#E6OEJ
Zdenerwowana, opuściłam wigilijny stół i poszłam do siebie do pokoju, po skończonej kolacji zostałam zwyzywana od najgorszych i psychicznych, poinformowana o tym że i tak nie mam gdzie odejść, bo nikt mnie nie chce i ojciec też mnie zostawił jak byłam mała, więc teraz też mnie nie przyjmie. Ale to nie moja wina, bo przecież jestem psychiczna, plus inne obelgi i szarpanina. Ogólnie niechciane zło największe.
Jak na ironię pół roku później dowiedziałam się, że choruję na nowotwór i teraz moja mama codziennie chodzi do kościoła i modli się po kilka godzin za moje wyleczenie. Chyba się pogubiłam...
To nie jest normalna rodzina. Trzymam kciuki, byś wyzdrowiała, nabrała sił i jak najszybciej usamodzielniła, tak byś mogła żyć w spokoju.
Moja mama zachorowała na nowotwór mając 50 lat. Mąż i teściowa przez całe lata mieli ją w dupie, uprzykrzali jej życie, traktowali jak służącą, darli się na nią, obrażali, wykorzystywali finansowo i jak się tylko dało. Zachowywali się tak, jakby była dla nich najgorszym złem, jakie ich w życiu spotkało. Ona przez cały ten czas (30 lat małżeństwa) myślała tylko o dobru dzieci, nie swoim. Wszystko dla nas zrobiła.
Mama umarła na raka po kilku latach choroby. Mąż i teściowa najgłośniej i najczęściej płaczą, twierdzą, że nie umieją bez niej żyć. Że spotkała ich tragedia. Zamawiają msze, przez całe życie nie wydali na nią tyle pieniędzy, co teraz, po śmierci.
Jesteśmy dorośli, ale i tak nic z tego nie rozumiemy. Teorie mamy dwie: albo robią to wszystko na pokaz, żeby się ludzie litowali, albo mają zajebiście wielkie wyrzuty sumienia, że mieli z nią taką relację i jest za późno, żeby to naprawić.
To nie Ty tu jesteś problemem, dziewczyno.