#K1Eit
1. Od dziecka pozwalali mi na uprawianie bardzo obciążających sportów. Zamiast wybrać sporty lekkie, które mogłyby nawet wspomóc organizm, ćwiczyłam dyscypliny pogarszające mój stan. Obecnie mam rozwalone kolana, bez nadziei na poprawę (mogę tylko pilnować by stan się nie pogorszył za bardzo).
2. Moja siostra też ma te same problemy, jednakże jest w dużo lepszej kondycji, mimo tego, że jest sporo starsza. Parę ładnych lat temu dostała działającą kurację. Ona pamięta tyle, że coś było, rodzice z klasycznym olewaniem nie zapisali nazwy ani nic po czym szło by ten lek rozpoznać, a z lekarzem, który go przepisał nie ma jak się skontaktować (chyba, że ktoś ma numer do dobrego nekromanty).
Jako młoda dorosła mam objawy, które powinny się pojawić za jakieś 30 lat. Prawdopodobnie przed trzydziestką trzeba będzie operować. Mam szczerze dość tego, że większość życia muszę się pilnować by nic sobie nie zrobić, nie mogłam swobodnie spędzać czasu ze znajomymi, a sporą część czasu wolnego idzie na pilnowanie by stan się nie pogorszył. I to wszystko dlatego, że łatwiej powiedzieć "zaciśnij zęby" bądź "trzeba być twardym, nie miętkim" niż aktualnie pomóc swojemu dziecku.
Trzeba być naprawdę bezrefleksyjnym człowiekiem, by decydować się na dzieci wiedząc o chorobie genetycznej, która krąży w rodzinie.
Czyli spora część ludzkości 🤷♀️ wydaje mi się że ludzie w ogóle mają tendencję do bagatelizowania jeśli chodzi o nich samych.
Problem w tym, że decydując się na prokreację nie chodzi już tylko o nich samych. Bieda, patologia czy straszne, genetyczne choroby to wystarczający powód do tego, by nie generować większego cierpienia rodząc kolejnych ludzi, którzy na samym wejściu w życie będą skazani na udrękę (a w przypadku choroby genetycznej na cały okres jego trwania, bo od nieuleczalnej choroby nie można się uwolnić).
dewitalizacja
Zgadzam się w 100%.
Tylko czy ludzie sprowadzając nowe życie na świat faktycznie się tym przejmują?
Może po prostu mam mało wiary w ludzi 🤔
Dużo się niestety nie przejmuje. Naprawdę szczerze współczuję każdemu, kto dorastał w rodzinie, gdzie rodzice nie przejmowali się zaspokajaniem podstawowych potrzeb dziecka.
Lekarz może i nie przyjmuje, ale dokumentację medyczną trzeba przechowywać 50 lat i po śmierci przejmują obowiązek albo przychodnia albo spadkobiercy
Nie zmienisz tego, że daną chorobę masz, czy że uprawiane sporty pogorszyły sprawę. Ale skoro jesteś młodą dorosłą (zakładam, że zaraz po 18-tce), czy sama zrobiłaś cokolwiek ze swoim stanem? Skoro rodzice podchodzą do tego pobłażliwie, to niestety musisz wziąć wszystko na klatę sama. Poszukałaś lekarza, który może ci pomóc? To, że lekarz siostry nie żyje, nie znaczy, że tylko on wiedział co dostała. Dotrzyj do informacji gdzie przyjmował, siostra ma prawo do wglądu w swoją kartę. Może błędnie, ale odnoszę wrażenie, że nie byłaś u specjalisty od tego schorzenia. Przecież lek który brała twoja siostra to nie jakiś tajny specyfik znany jednemu, jedynemu lekarzowi. Jeśli jeden o tym wiedział, to inni też powinni. Skup się na szukaniu lekarza, który popatrzy na ciebie całościowo, a nie per "nawalająca część", np kolana.
Świetnie sprawdzają się zastrzyki z osocza w kolana i ruch, tak jak piszesz lekki i umiarkowany + suplementacja