#HkWIv
Miałem dziewczynę. Poznałem ją parę lat temu, zakochałem się znacznie wcześniej, niż miałem odwagę jej to wyznać. Dość wysoka, ale i tak niższa ode mnie akurat na tyle, że gdy stała przede mną, mogłem pocałować ją w czoło. Drobnej budowy, ale gdy trzeba było, zaskakująco silna, o uśmiechu i ognikach w oczach, które powodowały, że od razu i ja się uśmiechałem. Miała pasje, które rozwijała i była w nich naprawdę dobra. „Zeszliśmy się”, gdy zaczynałem trzeci rok studiów, ona pierwszy. Dla nas obojga była to wielka radość, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Troszczyła się o mnie, ale nie jak matka, tylko jak dziewczyna właśnie. Gdy mogła, pomagała mi przy projektach, bo chociaż zbyt wielkiego pojęcia o tym nie miała (ona medycyna, ja informatyka), to była na tyle inteligentna, że dawała mi dobre pomysły.
Sielanka trwała rok. Gdy zaczynaliśmy kolejny rok akademicki, ona przeniosła się dosłowni na drugi koniec Polski. Wynikało to z tego, że dostała się na studia stacjonarne, wcześniej była na niestacjonarnych. Nie przyjęli jej w naszym rodzinnym mieście, najbliższe było 400 km od domu. Obiecaliśmy sobie, że będziemy się widywać co tydzień, dzwonić co parę dni. Ja w tym czasie oprócz studiowania pracowałem.
Jak być może się domyślacie, niezbyt długo udało mi się dotrzymać obietnicę. Wracałem wykończony z pracy wieczorem, nie miałem siły się przygotowywać nawet na zajęcia, ani tym bardziej myśleć o niej. W weekendy coraz częściej spędzałem czas z kumplami, zamiast z nią (nie zabraniała mi się z nimi spotykać, nic z tych rzeczy), rozmowy też stawały się krótsze. Nie zauważałem, że ją tracę, ważniejsze było dla mnie zarabianie pieniędzy. Mówiłem sobie, że to na przyszłość, na nasz wspólny dom. Gdy ona zwracała mi uwagę na to, że się od siebie oddalamy, denerwowałem się, kilka razy wręcz ją wyzywałem. Pamiętam do dziś ten wielki smutek w jej oczach, wówczas nie obchodziło mnie to. Nie potrafiła na mnie nakrzyczeć, a logiczne argumenty nie docierały do mnie.
Aż pewnego dnia, gdy się spotkaliśmy na parę godzin (ona więcej spędziła na jechaniu do mnie, teraz dopiero to widzę) powiedziała, że nie może tak żyć i kończy ten związek i znajomość, bo sprawia jej znacznie więcej bólu niż radości. Najpierw oniemiałem, potem znów ją obraziłem, a na koniec myślą było „teraz mam więcej czasu na pracę”. Tak, na pracę, która przestała mieć dla mnie sens poza zdobyciem kwalifikacji.
Panowie i panie, uważajcie na swoje drugie połówki. Być może właśnie teraz pracujecie na to, żeby je stracić, nie widząc tego. A tak wyjątkowych ludzi, z jakimi jesteście, możecie już nigdy więcej nie spotkać.
Zawsze mnie to trochę mierzi, gdy ktoś sam sobie pieprzy życie, a potem daje "dobre rady".
Nie ty pierwszy odkryłeś pewną regułę "nie doceniasz co masz, póki tego nie stracisz".
Nic nie jest dane raz na zawsze, a związek to ciągła obustronna praca.
Dobrze że chociaż widzisz swoją winę. Mam nadzieję, że ta dziewczyna jest szczęśliwa