Od dwóch lat udaję, że jest mi dobrze w łóżku z moim chłopakiem. Nie chcę go ranić, dlatego pozostaję w tej relacji, ale prawda jest taka, że nie doświadczam tam niczego wyjątkowego. Próbuję dać z siebie wszystko i udawać, że jest mi dobrze, ale tak naprawdę nie mam orgazmów i nie czuję się spełniona seksualnie. Bardzo ciężko mi to przed nim ukrywać i często myślę o tym, jak mogę mu to powiedzieć bez zranienia go. Widzę, że to nie jest zdrowe dla mnie ani dla naszej relacji, ale boję się o tym rozmawiać. Kompletnie nie wiem, jak to powiedzieć. Co nie wymyślę, to jest złe. Najlepiej byłoby powiedzieć prawdę, tak myślę, szczerze... No ale jak się spyta, dlaczego po dwóch latach? Nie mam wytłumaczenia, w zasadzie to jest oszustwo. Już chyba prościej i lepiej dla niego i dla mnie, żeby go zostawić. Przynajmniej będzie mnie uważał za suczę, a nie myślał o tym, że jest beznadziejnym facetem.
Może się jakiś facet wypowie, jak by takie coś przyjął i jak zareagował. Dodam, że on naprawdę mnie kocha. Ja jego też, bo z miłości mu o tym nie mówiłam. Znaczy... oszukiwałam ;(
22 grudnia zmarł mój ojczym, był nim przez 30 lat. Przy nim z dziewczynki stawałam się nastolatką, a w końcu kobietą. Wspominam i pamiętam czas kiedy moja matka była dla mnie podła. Odgłos otwieranych przez nią drzwi przyspieszał mi bicie serca. On tłumaczył, że muszę być wyrozumiała bo mama ma taki charakter. Nie wiem, może to była menopauza, ale rozumiecie? Ja, dziewczynka, miałam rozumieć dorosłą kobietę? Jak miałam 12, 13 lat potrafiła wszcząć kłótnię i zarzucić mi, że z nim sypiam. Do dziś mi się to w głowie nie mieści, a wtedy to był kosmos.
Lata mijały, poszłam na swoje, mieszkałam sama, oni kłócili się tak okropnie, że zamieszkała ze mną, ale ja utrzymywałam kontakt. Spotykałam się z nim najpierw raz w tygodniu, później częściej. Mówiłam, że nie jest dobrze, zapomina, jest chory, w końcu obrażona żona poszła zajrzeć, to było potrzebne bo mnie zawsze traktował jak dziecko, jej słuchał. To był Alzheimer, dbaliśmy przez wiele miesięcy. Na początku grudnia zachorowałam, lekarz zabronił mi wstawać, ryzyko oscylowało w granicach utraty życia.
On zmarł, a ja znów słucham, że ostatnio nie przychodziłam i o wyimaginowanych romansach sprzed lat. Skaziła moje wspomnienia.
Był idealny. Inteligenty, przystojny, był dobrym człowiekiem. Nigdy w życiu nie kochałam nikogo bardziej i myślę, że już nie pokocham. Był dla mnie dobry, szanował mnie.
Dlaczego odeszłam? Bo kiedy krzyczał przerażony przez sen, wołał jej imię. Kiedy o niej opowiadał, zawsze miał taki blask w oku, który zabijał mnie codziennie, niszczył od środka. Bo miał czasem zbłąkany wzrok i ja wiem, że myślał o niej. Bo przynajmniej raz w tygodniu zanosił kwiaty na jej grób i potrafił siedzieć tam parę godzin.
Nigdy nie oczekiwałam, że przestanie o niej myśleć, że zapomni o niej. Ja tylko chciałam, żeby pokochał mnie choć w połowie tak jak ją.
Ktoś kiedyś napisał, że nie ma większej tragiczności niż tragiczność żebrania o miłość. Chyba miał, cholera, rację.
Kilka dni temu wprowadziłam się na nowe osiedle. Cały dzień nie miałam czasu, by coś zjeść, więc gdy koło 22 uporałam się ze wszystkim, skoczyłam do Żabki po coś do jedzenia. Kolejka długa, ja stałam jako czwarta, a za mną kobieta około 55 lat. Klient przy kasie zrobił bardzo duże zakupy i chciał zapłacić kartą, jednak terminal przestał działać. Kasjerka kilkakrotnie próbowała od nowa pobrać należność z karty. Trwało to może około 5-6 minut, a kobieta za mną zaczęła sapać, dyszeć i chuchać mi na plecy niezbyt świeżym oddechem. W końcu zaczęła wywody typu: „O Boże, „O Jezu”, „Ile można”, „Dziewczyno, kto cię tu zatrudnił?” itp. Odwróciłam się więc i mówię do niej kulturalnie, że przecież to nie wina tej dziewczyny, a kobieta do mnie: „Wy młodzi tylko pyskować potraficie, nie macie szacunku do starszych, nic nie przeżyliście i gówno wiecie”. Już miałam jej dosadnie dowalić, kiedy z kolejki wychodzi podchmielony mężczyzna i mówi do niej: „Ja przeżyłem 9 lat w ciupie właśnie za takie panisko-kur...isko jak ty, więc albo czekaj grzecznie, albo wypier...aj mi z tego sklepu!”.
