#SOpgk
Byliśmy grupą przyjaciół, poznaliśmy się w pracy, ale świetnie się dogadywaliśmy, więc zaczęliśmy spędzać razem czas wolny. Wyjazdy, wakacje, ogniska, wypady w góry i pod namioty. Było nas pięcioro. Zostało czworo.
W internecie pojawił się artykuł na ten temat (było to dość głośne samobójstwo). No i zawrzało od komentarzy – gdzie byli jego bliscy, przyjaciele? Czy nikt nie słyszał wołania o pomoc? Czy nikt nic nie zauważył?
To prawda. Słyszeliśmy jego wołanie. Widzieliśmy, jak cierpi od długich tygodni. Dodawał depresyjne posty i piosenki na swoim profilu. W pracy wpadał w płacz i miewał ataki paniki. Znaleźliśmy kartkę na jego biurku wypełnioną napisami „chcę umrzeć”, „nienawidzę życia”, „chcę się zabić”. Nasz szef załatwił mu dobrego psychiatrę. Dostał leki. Przez chwilę je nawet brał i było mu lepiej, ale później wszystko wróciło. Powiedział, że przestał je brać, bo chce pić alkohol, a nie może mieszać.
Rozmawialiśmy z nim setki razy. Prosiliśmy, by wrócił do leków, by poszedł na terapię. Proponowaliśmy pomoc, rozmowy, wsparcie. Nie chciał. Twierdził, że alkohol mu pomaga. Nadal się z nami spotykał, był wtedy normalny, jak kiedyś. Wesoły, zabawny, uśmiechnięty. Ale wiedzieliśmy, że to tylko maska. Jednak nie mogliśmy nic dla niego zrobić. Nie był dzieckiem, tylko dorosłym, samodzielnym człowiekiem. Nie chciał iść do lekarza ani wrócić do leków, choć sam twierdził, że mu pomagały. Ale był artystą, twierdził, że alkohol pomaga mu tworzyć nowe obrazy.
Nasze setki wysłanych wiadomości, telefonów, próśb i błagań spływały po nim jak po kaczce. Nie mogliśmy mu siłą wepchnąć tabletek do ust ani go związać i zabrać do lekarza. Nie był agresywny, w ostatnich tygodniach nie wpadał już nawet w depresyjne stany.
A potem po prostu się zabił.
Jest mi przykro, że nie mogliśmy mu pomóc. W głębi siebie czuliśmy wszyscy, że prędzej czy później to zrobi. Wiele razy rozmawialiśmy o tym, że on w końcu się zabije. Zastanawialiśmy się, co możemy z tym zrobić, jak mu pomóc. Ale poza tym, co robiliśmy, czyli milionem telefonów, próbami wyrwania go z domu, ciągłym polecaniem terapii, a nawet wyrzuceniem całego alkoholu, jaki u niego znaleźliśmy, naprawdę nic nie mogliśmy zrobić. On nie był osobą, która szukała pomocy i uwagi. On po prostu chciał się zabić i do tego dążył. Wydaje mi się, że nawet gdyby zamknąć go na siłę w szpitalu, to i tak znalazłby sposób.
Ludzie, którzy wiedzieli, że się z nim przyjaźniliśmy, patrzą na nas wilkiem. Kilka osób wprost nam powiedziało, że to nasza wina, że nie byliśmy dobrymi przyjaciółmi, że nie pomogliśmy mu, gdy prosił o pomoc.
Jest mi smutno, że go nie ma. Tęsknię za nim. Ale nie każdemu da się pomóc. Mam nadzieję, że odzyskał spokój.
Rozumiem Cię, bo jeden z moich przyjaciół próbował popełnić samobójstwo. Też był potem artykuł o tym. Ktoś napisał komentarz, że jeśli tamten będzie chciał to zrobić, to i tak to zrobi. Ktoś też napisał: "Gdzie była rodzina i przyjaciele?". Łatwo jest tak pisać i rzucać kamieniem. Jako przyjaciółka próbowałam go trzymać, ale nie jestem wszechmocna. Nawet nasze największe chęci i starania mogą zatrzymać się na naturalnej barierze. Jest nią wolna wola drugiego człowieka. Myślę, że niektórzy mają choroby i skłonności do autodestrukcji, które są silniejsze nawet od nich samych, a co dopiero od otoczenia chorego. Nawet bez przeżycia wielkich tragedii mogą mieć depresję. Dobrze jest pomagać na tyle, na ile możemy bez szkody dla siebie, ale nie możemy brać odpowiedzialności za czyny innych (tego typu).
