Pracuję za granicą. Sprzątam szkołę specjalną. Głównymi uczniami są dzieciaki z zespołem Downa. Lubię moją pracę, daje mi ogromną satysfakcję... pieniężną oczywiście.
Pewnego dnia operuję mopem, ze słuchawkami na uszach i rozmawiam z mamą. Po skończonej rozmowie widzę jak przygląda mi się uczeń. Lat około 10. Patrzy na mnie z uśmiechem. Podchodzi, klepie mnie po ramieniu i mówi:
- Nie przejmuj się, ja też często mówię do siebie.
;)
Po jednej z bardzo zakrapianych imprez w plenerze, około godziny 23, mój przepity mózg postanowił wysłać nogom informację, że muszą podnieść mój zadek i zaprowadzić mnie mniej więcej w okolice domu. Niestety moja koordynacja ruchowa pozostawiała w tym momencie wiele do życzenia, więc marsz szedł bardzo opornie. Niemniej po około godzinie (czyli przejściu kilometra), udało mi się z ogromnym ciężarem w nogach i głowie dojść pod drzwi mieszkania.
W tym momencie mój przepity umysł podpowiedział mi, że należy zachowywać się TSZEŚFFO, żeby nie narazić się na zabicie śmiechem odnośnie mojego stanu przez moich kochanych rodzicieli (nigdy nie pochwalali powrotu ich syna w stanie wskazującym, ale też nigdy nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności z ich strony w takiej sytuacji, oprócz oczywiście szyderczego śmiechu-chichu i znęcania się nad moim skacowanym umysłem następnego dnia). Włączyłem pijacki tryb asasyna i zacząłem się skradać. Powoli nacisnąłem klamkę. KLIK! Na szczęście drzwi były otwarte (pierwszy win). Delikatnie wkradłem się do mieszkania (czyli narobiłem mnóstwo hałasu, potknąłem o próg i prawie wywaliłem się na ryj), po czym doszło do momentu kulminacyjnego. Musiałem zdjąć buty, co znaczyło konieczność rozwiązania sznurówek. Oczywiście w stanie wskazującym odległość moich rąk do stóp wynosiła jakieś trzy kilometry, więc, aby ułatwić sobie zadanie, postanowiłem usiąść, aby wykonać swoją misję z należytą dokładnością i w miarę po cichu. Tu jednak nastąpił problem bo... zasnąłem. Na szczęście moja przerwa w kontaktowaniu z wszechświatem trwała krótko i ocknąłem się po minucie (tak mi się wydawało). Na szczęście w mieszkaniu panowała cisza i ciemność - nikt nic nie zauważył (tak myślałem).
Udało mi się uporać z butami, po czym czując się stanowczo zbyt pewnie postanowiłem energicznie wstać. Pewnie myślicie teraz, że wyrżnąłem jak długi i obudziłem wszystkich domowników, ale nie! Udało mi się podskoczyć z podłogi, miękko wylądować na stopach, po czym... zachciało mi się rzygać. I to jak! zawartość żołądka w postaci piwa, wina, wódki i kapki whiskey podsunęła mi się tak wysoko, że niemalże czułem jak wylewa mi się przez oczy i uszy. Tryb asasyna się wyłączył, zastąpił go natomiast tryb: RUN FOR YOUR LIFE. Na szczęście łazienka była nieopodal, więc czym prędzej wskoczyłem do niej, przyklęknąłem przed kiblem jak rycerz do modlitwy przed krucjatą, otwarłem klapę i wypuściłem z siebie demona wprost w ramiona poczciwego kibelka. I tu nastał problem. Bo łazienka była łączona razem z toaletą, a w wannie siedziała moja kochana mama. Zakrywając wszystko co widoczne, z ogromnym szokiem wymalowanym na jej twarzy... Oczywiście ojciec obserwował mnie już od momentu kiedy potknąłem się przy wejściu do mieszkania, umierając ze śmiechu.
I całą konspirację trafił szlag.