Zamknęła się od razu.
Będzie krótko: mojemu kumplowi często zdarzało się prowadzić samochód pod wpływem.
Dzisiaj na fejsie przypadkowo zobaczyłem filmik, jak motocykliści zajeżdżają drogę pijanemu kierowcy. Mój kumpel skomentował ten filmik jakoś w tym stylu: „Takich ludzi powinno się zamykać w więzieniu, jak można jeździć pod wpływem?”.
No cóż, niezła hipokryzja z jego strony.
Mój dziadek całe życie miał mnie w czterech literach. Nie przeszkadzało mi to, bo według mnie jest złym człowiekiem o psychopatycznych skłonnościach. Często z przerażeniem patrzyłam, ile jest w nim pogardy i nienawiści wobec innych.
W dodatku jest osobą bardzo chytrą i interesowną. Potrafi wyzywać kogoś za jego plecami, a przy najbliższej nadającej się okazji wykorzystać go, głównie w kwestii finansowej. Tak jak wspomniałam, mnie miał zawsze gdzieś, ja byłam smarkulą i nawet, gdy miałam 16 lat czasem zwracał się do mnie jak do czterolatki. Teraz mam poukładane życie, mam narzeczonego i dziecko, a dziadek już jakiś czas temu przekroczył dziewięćdziesiątkę. Nie chcę kontaktu z tym człowiekiem, nie wniósł do mojego życia nic dobrego, a wręcz gdy pojawiał się na krótki czas to tylko je zatruwał.
Jednak on im starszy, tym coraz bardziej boi się śmierci i tym samym ostatnio postanowił sobie, że nadrobi te wszystkie lata. Zaczęło się od pogrzebu mojej babci (jego pierwszej żony), gdzie próbował wybadać, czym zajmuje się mój narzeczony, ile zarabia itp. Od tamtej pory nagle stara się być kochanym dziadziusiem, wraz z obecną żoną kupuje prezenty dla mojego dziecka. Może i bym się na to nabrała, gdyby nie to, że widzę, jak wiele w nim tej nienawiści i pogardy, jak traktuje swoją żonę, jakie ma podejście do kobiet i ogólnie do życia. Całe szczęście mój narzeczony też to widzi i rozumie, dlaczego nie chcę dziadka w swoim życiu. On jednak wciąż do mnie wydzwania, a to, że ma prezent, a to, że telefon mu się psuje i może narzeczony by mu pomógł.
W końcu przestałam odbierać telefony. Oboje pracujemy, mamy małe dziecko, nie mamy czasu stale zajmować się usterkami w telefonie dziadka. Moja rodzina jednak potępia moje zachowanie. Ciągle słyszę "oj odbierz ten telefon, dziadek jest stary". Zupełnie jakby chodziło o małe dziecko, któremu się ustępuje. Kiedy ludzie zrozumieją, że na to, jak jesteśmy postrzegani pracujemy całe życie, a nie tylko przez ostatnie lata?
Od dziecka miałam niezwykłe pomysły. W wieku około 9-10 lat, wraz z dwoma koleżankami z podwórka (jedna młodsza o rok, druga 4 lata) stwierdziłyśmy, że nie mamy co robić na podwórku, bo zabawek wiele tam nie było - tylko drabinki, trzepak i piaskownica, z której więcej korzystały psy nuż dzieci.
Żeby załatwić sprawę jak przystało na "dorosłego człowieka", postanowiłyśmy napisać podanie do urzędu i tak też zrobiłyśmy. W "podaniu", na kartce wyrwanej z zeszytu, napisałyśmy, że w imieniu wszystkich dzieci z podwórka prosimy o nowe zabawki, co do zabawy mamy na podwórku i wypisałyśmy listę wszystkich dzieci z podwórka. Kopertę i znaczek ogarnęłyśmy za drobne, które normalnie poszłyby na słodycze. Nazwę i adres urzędu znalazłyśmy na którejś klatce, bo żadna z nas nie miała internetu, a rodziców nie chciałyśmy pytać, bo bałyśmy że dostaniemy szlaban.
Zaadresowane zostało na najmłodszą koleżankę, bo jak powiedziała, jej rodzice nawet jak się dowiedzą, to nic jej nie zrobią, ale na samym piśmie podpisane byłyśmy wszystkie. Skrzynka pocztowa była 5 minut drogi od naszego podwórka, więc jak wszystkie poszłyśmy wysłać naszą ciężką pracę rodzice się zaniepokoili, więc powiedziałyśmy, że poszłyśmy na podwórko obok.