Są bardzo wrażliwe osoby, dla których życie jest zbyt uciążliwe, by je kontynuować. Artyści zwykle do nich należą, więc często popełniają samobójstwa. Co do waszych starań - jeśli ktoś jest naprawdę zdeterminowany, nie da się go uratować. Ja odpuściłam tylko dlatego, że stan mojego zdrowia bardzo się poprawił w tym roku. Jeszcze kilka miesięcy temu, chętnie sięgnęłabym po truciznę. Nie zrobiłam tego, bo po jednej z prób samobójczych widziałam jak cierpią moi bliscy i trudniej mi było to powtórzyć, mając w pamięci wyrządzony ból.
Już są do zniesienia przez większość dni, dlatego zrezygnowałam z samobójstwa. Myślę, że nigdy całkiem nie wyzdrowieję i nie liczę na to. Poprawa to i tak dużo, patrząc po tym, co opisują w internecie ludzie borykający się latami z taką chorobą, jak moja.
dewitalizacja, nawet nie wiesz, jak mnie cieszy, że wreszcie porzuciłaś te okropne plany.
Przepraszam, jeśli to dziwnie zabrzmi, ale dziękuję, że żyjesz. Mogę jakoś pomóc?
sarenka, cieszę się Twoim szczęściem.
Hejka, Meaness. Też dziękuję, że tu jesteś. Twoje komentarze są zawsze takie ciepłe i pełne empatii. Myślę, że pomogły one wielu osobom.
Krytykowałam jej dążenie do zrobienia sobie krzywdy zamiast mu przyklaskiwać jak reszta na stronie. Gdyby posłuchała waszych "empatycznych" komentarzy, mogłoby jej tu dzisiaj nie być. Jeśli dewitalizacja czuje się urażona sposobem w jaki ujęłam krytykę, nie ma sprawy, przeproszę.
Bo to było szkodliwe w jakich superlatywach opisywała śmierć. Najczęściej pod wyznaniami osób, które same zmagały się z myślami samobójczymi, bo te komentarze nie pojawiały się byle gdzie.
Nie trzeba być katolikiem, by widzieć wartość życia ludzkiego.
Gdyby sarenka była katoliczką, wróżyłaby mi piekło w życiu pozagrobowym za samobójcze plany :p
A odpowiadając na pytanie - nie, nie czuję się urażona. Moje komentarze były monotematyczne i kontrowersyjne, ktoś mógł stracić cierpliwość. Czym innym jest napisanie "chcę umrzeć", a czym innym jawny antynatalizm.
Smutna, prawdziwa opowieść. Szkoda, że tak dobrze rozumiem Twojego kolegę.
Kiedyś uratowałem kumpla od samobójstwa. Zrobiłby totalną głupotę, a dzisiaj żyje i jest szczęśliwy. Lecz też zdaję sobie sprawę, że nie każdego można uratować, nie każdemu da się pomóc.
Przykro mi, że to spotkało twojego kolegę. A komentarzami ludźmi się nie przejmuj, ludzie są zawsze najlepsi w teoretyzowaniu.
tylko ze wiele osob nie pokazuje po sobie depresji, zaklada maski chocby po to, by nie musiec odpowiadac na pytania typu "co ci jest", "co sie stalo"
wola meczyc sie z tym sami, ida po pomoc albo nie (zreszta czesc lekow i tak nie dziala od razu taka fluoksetyna wchodzi po miesiacu-dwoch stosowania), nie chca nikogo obarczac
a jak sa w syndromie presuicydalnym, to w sumie wszystko przestaje ich obchodzic, bo pojawia sie myslenie tunelowe, kiedy smierc jest najlepszym wyjsciem i wybawieniem
mozna miec maksymalnie wspierajacych bliskich i popelnic samobojstwo
Dwa tygodnie temu, mój kolega się zabił. To nie było wołanie o pomoc zabarykadował się tak że straż pożarna nie mogła dostać się do domu. Okazało się że ukrywał schizofrenię przed wszystkimi i nie brał leków. Czasami nic nie poradzisz ale mieszanka uczuć męczy aż trzeba porządnie to przepić i iść dalej.
W byłej pracy 2 osoby popełniły samobójstwo - z czego jedna niestety skutecznie - mlody chłopak ~~20 lat, rzuciła go dziewczyna. Drugi przypadek - facet miał bardzo duże problemy z narkotykami, na szczęście ktoś z rodziny go odciął, z tego co wiem przez tą próbę się zmienił, ogarnął życiowo, poszedł na odwyk.
Amen, zostaw to, to nie Wasza wina.
Dobrze że rozumiecie, że nie mogliście mu pomóc bo on nie chciał pomocy
Nie każdemu da się pomóc i nie każdy tego chce