innej perspektywy.
Mówi się, że większość osób, które podejmują próbę samobójczą, tak naprawdę wcale nie chce umrzeć, ale nie widzi wyjścia ze swojej sytuacji i pragnie uwolnić się od cierpienia. Ze mną częściowo jest podobnie, ale wcale nie cierpię na tyle, by się zabijać. Po prostu jestem zmęczona, cholernie zmęczona.
Cierpię na depresję od jakichś dziesięciu lat, ale biorąc pod uwagę mój młody wiek, to jest większość życia, jakie pamiętam. Rzadko kiedy zdarza się, bym nie dała rady wstać z łóżka - to ten rodzaj depresji, która pozwala funkcjonować na co dzień, ale powoli wyniszcza, odbierając pewność siebie, radość z wykonywania pasji i w końcu nadzieję, że kiedyś będzie lepiej.
Jestem zmęczona tym, że nie mogę sobie ufać, bo nawet gdy kładę się spać w dobrym humorze, mogę dostać w nocy ataku paniki i następnego dnia włóczyć się po domu jak zombie. Tym, że gdy moja praca i noce zarwane na naukę dają efekty w postaci dobrych wyników, nie potrafię być z siebie dumna. Tym, że niechętnie się rozbieram, bo nienawidzę swojego ciała i brzydzę się go. Ale najbardziej chyba męczy mnie to, że mogę zaśmiewać się do łez z byle głupot, a potem wieczorem i tak kładę się na łóżku i zaczynam fantazjować o samobójstwie.
Myśli o swojej śmierci nie wywołują u mnie większych emocji, powiedziałabym wręcz, że myślę o tym dość chłodno i w sposób wykalkulowany. Na koniec powiem coś kontrowersyjnego, co wielu z Was się zapewne nie spodoba.
Uważam, że nie każdemu da się pomóc. Oczywiście, depresja to choroba i wymaga odpowiedniej terapii psychicznej i farmakologicznej. Należy wspierać taką osobę, ale trzeba przede wszystkim pamiętać o własnych limitach i możliwościach, bo nikt nie powinien brać na barki ciężaru zmartwień innych osób, jeśli jest on ponad jego siły.
Jeśli ktoś całkiem utracił nadzieję, że będzie lepiej, nie ma siły czekać na lepsze jutro, które nie nadejdzie, ciągle trzeba wyciągać go z łóżka i odwracać uwagę od myśli samobójczych, bo nie jest w stanie poradzić sobie z presją i wymaganiami świata wokół, to w końcu i tak się zabije. I zmniejszy się prawdopodobieństwo, że ''słabe" geny zostaną przekazane przyszłemu pokoleniu. Może wydawać się to okrutne, ale tak natura działa u podstaw.
Na siebie patrzę dokładnie w ten sam sposób, jakbym była wadliwą komórką w społeczeństwie. Dla świata nie znaczę nic, ale najbliższe osoby przede wszystkim martwię i zadręczam swoim wiecznie przybitym nastrojem i negatywnym nastawieniem. Nie poddałam się się jeszcze, ale czuję się coraz bardziej znużona, dlatego, jeśli się nie poprawi, za jakiś czas być może po prostu się zabiję.
Dziękuję osobom, które wytrwały do końca tego wpisu i pozdrawiam je. Chciałam sprawdzić, czy ktoś myśli w podobny sposób.
Obciachowa historia z czasów licealnych. Minęło ponad 10 lat, a ja nadal się czerwienię na wspomnienie tej sytuacji.
Podczas lekcji wf-u dziewczyn uczyłyśmy się prostych akrobacji. Zadanie polegało na wykonaniu kilku przewrotów, jakiegoś wygibasa i na koniec - stanięciu na rękach z głową w dół. Chłopcy skończyli już lekcję i przyszli do nas kibicować. Była bardzo sympatyczna atmosfera (końcówka ostatniej lekcji w piątek), a ja miałam doskonały humor. Wśród chłopaków był kolega, który bardzo mi się podobał i cieszyłam się, że widzi moje popisy (byłam dość wygimnastykowana).
Przyszła kolej na mnie i poprawnie wykonałam wszystkie przewroty i fikołki. Na koniec stanęłam na rękach i - o zgrozo - na sali wybrzmiał donośny, przeciągły dźwięk pierdnięcia. Koledzy taktownie nie zareagowali, ale słyszeli to na pewno wszyscy. Problem polega na tym, że nie był to żaden pierd - ten dźwięk wydała moja cipka pod wpływem wysiłku fizycznego. Podobnie jak kiedy czasem po stosunku powietrze się stamtąd wydostaje. Chociaż pewnie wszyscy pomyśleli, że pierdnęłam, a dźwięk złowieszczo niósł się po sali gimnastycznej.
