#tMgRS
I to nie licząc podwyżek alimentów i faktu, że mogę alimenty płacić dłużej niż 18 lat.
#rmrMR
Nie przejdzie mi to przez gardło i nikomu się do tego nie przyznam, ale gdybym mogła cofnąć czas, to nigdy bym go nie urodziła.
#JRPlU
Właśnie w pokoju obok siedzi kochająca żona. Rozmawia sobie z jakimś kolejnym kolesiem przez internet. Do mnie się nie odzywa. Bo wczoraj nie zrobiłem kolacji.
Wczoraj siedziałem w pracy od 6 do 19. Później pomagałem koledze do 21. No niestety, nie miałem już siły na robienie kolacji.
Żona nie pracuje. Bo nie chce. Nie wymyślili jeszcze dostatecznie dobrej pracy dla niej.
Żona też nie sprząta w domu, gotuje od wielkiego dzwonu. Bo nie ma czasu. Od rana do wieczora jest TV, internet – kupa zajęć, kto by miał czas na jakieś przyziemne rzeczy, takie jak praca czy zajmowanie się domem.
Sam nie wiem, po co ciągle z nią jestem. Chyba jakiś dziwny lęk przed samotnością. Mimo że przynajmniej dwa razy zostałem fizycznie zdradzony. Psychicznie to nawet nie mam pojęcia. Chyba jednak czas z tym skończyć. Coraz częściej myślę o rzuceniu tego wszystkiego. Kredyt na głowie, praca, której nienawidzę. Dołek finansowy taki, że muszę sprzedać co się da. Oczywiście tutaj też jest foch. Bo jak to sprzedać?
Może jak chociaż zrobię porządek z pasożytem w domu, to jakoś się odbiję. Ale nie wiem, czy sam dam radę. Może jakiś ogarnięty prawnik pomoże...
#b0iem
Nie wiem, czy się domyśliliście, ale tym byłym jestem ja. To ja olałem miłość swojego życia, kobietę, która chciała ze mnie zrobić przystojnego pana w kremowym płaszczu, która kochała mnie i znosiła do pewnego czasu wszystkie moje chore akcje. Kiedy ja wolałem balować razem z kumplami, ona uczyła się na studia. Kiedy ja grałem w gry, ona jeździła do rodziny i odwiedzała przyjaciół. Odwiedzała na kawę, a nie po to, żeby chlać do nieprzytomności.
Kumple się ożenili, wyglądają jak mąż mojej byłej, a ja ciągle wyglądam jak szczyl w dziurawej bluzie. Koledzy nie mają już czasu. Mają rodziny, kariery, kredyty i poukładane życie. A ja ciągle w tym samym miejscu. Z pracą za najniższą krajową, bez pasji, mieszkając kątem u mamy, bo przecież mnie nie wyrzuci. I dzisiaj dopiero tak naprawdę do mnie dotarło, że wstydzę się tego, kim się stałem. Gdy ją zobaczyłem, miałem ochotę uciec, zapaść się pod ziemię. Było mi wstyd, tak strasznie wstyd, że ogląda mnie takim. Nienawidzę siebie.
#rsXkw
Ostatnio zaczęłam poszukiwania telewizora do pokoju syna, tak żeby te 32 cale chociaż miał, ale ludzie chcieli zawrotne 500 zł, więc stwierdziłam, że syn się musi zadowolić tv boxem podłączonym do monitora.
Pewnego wieczoru patrzę, a pod śmietnikiem stoi telewizor, taki większy, 40 cali. W głowie pojawiła mi się myśl: czy można mieć takie szczęście? Postanowiłam go zabrać. W domu okazało się, że ma plamkę, która nie przeszkadza w oglądaniu.
Czy jestem z siebie dumna? Jestem. I nie czuję się gorsza, biorąc spod śmietnika rzeczy, które są mi potrzebne. Na działce wszystkie meble mam ze śmietnika. Na Fb prężnie rozwijają się grupy śmieciarkowe, ale jednak nie wszyscy o nich wiedzą. Nie potrzebujesz czegoś? Wystaw na śmieciarce. Ktoś może akurat tego potrzebować :)
#u8IdN
W moim przypadku tym „dzieckiem” jest mąż.
