#NhFfV

Historia będzie z Australii na temat nie-do-końca-odpowiedzialnych rodziców, czyli o mnie i mojej żonie.

Zawsze chcieliśmy mieć trójkę dzieci, ale na to trzecie zdecydowaliśmy się rzutem na taśmę przed czterdziestką, jak starsza dwójka była już w szkole. Powrót do pieluch i nieprzespanych nocy był dużo cięższy, niż nam się zdawało. Jesteśmy tu bez żadnej rodziny, wiec moja żona została w domu, a ja wziąłem dodatkową pracę. Po dwóch latach mieliśmy dosyć i chcieliśmy dać córkę do przedszkola, ale okazało się, że mała jest na to niegotowa, strasznie płakała, bała się opiekunek, taka bardzo strachliwa była. Zrobił się problem, bo nie chcieliśmy stresować dziecka, ale ani żona, ani ja nie chcieliśmy utknąć w domu na kolejne miesiące. I jakoś tak wyszło, że nasza dalsza znajoma o imieniu Diane, Maoryska z Nowej Zelandii, zaoferowała nam pomoc: zajmowała się dwa dni w tygodniu swoja wnuczka i powiedziała, że za małą opłatą możemy podrzucać naszą córeczkę do niej do domu dwa dni w tygodniu, żeby bawiły się razem. Zgodziliśmy się na próbę, dziewczynki bardzo się polubiły, wszystko się ładnie ułożyło, żona zaczęła pracować na pół etatu, ja mogłem zwolnić tempo.

Po krótkim czasie nasza córka – na pytania „jak było” – zaczęła opowiadać, że Diane nie było, że jacyś ludzie, że pociąg, gdzieś jechali, że inny dom – ona sama nie była w stanie wytłumaczyć, bo dopiero się uczyła mówić. Poprosiliśmy Diane o rozmowę i powiedziała, że ma liczną Maoryską rodzinę i po prostu „przekazuje dziewczynki dalej”, żeby inni się nimi zajmowali. Wtedy dotarło do nas, że przez dwa dni w tygodniu kompletnie nie wiemy, co się dzieje z naszą córką, kto się nią zajmuje, gdzie jest, jak się z nią skontaktować itd. Samej Diane też zbyt dobrze nie znaliśmy – ot, pracowała w kawiarni, gdzie zamawiałem kawę. No i… zostawiliśmy to tak, jak jest. I stało się tak, że przez kolejne dwa lata, aż do zerówki, na dwa dni w tygodniu nasza córka dołączała do rodziny Maorysów. I była zachwycona. Zabierali ją wycieczki na dalekie plaże, do buszu, spędzali całe dnie na piknikach albo w czyimś domu nie wiadomo gdzie. Zostawialiśmy ją u do Diane rano, a potem, przed wieczorem, ktoś podrzucał nam ją z powrotem do domu – czasem przywozili ją ludzie, których nigdy wcześniej na oczy nie widzieliśmy! Zawsze wracała zmęczona jak nie wiem, ale przeszczęśliwa. Zresztą ci Maorysi bardzo ją polubili i w pewnym momencie przestali od nas brać pieniądze. Czasem myślałem sobie, że jesteśmy koszmarnie nieodpowiedzialni i gdyby coś się stało – nie wiem, wypadek albo zaginięcie – to pewnie zostalibyśmy ogłoszeni najgorszymi rodzicami roku. Ale… trudno to wytłumaczyć, ale jak mieszkasz za granicą, bez rodziny, to czasem jest tak ciężko, że trzeba się chwytać takich rozwiązań. A z tą dziewczynką są przyjaciółkami do dzisiaj.
Apatia Odpowiedz

Wasze zachowanie jest bardzo głupie, ale wygląda na to, że szczęśliwie trafiliście na dobrych ludzi.

upadlygzyms

Nie zgadzam się z tym, że to zachowanie było głupie.
Dali tym ludziom kredyt zaufania, ponieważ mieli wiarę w ludzi, w zasadnicze dobro, które w nich jest.
Tak być powinno. Zasadniczo.