Wyobraźcie sobie zdziwienie moje i moich rodziców, gdy miesiąc później na mój adres przyszedł list, że na naszym podwórku zostanie zrobiony mini plac zabaw. Mama była super zaskoczona, powiedziała, że o to występowała jakieś 5 lat wcześniej, więc czemu piszą teraz? Gdy powiedziałam jej jak to się stało stwierdziła, że nasz pomysł był świetny i jesteśmy bardzo dzielne, pomysłowe, i gdybyśmy jej powiedziały, to spróbowała by nam pomóc.
Tydzień po przyjściu pisma, mama musiała coś załatwić w urzędzie. Gdy wróciła opowiadała mi, że jedna z urzędniczek rozpoznała nasze nazwisko jako jednej z autorek niezwykłego podania. Okazało się, że nasze pismo rozbawiło połowę personelu urzędu, a moje nazwisko było jedynym, które udało skojarzyć się z rodzicami, więc pismo zostało przesłane do nas.
Teraz jak to wspominam, myślę że dobrze, iż nie powiedziałyśmy nic rodzicom, bo tak byłoby widać, że dorośli chcą coś zrobić i wynik mógłby być taki sam jak wtedy gdy moja mama próbowała. A tak nam się udało, mimo że czekać musiałyśmy rok.
Do tego gdy w 5 klasie gdy pani na polskim pytała czy ktoś z klasy pisał już jakieś podania byłam jedyna, która miała takie doświadczenie. Wtedy też się dowiedziałam, że podanie powinno wyglądać zupełnie inaczej niż to, które my wyprodukowałyśmy, ale najważniejsze, że swoje zadanie spełniło i nadal jestem z siebie i moich koleżanek dumna, mimo że minęło od tego czasu już prawie 15 lat, a kontakt z obiema dziewczynami straciłam po przeprowadzce.
Jechałam sobie autobusem. Siedziałam na podwójnym siedzeniu, z brzegu, obok przy oknie siedziała pani czytająca książkę. W pewnym momencie zamknęła ją, jakoś tak poruszyła kolanami, więc pomyślałam, że będzie wysiadać. Akurat autobus zatrzymał się na przystanku, ludzie zaczęli wysiadać, więc wstałam, ustępuję swojej współpasażerce, ale ona... ona wcale nie wysiada. Otworzyła książkę i dalej ją czyta. Załączył mi się chwilowy error mózgu, a że jestem bardzo wstydliwa, zrobiło mi się głupio i nie chciałam tak po prostu siadać czy zostać na miejscu i stać, bo niby nagle odechciało mi się siedzieć... Co zrobiłam? Z tego wszystkiego zdecydowałam się pójść za tłumem i wysiadłam... na kilka przystanków przed moim celem podróży.
Sympatyzowałem kiedyś z pewną dziewczyną. Niby nic „formalnie” sobie nie deklarowaliśmy, ale spotykaliśmy się i chyba była chemia. Kiedyś jak odwiozłem ją do rodzinnego domu w niedzielę, to ni z gruszki, ni z pietruszki zaprosiła mnie na obiad. Z jej rodzicami. A ja odmówiłem, bo... miałem dziurawą skarpetkę, a ściąganie butów w jej domu było obowiązkowe.
I tak nasze drogi się rozeszły. Nie zdradziłem jej mojej „tajemnicy”.
Jakieś dwa lata temu, w wakacje, wracaliśmy ze znajomymi autokarem znad morza. Po godzinie jazdy zachciało mi się siku, zacisnęłam zęby i powiedziałam sobie w myślach "Wytrzymam, przecież za chwilę będzie jakiś postój...". I jak na złość przez kolejne 3 godziny autokar nie zatrzymał się ani razu! Ja, już nie mogąc wytrzymać, kręcę się na tym siedzeniu, patrzę przez szybę czy czasami nie jesteśmy blisko jakiejś stacji... W końcu jest!
Wysiadam szybko z koleżanką i lecimy do toalet na stacji paliw. Pech chciał, że na tej samej stacji zatrzymał się jeszcze jeden autokar, więc kolejka do toalety była strasznie długa. Muszę napomknąć, że była to już 22 wieczorem, więc na zewnątrz było już ciemno. Wpadł mi do głowy głupi pomysł. A mianowicie, powiedziałam do koleżanki, żebyśmy poszły na zewnątrz w jakieś miejsce, by tam załatwić sprawę. Znalazłyśmy duży parking z tyłu stacji, gdzie było kilka drzewek. Koleżanka weszła pomiędzy samochody, a ja, myśląc, że znalazłam lepsze miejsce, kucnęłam między samochodem, a małym krzaczkiem.
Kiedy już zdjęłam spodnie, poczułam ulgę. Byłam z siebie dumna, że wytrzymałam. Musiała minąć chwila, bym zorientowała się, że za mną jeżdżą samochody. Okazało się, że kucam z gołym tyłkiem wystawionym w stronę autostrady...
Dodaj anonimowe wyznanie