#E4WXs

Mam 33 lata. Ostatnio zmarł ojciec mojego przyjaciela i czuję się, jakbym stracił swojego ojca. Z moim najlepszym przyjacielem Krzyśkiem mieliśmy od zawsze zajawkę na metal, ponieważ jego ojciec był metalowcem, który grał na perkusji i miał w piwnicy w zasadzie swoiste studio nagraniowe dla swojej ekipy, ale grali bardziej dla siebie. Uczestniczyliśmy w ich graniu za młodu i od razu chcieliśmy też na czymś grać. I tutaj był największy problem. Pochodzę z rodziny alkoholików, gdzie pieniądze były wydawane na wódę i szlugi. Nie było przemocy domowej, ale jak się domyślacie, zawsze była nerwówa w domu. Nie wiadomo, czy wchodząc po szkole do domu, znowu nie zastaniesz leżących upitych rodziców na podłodze w kałuży czegoś. Więc wiadomo, że instrumentu nie dostanę mimo podejmowanych prób rozmów. Odpowiadali, że a po co mi to, tylko będę rzępolił oraz że na tym nie da się zarobić. Pod górkę od samego początku. Krzysiek poprosił ojca czy pożyczy nam gitary i będziemy sobie grać u niego w piwnicy. Zasadniczo nie nadawałem się na gitarzystę przez zbyt krótkie palce, bo wiadomo, że nie zaczynaliśmy od Dżemu, tylko od razu Metallica albo Megadeth. Więc ojciec Krzyśka widząc, jak się męczę, zaproponował mi perkusję. Zaczął uczyć grania na perkusji, nauczył czytać nuty i w ogóle wszystkiego. Mogłem przyjść, kiedy chciałem i miałem dostęp do sprzętu, by grać. Tak narodziła się moja pasja. W ich piwnicy spędziłem więcej czasu, będąc w szkole średniej, niż w domu. Bardzo często rozmawiałem sam na sam z ojcem przyjaciela o wszystkim. Interesował się mną i dawał rady, nawet życiowe i przyjacielskie. 
W pewnym momencie u mnie w domu się uspokoiło, bo ojciec zmarł. Zero jakichkolwiek uczuć względem niego. Matka zaczęła terapię i wyszła z uzależnienia. Zacząłem w końcu jakieś normalne życie, ale psychika mimo wszystko zniszczona. Poszedłem do pracy, wynająłem jak najszybciej jakieś mieszkanie i ojciec Krzyśka sprezentował mi elektryczną perkusję, która w zasadzie była dość nowym urządzeniem w tamtych czasach. Mogłem grać u siebie, nie tracąc czasu na dojazdy i powroty. Dalej był moim mentorem życiowym. Życie sobie dalej leciało, aż do pół roku przed śmiercią, gdzie pierwszy raz w życiu usłyszałem, że jest ze mnie dumny, że wyszedłem na ludzi i zawsze we mnie wierzył. Oczywiście podziękowałem na zasadzie „dzięki”, bo nie wiedziałem, co z tym zrobić. Po powrocie do domu uderzyło mnie to i po prostu się popłakałem. Najwidoczniej potrzebowałem tych słów i dodało mi to skrzydeł, by żyć jeszcze mocniej. 
I nagle zmarł. Zawał serca. Moja opoka spokoju i zrozumienia zniknęła. Nigdy mu za nic nie podziękowałem tak naprawdę i to mnie najbardziej teraz boli. Dzięki niemu nie skończyłem na ławce z browarem albo więzieniu, tylko nadał mi kierunek w życiu. 
Teraz marsz do kogoś, przytulcie i podziękujcie, bo może nie być okazji.
upadlygzyms Odpowiedz

Taki gość nie potrzebował laurki dziękczynnej.
Widział ciebie i twój rozwój. To wystarczało.

Apatia Odpowiedz

Podziękowałeś tym, że nie skończyłeś na ławce z browarem albo w więzieniu.

sassyboo Odpowiedz

ja powiem tyle: chcesz pokazać mu swoją wdzęczność? jak keidyś będziesz miał okazję zrób to samo co on dla innego młodego człowieka i pomóż mu wyjść na ludzi .. a co do faktu ze mu nie podziękowałeś... sądzę że on wiedział kim dla Ciebie jest i był z Ciebie dumny i dlatego Ci to powiedział.

Dragomir Odpowiedz

Co jak co, ale rodziców miałeś rockandrollowych.

Dodaj anonimowe wyznanie