Apatia

Kto co lubi, dla mnie taki kredyt zaufania pod zastaw bezpieczeństwa własnego dziecka jest głupim zachowaniem.

coztegoze2

@upadlygzyms zasadniczo to rodzice mają obowiązek opieki nad dzieckiem. Jak nie byli w stanie określić, gdzie jest ich 2-letnie dziecko które jeszcze nie potrafiło powiedzieć co się z nim dzieje to jest po prostu skrajną nieodpowiedzialnością. rodziców uznanie, że "nie mamy tu rodziny" więc niech nasze malutkie dziecko będzie nie wiadomo gdzie i z kim. Równie dobrze dziecko mogło być wywożone aby je sprzedawać na wykorzystanie i co wtedy?

Czaroit Odpowiedz

Takie niby skrajnie głupie i nieodpowiedzialne, bo jacyś Maorysi, bo dzieciak niewiadomo gdzie. Tyle, że nawet oddając dziecko do przedszkola nie mamy żadnej pewności, co się z tym dzieckiem tak naprawdę dzieje. Czy jakaś psychopatyczna przedszkolanka się nad nim nie znęca. A niania? O, tu dopiero otwiera się pole do popisu!

Obecnie rodzice chcą nadzorować każdy aspekt życia dziecka i każdą jego chwilę. Włażą z buciorami w jego przestrzeń, nie dając mu złapać oddechu. W ten sposób blokują mu kontakt z samym sobą. Odpowiedzialność za samego siebie. Zrozumienie własnych pragnień i potrzeb. Samostanowienie. Wyznaczanie sobie własnych celów i uparte dążenie do nich. Radzenie sobie z problemami i wyzwaniami. A skutki tego widać wszędzie wokół.

I owszem, ja rozumiem, jak cenne jest dla rodziców dziecko i jak bardzo chcą zapewnić mu bezpieczeństwo. Tyle, że całego świata nie da się kontrolować. I w tej histerycznej postawie nie chodzi tak naprawdę o bezpieczeństwo dzieci ale o LĘKI RODZICÓW. Z którymi oni sobie nie poradzili i przerzucają je teraz na potomstwo.

Życie jest i będzie nieprzewidywalne. Wokół nas jest wielu niebezpiecznych ludzi. I trzeba to wiedzieć. Ale trzeba też wiedzieć, że dziecko ZAWSZE będzie wystawione na niebezpieczeństwa. I trzeba się z tym pogodzić. Bo nawet w drodze do szkoły ktoś może je wciągnąć w krzaki i skrzywdzić. Jeśli jednak paranoiczna mamusia odwozi wszędzie dzieciaka, łazi za nim krok w krok, wydzwania co 5 minut i ciągle dyszy mu w kark - paradoksalnie to ona jest dla własnego dziecka największym zagrożeniem. Bo wychowuje nieszczęśliwą, zalęknioną kalekę życiową, która pół dorosłego życia spędzi na terapii. O ile wcześniej nie podetnie sobie żył...

We wszystkim trzeba zachować równowagę. Oraz słuchać własnej intuicji. Skoro dziecko było szczęśliwe, tzn. że nie działa mu się krzywda i decyzja była słuszna. A córka dostała potężne zasoby, z których będzie czerpała przez resztę życia, o czym przekonasz się Autorze jeszcze nie raz :)

Dragomir

Wspaniały komentarz i szerokie spojrzenie, spoza bańki "ojeju, fszyzdzy chcom skszyfdzić mojego bOmBeLkA!!!". Szanuję.

Alflen Odpowiedz

Gargal wychowywał się na Podlasiu w Kruszynianach. Rodzice zawsze jak szli do roboty w pole oddawali go Tatarom.

Dragomir

Ale od Podlasia to się proszę odpirympać.

SamoZycie Odpowiedz

Mieliście ją w głębokim poważaniu.

Dodaj anonimowe wyznanie