Przechodzę właśnie anginę ropną. Jak wygląda ta choroba - prawie każdy wie. Brak możliwości powiedzenia jakiegokolwiek słowa bez bólu, gorączka prawie 40 stopni. BRAK OZNAK ŻYCIA JAKICHKOLWIEK.
Z racji tego, że mieszkam sama, zwlokłam się z łóżka o godzinie 1 w nocy i mało żywa powędrowałam do kuchni. Czekając, aż woda się zagotuje, wsypałam zawartość saszetki Fervex do kubka i walnęłam nim kilka razy o blat, aby proszek dobrze się rozprzestrzenił, po czym... Poszłam do drzwi sprawdzić kto dobija się do mnie o tej godzinie.
Jako dzieciak miałam psa, wabiła się Sonia. Był to skundlony, czarny jak smoła labrador, była tylko ciut mniejsza, ciut. Niesamowicie inteligentna (pomyślicie sobie, jak każdy pies dla właściciela, ale nie, ona naprawdę była wyjątkowa, do dzisiaj potrafię oglądać filmy z psami z całego świata, gdzie rozpisują się w komentarzach jaki ten pies mądry i wyjątkowy, a na mnie to nie robi wrażenia, bo Sonia robiła tak samo, a czasem nawet lepiej).
Wracając do historii, była chora na punkcie zdjęć, całe szczęście nie była to era selfie i smartfonów. O ile na spotkaniach rodzinnych każdy śmiał się jak przybiegła na widok aparatu i do dzisiaj jest na pierwszym planie na 90% rodzinnych zdjęć, to na wakacjach nie było już tak super. Wyobraźcie sobie, że wyciągacie na plaży, z torby czy plecaka aparat i zauważacie, że leci na Was wielkie, czarne psisko, szczekając. Pewnie niejedna osoba robiła rachunek sumienia. Na całe szczęście mój tata szybko biegał, więc zazwyczaj zdążył dobiec i wyjaśnić, że ona kocha być fotografowana. Dzięki temu przez 13 lat była na wszystkich plażowych zdjęciach ludzi w promieniu kilkudziesięciu metrów od nas.
Właśnie zastanawiam się, ile osób przeglądało zdjęcia z przyjaciółmi, żonami, dziećmi, czy wnukami i mówiło "o, a ten pies 15 lat temu w Kątach Rybackich wpie*dalał się na nasze wszystkie zdjęcia''.
Piątek, godzina 16, właśnie zaczął się mój ostatni wykład tego dnia. Czuję w kieszeni wibracje, wyciągam telefon, widzę, że dzwoni mama. Wyłączam, piszę SMS, że oddzwonię później. Ale mama dzwoni i dzwoni. Zaczynam się martwić, korzystając z tego, że wykładowca rozmawiał z dwoma studentami odbieram. Cicho mówię "halo", słyszę, że mama płacze. Mówi, że moja siostra miała wypadek, że jest operowana, a jej stan jest krytyczny. Mówię jej tylko "trzymaj się, już jadę". Zrywam się z miejsca i wypadam z sali jak wicher.
Studiuję w mieście oddalonym o 1,5 h jazdy pociągiem od miasta rodzinnego. Biegnę więc na dworzec, patrzę na rozkład - jeden pociąg odjeżdża za kilka minut. Następny za 2 h. Dosłownie przeleciałem na odpowiedni peron, pociąg już stał, większość drzwi zamknięta, bo zaraz odjazd. Wpadam do wagonu (bezprzedziałowy), siadam na pierwszym lepszym miejscu. Próbuję się uspokoić, ale jestem tak zdenerwowany, że ledwo oddycham.