Kolega i tak się ze mną umówił, ale mi do dzisiaj wstyd za tę sytuację.
Moja koleżanka ma chomika. Nazwała go Uchodźca. Dlaczego?
Bo syryjski.
Nienawidzę swojej pracy. Pracuję w handlu i mam 3 weekendy w miesiącu zajęte. Mój facet w tym czasie jeździ do mamy, do znajomych, na grille, koncerty i inne wydarzenia, na których tak bardzo chciałabym być, że aż mnie skręca. Tęsknię za normalnością, za tym, żeby nie siedzieć każdy weekend sama w mieszkaniu i czekać, aż łaskawie wróci w niedzielę o 22.
Jestem zła, przemęczona i wściekła. Sama nie wiem na co. Czy na moją beznadziejną robotę czy na faceta, który pomimo 6 lat związku nadal nie ma skrupułów, by mnie zostawiać co chwilę i wmawia mi, że nie mogę zmienić tej pracy (pomimo tego, że mam wysokie kwalifikacje w innym, uwielbianym przeze mnie zawodzie), bo "będziemy chyba jeść tynk ze ścian". Tłumaczy to też oszczędzaniem na wesele, które nigdy się chyba nie odbędzie, bo o tym weselu to ja słyszę od 3 lat. Ostatnio jak pytałam kiedy dokładnie planuje wziąć ten ślub, to mi powiedział, że na pewno nie w przeciągu 3 lat.
Chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Jestem tak sfrustrowana, że mam ochotę walić głową w mur aż nie stracę przytomności. Na co dzień jest OK. Uśmiecham się, wszystkim mówię, że jest w porządku, ale tak na prawdę nienawidzę swojego życia. Mam 27 lat i nic. Kompletnie nic. Durną pracę, zły związek, który opiera się na jakichś głupich, nierealnych planach na przyszłość, w które wierzyłam jeszcze 2 lata temu, a teraz w końcu widzę, jak wielka jest to ściema.
Po prostu mam dosyć. Tak po ludzku. Nie byłam na wakacjach od dwóch lat. Non stop praca. Cały czas. Jak mam wolne, to dzwonią z pracy i pytają się o jakieś pierdoły. Kierowniczka mnie bardzo lubi, co skutkuje tym, że inni mnie nienawidzą i nawet nie mam z kim pogadać w pracy.
Siedzę i zastanawiam się co poszło źle, w którym momencie moje życie zamieniło się w mały, prywatny czyściec i jak z tego wyjść.
Jestem już zmęczona dniem, zanim na dobre otworzę oczy. Hasła "trzeba iść naprzód, myśl pozytywnie" wydają mi się jakąś kpiną. Jak jeden wielki żart. Mam tak serdecznie dość, że przed samobójstwem chroni mnie myśl, że rodzicom będzie smutno.
Mam jedno dziecię, w sumie duże (10 lat), ale pracuję zawodowo, czas pracy często wybiegający poza pełen etat, dodatkowo praca zmianowa (czyt. w weekendy gniję w pracy). Mąż pracuje za granicą, siedzi tam miesiąc, wraca na tydzień. Wszelkie obowiązki szkolne, domowe i pozostałe są na mojej głowie, tak że mój harmonogram dnia wygląda mniej więcej tak: wstaję o 4.30 do pracy, szykuję śniadanie dla syna, nastawiam mu budzik to szkoły, na 6.00 pędzę do pracy. Pracę kończę czasem po 8, czasem po 10 godzinach (praca w handlu). Wracając robię zakupy, wpadam do domu, robię obiad, odrabiamy lekcje z synem, sprzątam, piorę, zazwyczaj siadam, a raczej padam zmęczona o 20.00. Kilka razy w tygodniu po pracy wożę syna na zajęcia karate i zajęcia dla dyslektyków, wówczas usiądę dopiero o 21-22. Ale mój mąż twierdził, że nic nie robię... Tak więc któregoś dnia gdy wrócił na tydzień do domu, oznajmiłam mu, że muszę pilnie wyjechać do mojej kuzynki, bo jest bardzo chora (oczywiście odbiegało to od prawdy). Plan był chytry, wiedziałam dobrze, że syn ma pełno sprawdzianów i natłok nauki oraz zajęć dodatkowych.
Po tygodniu mojej nieobecności zostałam dom w pełnej ruinie, syna z kilkoma dwójami i trójami ze sprawdzianów, kilkoma uwagami w dzienniku o braku przygotowania do lekcji i męża w rozsypce emocjonalnej.
Powiem tylko, że warto było :D Dla utrwalenia wiedzy, którą mój mąż posiadł, planuję kiedyś kolejny wyjazd, może teraz na dłużej?!
Dodaj anonimowe wyznanie