#ocoa5
Zacznę od tego, że część studentów jest gnębiona przez prowadzących, ale tylko na jednym instytucie. Nazwijmy je sobie instytut X i Y. Na instytucie X wszelkie wiadomości na temat studenta są wyciągane z papierów z dziekanatu. Umarł Ci ojciec na raka? Prowadzący nie omieszka wspomnieć o tym przy całej grupie i udowodnić Ci, że to tylko Twoja wina. Nie nauczyłeś się na kolokwium tylko dlatego, że dzień wcześniej byłeś na pogrzebie? Przecież miałeś na to tyle czasu! Ponadto na jednych zajęciach na instytucie X byliśmy wyrzucani za drzwi podczas ćwiczeń. To nie działo się tylko wtedy, gdy nie umiałeś rozwiązać zadania, ale także gdy prowadząca miała zły dzień. Teksty „A co ty robisz w domu? Ja już w twoim wieku miałam rodzinę, a ty siedzisz na dupie i nic nie robisz” są normą.
Kiedy moja mama z dnia na dzień stała się osobą niepełnosprawną i musiałam wziąć urlop dziekański, też się nasłuchałam: „Ja bym się uczył w nocy na pani miejscu, przecież życie z osobą niepełnosprawną to nie wyrok”. Ponadto sugerowano mi, żebym zabrała papiery z uczelni, bo ze mnie informatyczki nigdy nie będzie. Poniżanie na zajęciach było normą.
Natomiast instytut Y jest inny. Nie zdążyłeś z projektem? Umówimy się na wygodny dla ciebie termin i oddasz zaległy projekt. Masz problemy ze zrobieniem zadania? Zostanę specjalnie po pracy i spróbujemy je rozwiązać. Brakło ci pół oceny do wymarzonej czwórki? Proszę się nauczyć na dopytkę i spróbujemy rozwiązać ten problem. W całym moim życiu nie widziałam tylu życzliwych prowadzących w jednym budynku. Dlatego po studiach inżynierskich rozpoczęłam magisterkę właśnie na specjalizacji z instytutu Y.
Choruję na depresję od trzech lat. Instytut Y jest powodem, dlaczego wciąż żyję. Śmialiśmy się ze znajomymi nawet, że instytut Y kształci przyszłych programistów, natomiast instytut X przyszłych samobójców.
Zawsze przy okazji takich historii zastanawiam się dlaczego ludzie nie nagrywają... przecież mamy XXI wiek, aplikacje tego typu są powszechne i nawet darmowe.
Bez dowodów to tylko puste opowieści o mobbingu, o nękaniu itd. Oczywiście, można mieć świadków (którzy albo ostatecznie się przestraszą i wycofają albo będzie próba podważenia ich wiarygodności), można mieć jakieś smsy czy maile (ale wiadomo, że takie akcje najczęściej są ustne), ale to nagrania stanowią najmocniejszy dowód, że coś takiego miało miejsce. Rzecz jasna są pewne obwarowania przy stosowaniu takich metod - mogą dotyczyć tylko rozmów, w których osobiście bierzemy udział, absolutnie nie wolno ich rozpowszechniać i komukolwiek pokazywać (za wyjątkiem sądu) nawet w zaufaniu. Czy nagrywającego mogą spotkać jakieś przykre konsekwencje? Nie, jeśli nie jesteśmy w stanie tego inaczej udowodnić, a jesteśmy ofiarą mobbingu czy nękania.
Bo jeśli nikt nic nie robi, nikt stanowczo nie występuje przeciw takim praktykom, to po prostu panuje milczące przyzwolenie na nie. Raczej trudno oczekiwać, że wykładowcy czy pracodawcy doznają nagle cudownego nawrócenia.
To okropne, ja też tak miałam na jednej z prywatnych uczelni (nie podam nazwy bo to dosyć znane kolegium). Wykładowca wprost powiedział na egzaminie, że za farbowane włosy i septum obniża ocenę o jeden stopień. Wstałam i wyszłam