Pociąg rusza, jedziemy już jakieś 40 minut, gdy do wagonu, w którym siedzę, wchodzi konduktor. Jak go zobaczyłem, przypomniało mi się, że nie mam biletu. Pomyślałem, że kupię u niego. Problem w tym, że wylatując jak wariat z sali wykładowej nie wziąłem plecaka. Miałem przy sobie telefon, kilka drobniaków, chusteczki. Kontroler podchodzi, dukam coś o bilecie, szukam jakichś pieniędzy. Pytam, ile kosztuje bilet do mojego miasta. Normalny, bo legitymacji nie mam. On mówi, że 26 złotych plus dopłata za kupno w pociągu. Mam przy sobie 4 zł 74 gr. Kontroler każe mi wstać, mówi, że będzie mandat, że mam wyjść. Wszyscy w wagonie na nas patrzą.
Tłumaczę mu, że nie mogę wyjść, że siostra miała wypadek, że jest w bardzo ciężkim stanie, że muszę zdążyć. On jest nieugięty, pewnie myśli, że kłamię. Mam dość. Wiem, że jeśli wysiądę teraz, będę na stacji na kompletnym zadupiu. Że nie zdążę. Zaczynam płakać. Mam 22 lata, prawie 180 cm wzrostu i płaczę jak dziecko, tłumacząc mu, że muszę jechać do siostry. Facet nie wie co zrobić, mówi coś o przepisach. Nagle podchodzi do nas młoda dziewczyna. Pyta, ile mi brakuje, mówi, że ma 10 zł. Dalej za mało, ale inni też podchodzą. Uzbierali mi na bilet. Obcy ludzie, których widziałem pierwszy raz w życiu. Ktoś przy mnie siada i mnie przytula, pociesza. Gdy wychodzimy, jakiś chłopak mówi, że tu obok stacji ma auto, to mnie odwiezie do szpitala.
Nie wiem, jak mam im dziękować. Zdążyłem. Byłem w szpitalu o 18:05. Moja siostra o 18:15 się przebudziła, poznała mnie i mamę. O 18:27 zaczęła się reanimacja, po około 40 minutach Ewcia zmarła.
Dziś od tego wydarzenia mijają prawie 3 lata. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że obcy ludzie dosłownie kupili mi ostatnie minuty z siostrą.
Jakiś czas temu do kościoła przyszedł pewien nastolatek. Kościół pusty. No i siedzi. Niestety musiałem wychodzić i nie zdążyłem wtedy porozmawiać (a bo tak na marginesie, to jestem księdzem ;)). Kilka dni później też przyszedł. Znowu się stało tak, że nie mogłem porozmawiać.
Po pewnym czasie dostrzegłem w tym pewien schemat. Chłopak przychodził zawsze we wtorki i czwartki około godziny 17. Po kilku tygodniach okazało się, że nie mam nic do roboty, więc mogłem pójść i zapytać go, czy coś się nie stało.
Wiecie co mi odpowiedział? Że teraz powinien być na treningu karate, ale zbiera pieniądze na konsolę :D
Ludzie piszą o zabawkach w dorosłym życiu, no to ja też.
Lat miałem może 6, siostra z 4. Rodzice kupili siostrze maskotkę, jeża. Taki wielkości pomarańczy, brązowe "kolce", niebieski pyszczek, wyszyty czarnymi nićmi nosek, oczka czarne, plastikowe. No to mały ja MYK, jeż jest mój. No i wojna, oboje płaczemy, że chcemy jeża. No to rodzice kupili nowego, podobnego, ale niebieskawy. No i znowu wojna. Tak do chyba czwartego jeża, potem siostra się przerzuciła na kotki.
No ale ona ciągle się rozmyślała, a ja ciągle, że chcę jeżyka. Wakacje nad morzem? Jeż z bursztynami. Wyjazd na narty? Jeż-narciarz. Znowu nad morze? Jeż z muszelkami. Każdy napotkany pluszowy jeż też musiał być mój.
Wszyscy wiedzą, jak bardzo kocham jeże. Moja dziewczyna zawsze też mi jakieś kupuje. Za kilka(naście) lat mój syn pewnie wrzuci do Internetu historię "mój stary to fanatyk jeży, cały dom zawalony jeżami". Na drodze jak widzę rozjechanego jeża, to się zatrzymuję i spycham go na pobocze, żeby spoczął we "względnym" spokoju. Ostre hamowania przed jeżami to też norma. Spotkam jeża w parku? Biorę go i bronię przed psami. 1% z podatku odprowadzam na fundację "Jerzy dla Jeży". No po prostu kocham jeże.