Ja piorę, gotuje, sprzątam... On leży, bo jest wiecznie zmęczony.
Każda próba proszenia go o cokolwiek kończy się obrazą z jego strony, obraża się jak 5-latek, no bo jak mogłam mu zwrócić uwagę, że nic nie robi.
Wiecznie zmęczony i bez obowiązków w domu, bo on przecież pracuje.
Jakby nie widział, że oboje pracujemy.
#az36N
Planujemy z narzeczonym wziąć ślub za 2 lata. Problem w tym, że nigdy nie umiałam zawierać relacji. Nawet jeśli początek zaczynał się dobrze, w końcu coś palnęłam albo zrobiłam i... samoistnie relacja się urywała. O ile nie przepadam o tym mówić, w tej historii to dość istotne – mam ASD (Aspergera). To powoduje, że nie czuję się komfortowo, poznając kogoś, a przede wszystkim utrwalając poznane znajomości. Nie wiem, jak to się robi. A brutalna prawda jest taka, że albo wyjdziesz z inicjatywą, albo nikt się do ciebie nie odzywa. Nie udało mi się na studiach nikogo poznać. Pewnie głównie z mojej winy, ale ja nie o tym.
Stresuje mnie sama myśl o ślubie z jednego powodu. Gdy powiedziałam mojej znajomej o zaręczynach, spytała się sarkastycznie, czy będzie jedyna na tym weselu (widzimy się raz na ruski rok, trochę piszemy, kontakt się lekko urwał po liceum). Zaśmiałam się i zmieniłam temat. Ale od tej pory faktycznie zaczęłam się martwić. Nie mam nikogo, kto mógłby być moją druhną. Pierwotnie planowałam ją poprosić, skoro znamy się od... 5 lat? Jakoś tak. Ale po tym żarcie już sama nie wiem. Może przesadzam? Mój narzeczony to z kolei całkowite moje przeciwieństwo; multum znajomych, dusza towarzystwa. Wstępnie wygląda to tak, że z mojej strony będzie tylko rodzina i ta koleżanka.
Zazwyczaj nie potrzebuję innych, dobrze mi w „swoim świecie”. Ale jak tylko myślę o tym, że nie mam z kim zrobić wieczoru panieńskiego, nie będę miała zdjęć z druhnami... jest mi przykro. Uderzają wtedy wszystkie kompleksy naraz. Że nigdy nie będę na tyle ciekawa i „normalna”, aby udało mi się zdobyć relację na dłużej. I że na starość będę sama. Nie dlatego, że wszyscy są źli. To będzie tylko i wyłącznie moja wina.
#QlnSr
Kiedy jakiś złodziejaszek wyrwał mi telefon z ręki, to goniąc go, mogłem sobie chociaż nadal słuchać muzyki :)
#TWWUO
Sama nie wiem już co mam robić. Mąż każe mi się nie wtrącać, ale na samą myśl o tym, że ta baba znowu będzie się nad nimi znęcać psychicznie, aż mną telepie. Tylko nie wiem co robić. Nagrywam te krzyki od jakiegoś czasu, ale nie wiem czy to coś da. Serce się kraje.
Podejrzewam, czemu we mnie taka silna potrzeba pomocy. Od roku staramy się z mężem o dziecko i niestety, nie wychodzi. Jesteśmy zdrowi obydwoje, ale nic to nie daje. Staram się tym nie przejmować i nie gnębić, bo wiem w głębi duszy, że kiedyś będziemy mieli własne bobo. Boli mnie jednak myśl, że ta kobieta ma wszystko to, za co ja dałabym się pokroić, i jeszcze tego nie szanuje. Że krzywdzi własne dzieci, istoty, które powinna chronić i otaczać miłością. Po prostu strasznie mnie to negatywnie nakręca i nie mogę przestać o tym myśleć, ilekroć jestem w domu i zaczyna się jej „koncert”.