#UEG1S
Byliśmy na ślubie u znajomych, ksiądz wygłosił kazanie o rozwodach, o braku starania się po kilku latach związku. Było mi przykro, ale stwierdziłam, że do mojego męża i tak nic nie dotrze, więc nie będę się produkować. Na weselu podczas tańca zaczęliśmy rozmawiać, że brakuje mu moich spontanicznych pocałunków, słodkich słów... Ja się go pytam, jak mam być miła, kiedy ciągle mam awantury o brak obiadu czy też niesmaczny obiad, złą fryzurę, zmęczenie... A on mi przytaknął. Powiedział, że musimy być dla siebie milsi i wszystko będzie OK.
Po kilkunastu dniach nasz związek odżył, całujemy się, jesteśmy kochani dla siebie, są komplementy. Okazuje się, że jak on jest miły, to ja też i wtedy wszystko się układa. Kocham go bardzo, a on mnie.
To było takie proste... Wystarczyło przyznać się do błędów, nie żadne „bo ty...”, ale „bo ja...”. Szok, to naprawdę działa! Znowu jesteśmy najbardziej zakochaną parą wśród znajomych :)
Mnie osobiście przeraziło to wyznanie. Związek na skraju rozpadu został naprawiony w KILKANAŚCIE dni. To tak cholernie niewiele. Wniosek z tego taki, że ludzie wolą się rozwieść i zakończyć 10-leni związek, niż powiedzieć do siebie chociaż jedno miłe słowo. Cała rodzina by się rozpadła, bo dwójka dorosłych ludzi woli myśleć "nic mu nie powiem, bo i tak nie zrozumie". Tak, lepiej stosować taktykę "domyśl się" i liczyć na cud. A wystarczyła jedna rozmowa. JEDNA. I cały związek rozkwitł na nowo. Przerażające jest to, jak szybko ludzie się poddają i niszczą relację na własne, durne życzenie, zamiast poświęcić 2 godziny życia na rozmowę.
Wniosek z tego taki, że każdy związek jest inny i nie ma co uogólniać. Fajnie, że u autorki się poprawiło, i że dzieli się doświadczeniem z innymi, ale czy rzeczywiście związek wtedy odżył to dowiedzą się po kilku latach.
Wydaje mi się, że mylisz trochę. Nie wystarczyła jedna rozmowa. Wystarczyło, że mąż przemyślał, że u nich taki problem jest i dostał od obcej osoby wskazówkę co ma zrobić - postarać się być miłym. Nic by nie dało, że zona mu to powie - zona się czepia i znowu marudzi, bo jej się już poprzewracało w dupie. Ale obcy człowiek (może dla kogoś autorytet, bo ksiądz) miał siłę przebicia do jego świadomości. Ludzie chodzą do terapeuty, który słucha co mówi jedna strona i mówi dokładnie to samo drugiej. I druga nagle słyszy! Słyszy, bo powiedział to ktoś inny niż ta bliska osoba. Rozwiązaniem takich problemów jest albo rozmowa o problemach w związku z przyjaciółmi (ale takimi z dobrym sercem) lub terapeutą, albo ponowne nabranie do siebie nawzajem ogromu autorytetu. To drugie jest trudne, ale pomaga wiele problemów rozwiązać permanentnie.
Myślenie w stylu "nie kochamy się, nie układa się nam, ale dla dobra dzieci będziemy razem" wcale nie jest dla dobra dzieci. Wręcz przeciwnie, wyrządza im krzywdę. One to wszystko widzą, czują i biorą z tego wzorzec! Ostatnie moje wspomnienie szczęśliwych rodziców pochodzi ze wczesnego dzieciństwa i jest bardzo mgliste. Moi rodzice byli i są dla siebie tak zimni, że teraz prawidłowe relacje w szczęśliwych związkach wydają mi się czymś dziwnym, nie z tego świata, wręcz niewłaściwe. Ciągle pretensje, odbieranie każdej wypowiedzi jako atak, lekceważenie się nawzajem, napięcie przy każdej, nawet najbardziej błahej rozmowie. O kompletnym braku jakiejkolwiek czułości dla siebie nawzajem już nie wspominam. Równie dobrze mogliby krzyczeć "chcemy się rozwieść". Taka atmosfera zakorzenia w dziecku skrzywienie na LATA, albo i na całe życie. Nic mi nie przyjdzie z tego, że teoretycznie wiem, na czym powinien być oparty szczęśliwy związek, skoro przez ponad 20 lat oglądałam jego przeciwieństwo. Naprawdę ogromnie cieszy mnie to, że postaraliście się i udało wam się wszystko naprawić. Szkoda, że nie wszyscy znajdują siłę na to, żeby przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle wzięli ślub. A jeśli psuje się do tego stopnia, że wyjścia już nie ma, to lepiej się rozejść i być szczęśliwym z kimś innym, niż męczyć się latami i do tego krzywdzić własne dzieci.
Jakbym czytała o mojej babci i dziadku... Babcia rozwodu nie chce, bo przyrzekała przed Bogiem, a dziadkowi nie chce się po sądach biegać na stare lata. Pewnie, lepiej się codziennie kłócić...