Teraz jak to opisuję, to w zasięgu wzroku mam 14 jeży (zabawek). W aucie jeżdżą ze mną 3. KAŻDY ma imię i funkcję w mojej "jeżowej społeczności". Jest jeż prezydent, jeż rajdowiec, jeż policjant, mam nawet takiego, co chyba miał służyć jako zabawka edukacyjna "jak rodzą się dzieci" - ma kieszeń na małe jeżyki w wiadomym miejscu. Marzę o małej hodowli jeży pigmejskich. Mam ponad 20 lat, nie zasnę bez przynajmniej jednego z nich obok mnie, kilka mam takich, co robią za poduszkę, pościel w jeże też mam.
Dziewczyna na szczęście to akceptuje i śpimy w trójkę, a nawet w czwórkę i piątkę :)
Byłam wtedy bardzo mała. Strzelam, że miałam jakieś 4 lata. Wujek rozmawiał o czymś z moim tatą, nie wiem czego dotyczyła ta rozmowa. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie wujek spojrzał na mnie i powiedział: "Ona jest brzydka".
Prawdopodobnie był przekonany, że nie rozumiem i że tego nie zapamiętam. To moje jedyne wspomnienie z wujkiem.
Wujek umarł dawno temu, miałam wtedy 6 lat. Na jego pogrzebie w głowie krążyła mi jedna myśl: "Dobrze mu tak". Teraz jestem znacznie starsza, ale dalej wkurzam się na samo wspomnienie tego co o mnie powiedział.
Kiedyś, gdy mój brat miał około 4-5 lat, wkurzył się o coś na mamę i stwierdził, że się wyprowadza. Wziął chustkę, włożył w nią kredki, parę klocków i jakiegoś misia, a następnie zawiązał ją na ciupadze.
Wychodzi, po jakichś pięciu minutach wraca, na pytanie mamy "Co, ty już się nie wyprowadzasz?", odpowiedział prawie z płaczem "Nie, bo bałem się przejść przez ulicę".
Taki był z niego buntownik ;)
W wieku 10 lat bawiłam się z bratem w chowanego... mama z tatą pojechali na szybkie zakupy świąteczne i byliśmy sami w domu, więc mogliśmy chować się wszędzie tam, gdzie normalnie rodzice nie pozwalają.
Była moja kolej by się ukryć, więc szybciutko pobiegłam do łazienki i z racji tego, że byłam bardzo drobna jak na swój wiek, to schowałam się w pralce. Owinęłam się wszystkimi brudnymi ubraniami, żeby jeszcze ciężej było mnie znaleźć... I nie... nikt mnie nie wyprał ani nie zaklinowałam się, stało się coś o wiele gorszego.
Moi rodzice wrócili do domu i najpierw do łazienki weszła mama. Ja w totalnym bezruchu nie zdradzam mojego położenia, myślę sobie "jak teraz dowie się, że tu jestem, to wyda mnie bratu i w dodatku dostanę ochrzan". Więc siedzę tam dalej, gdy do łazienki wchodzi tata i zamyka za sobą drzwi. Ja oczywiście wszystko bacznie obserwuję... A tata najpierw zdejmuje mamie bluzkę, potem spodnie... Siedziałam tam dobre 20 minut, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Po tym, jak skończyli, grzecznie zaczekałam aż wyjdą, odczekałam jeszcze chwilę i wymknęłam się niepostrzeżenie z łazienki.
Mojego brata oczywiście rozproszył film w telewizji... A jaki? "Kevin sam w domu".
Nie mam żadnej traumy czy coś... Nie boję się też pralek.
Ale za każdym razem, gdy w telewizji leci Kevin, mam przed oczami moich rozebranych rodziców widzianych z perspektywy dziecka ukrytego w pralce...
Dodaj anonimowe wyznanie