Mam dziecko niespełna 1,5 roku. Mam też teściów, którzy uwielbiają swoje wnuki. Niby super, gdyby nie to, że wg nich dziadkowie są od rozpieszczania, a rodzice od wychowywania. W praktyce oznacza to uczenie dziecka tupać nogą na psa, bo przeszkadza, podsuwanie miliona zabawek naraz, bo jest za spokojne (potrafi się po prostu chwilę sam pobawić), bicie babci pilotem po głowie – babcia się śmieje, pozwalanie na zrzucanie kubków z szafek (na rękach u dziadków, bo samo nie sięgnie) – no bo chciało, dawanie rocznemu dziecku chipsów i batoników, zachęcanie do poznawania gniazdek elektrycznych, a jak rodzice przy dziadkach czegoś zabraniają, to lecą teksty: „niedobry tata/mama”, „głupi rodzice” i inne tego typu kwiatki.
I jeszcze pretensje do nas, że na nic mu nie pozwalamy... Do tego opowieści o moim mężu, że w szkole był okropny – kopał nauczycielki, bił wszystkich, ADHD. No kurrr... Żadnej refleksji.
Tłumaczenie dziadkom nie ma kompletnie sensu, oni muszą wnuczkowi wszystko pokazać.
Skończyło się tym, że kontakty z dziadkami ograniczamy. Obecnie nie zostaje już nigdy sam pod opieką tych dziadków (drudzy są daleko, ale mają normalniejsze podejście). A mój mąż wkurza się jeszcze bardziej na swoich rodziców niż ja.
Dodaj anonimowe wyznanie
U mnie w rodzinie też babcie są od rozpieszczania. A później moja mama mówi, że dzieci wobec niej są niegrzeczne. Ano są, bo ona na to pozwala, a one już się nauczyły, że wobec niej mogą. Mogą ją bić, bo ona się śmieje. Mogą jej coś zabierać, bo ona wtedy tylko żartuje. Mogą jej przerywać, bo nigdy nie zwróci uwagi. I się dziwi, że dzieci tak nie robią w stosunku do nikogo innego.
Ale na teksty "głupi rodzice" bym się nigdy nie zgodziła i byłaby awantura stulecia. Są granice.
Wydaje mi się, że zarówno u ciebie, jak i u autorki, źle jest rozumiane słowo "rozpieszanie". Moi rodzice też rozpieszczają swoje wnuki do granic możliwości, ale nigdy w życiu żadne ich nie uderzyło, czy nie było niegrzeczne. Rozpieszczają, to znaczy kupują zabawki, słodycze, pozwalają na oglądanie bajek cały dzień i bawią się z nimi w co tylko zechcą. Jak moje siostrzenice mówią, że bawimy się w pieski, to moja mama chodzi na czworaka, nawet jeśli bolą ją plecy. Ale pozwalanie na bicie i zabieranie rzeczy to nie jest rozpieszczanie, tylko olewanie.
Moja teściowa rozumie rozpieszczanie jak najbardziej poprawnie. Dzieci ją uwielbiają, ale jednocześnie szanują.
Moja mama natomiast nie, ale zupełnie do niej nie dociera, że skoro ona się śmieje, gdy jest przezywana przez dzieci, to moje upomnienia nic nie dadzą. Przecież babcia się śmieje, to dzieci zachowanie powtarzają - żeby babcia się śmiała. A ona przecież "nie będzie upominać przedszkolaków, one są takie małe, nie rozumieją". Aha, jasne. Nie dość, że rozumieją, to jeszcze już się nauczyły, że tylko z jedną osobą zachowują się jak małe diabły.
A potem się żalą te biedne mamy, że po takim weekendzie z dziadkami trzeba dziecko tydzień do dwóch z powrotem ustawiać, żeby nie wlazło rodzicom totalnie na głowę.