Potwierdzam. Sama jestem z rodziny, gdzie nie okazywało się czułości, mama z tatą nie kłócili się, ale nie rozmawiali ze sobą. Mama zawsze prosiła mnie lub rodzeństwo "powiedz mu...", brzmiało to jakby byli pokłóceni. Nie gadali ze sobą, nie mówiąc już o przytulaniu, chodzeniu za rękę czy całowaniu. Nie odzywali się do siebie! Czy to jest normalne? Myślałam przez długi czas, że tak. Jeśli miałabym nakreślić relacje między moimi rodzicami, to traktowali się bardzo obojętnie, ba! Ignorowali się wzajemnie. Dziwnie było mi oglądać miłosne sceny w filmach, odwracałam wzrok. Uważałam, że to coś nienormalnego, może nawet wstydliwego (trzymanie się za rękę...). Ogólnie nie wiem czemu tak się zachowywali. Myślałam, że to normalne. Urodziłam się też dość późno, więc w późniejszym wieku wymyśliłam teorię, że po 30/40 roku życia przestaje się okazywać czułe gesty. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak tłumaczyłam sobie jeszcze zachowania rodziców koleżanek XD Teraz nie potrafię nawiązywać bliskich relacji damsko-męskich, kiedy zaczyna robić się poważnie - uciekam. Pracuję nad tym, ale nie potrafię jeszcze się zaangażować, przeraża mnie perspektywa stałego związku, chłopaka rodzicom bym nie przedstawiła. Raz zresztą byłam w związku i o niczym nie wiedzieli. Rozstaliśmy się, bo nie umiałam wprowadzić go w swoje życie, nie znosiłam też okazywania czułych gestów przy znajomych (trzymania za rękę, przytulania, nawet buziaków w policzek na powitanie). Myślę, że spory wpływ na to miał właśnie przykład rodziców, bo negatywnych doświadczeń, które mogłyby na mnie odcisnąć jakieś piętno, nie posiadam.
Jeśli przyjąć takie myślenie, że lepiej się rozwieźć jak się psuje, to co znaczy i jaką wartość ma dzisiaj instytucja małżeństwa? Po co przysięgać miłość i wierność, na dobre i złe, skoro dzisiaj ludzie powinni być ze sobą na dobre i jeszcze lepsze? Bo przed ślubem było cudownie, a potem przyszły problemy? Takim myśleniem dojdziemy do punktu, że jak dziecko sprawia problemy i nie jest idealne, to też je lepiej oddać i uciąć kontakt dla własnej wygody.
@lavidaloca O matko, te sytuacje z filmami, znam to :/ Dokładnie cię rozumiem.
@kig Dlatego napisałam: "Szkoda, że nie wszyscy znajdują siłę na to, żeby przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle wzięli ślub". Wolałabym, żeby moi rodzice się rozwiedli, niż trzymali mnie w tej dusznej atmosferze i myśleli, że się nie zorientuję i że dobrze mnie wychowują.
Ja się nie zgadzam. Moi rodzice wychowali mnie w stalym związku. Tata jest alkoholikiem. Kocha nas wszystkich, ale przyznam jesy czasami ciężko. Mama nie kocha taty, tata jednak cały czas mówi ze on kocha ją. Ile w tym prawdy to nie wiem. Wiele razy były awantury, mama chowała się przed ojcem bo jak się napije to ją szuka, przytula (po alkoholu nie ma wyczucia) itd. Wiele razy były takie dni, że mówiłam ze dobrze by było gdyby się rozwiedli, ale kiedy wszystko mija błagam los w duchu żeby jednak nie. Podział domu dzieciństwa, sprzedaż, szukanie nowego miejsca, nie jasna przyszlos bo jak znaleźć pracę gdy mama zajmowała się tylko firma w domu. Już jednego z nich nie będzie, nie będzie tego wszystkiego itd. Mają swoje dni ze porozmawiaj razem, Poleżą i jestem wtedy b.szczęśliwa. Są ciche dni. Tak odczuwam wszystko co się dzieje w domu. Ogarnia mnie panika za każdym głośniejszym tonem taty, ale jeśli mieliby się rozwieść to wolalabym żeby to było dopiero po tym jak się wyprowadze i mieć dwoje rodziców. Wiem ze jestem samolubna, ale gdyby jednak chcieli się rozwieść nie stała bym im na drodze. Zrozumiałabym. Wiec nie można się wyrażać ze gdy rodzice są ze sobą dla dzieci to jest bardzo zle. Ja sie ciesze, ze mam ich oboje. I tak, wierzę w miłość i szczęśliwe zwiazki małżeńskie. Moi po prostu się nie dobrali.
Bo podstawą jest rozmowa i chęć zmiany, jedno niestety nie wystarczy a razem naprawia wiele...
I bardzo dobrze! W końcu z jakiegoś powodu zaczęliście być razem, trzeba było tylko wrócić do korzeni.
Można powiedzieć, że kazanie was zainspirowało. Nie można w związku zapominać o czułości i miłych drobnych gestach, powodzenia ;)
Pielegnujcie to
aż mi się uśmiech pojawił na twarzy ;)
Mega pozytywne wyznanie, które pokazuje, że kryzys w związku nie musi oznaczać rozwodu, zdrady i dozgonnej nienawiści, Nie zgodze się jednak z tym, że to było takie proste. Zauważenie własnych błędów, zrozumienie, że rani się drugą osobę, a w końcu naprawienie tego i zmienie własnego zachowania jest rzeczą trudną. Super, że Wam mimo wszystko się udało, kochajcie się.
Tak 👍👍👍
A co w tym anonimowego?