Chodząc do galerii, często oglądam się za ludźmi i oceniam ich wygląd lub figurę... Pewnego dnia, będąc na zakupach i szukając jakiegoś ciuszka, kątem oka zobaczyłam jakąś dziewczynę. „Jezuu, jaka brzydka i gruba” – sobie pomyślałam...
To byłam ja w odbiciu lustrzanym :d
Kocham mojego męża, jest cudownym człowiekiem, chcę z nim spędzić życie. Męczy mnie jednak pewna rzecz.
Jestem w 6 mies. ciąży. Niestety jest ona zagrożona, muszę większość czasu leżeć i odpoczywać, jeśli chcę ją donosić. Staraliśmy się o dziecko przez 3 lata. Szkoda byłoby ją teraz stracić, kiedy w końcu się udało.
Zarabiam netto 4200 i tyle dostaję, będąc na L4 w ciąży. Mój mąż pracuje zdalnie i zarabia 2600 zł.
Nie przeszkadzało mi nigdy, że zarabiałam więcej od niego. Wszystkie pieniądze i wydatki traktujemy od zawsze jako wspólne, jesteśmy rodziną i zespołem. Problem jednak w tym, że przez sytuację w Polsce nasze zarobki już nie wystarczają na nasze potrzeby. Rosnąca rata kredytu, koszty życia, dziecko w drodze. Będąc na L4 nie mam siły ani możliwości podjęcia dodatkowej pracy, aby podreperować budżet. Jedyne co mogę robić, to wystawiać na sprzedaż niepotrzebne rzeczy z domu i ubrania. Zarobiłam tak już kilkaset złotych. Próbowałam rozmawiać z mężem, żeby i on zastanowił się nad dodatkowym zarobkiem. Na jego zgodzie, że coś trzeba zrobić, zwykle się kończy. Były pomysły, żeby znalazł coś na weekendy czy popołudnia, ale na gadaniu się tylko skończyło. Na co dzień nie ma ciężkiej pracy. Siedzi przy komputerze 8-16, nie musi dojeżdżać do biura i nieraz pracował przez cały dzień w piżamie. Jego obowiązki w firmie nie są wymagające czy obciążające psychicznie, najtrudniejsze jest to, że musi być cały czas czujny przez 8 h i reagować na zapytania. O 16 wyłącza komputer i ma już wolne. Jest czas na tiktoki, konsole, przytulanie i głaskanie brzucha. Ale nie ma czasu i chęci na to, aby zadbać o mój komfort psychiczny, abym nie musiała się stresować każdego dnia nad naszym budżetem domowym. Nie wiem jak na niego wpłynąć i dać mu do zrozumienia, że jeżeli ja poświęcam swoje zdrowie, energię i siły, aby stworzyć dla niego syna, on powinien użyć swojej energii i siły, aby zadbać o rodzinę, która stworzyliśmy. Nie biorę rozstania pod uwagę, chcę, abyśmy poradzili sobie z tym problemem razem. Chciałabym poczuć, że poczuwa się do odpowiedzialności przejęcia obowiązku bycia głową rodziny.
Pracuję jako taksówkarz 20 lat i wożę naprawdę dziwnych ludzi – a to pijaną parę z imprezy, która urządza sobie sypialnię na mojej tylnej kanapie, jakichś dziwnych metalowców, nawet był taki sympatyczny 27-latek, ubrany w ciuchy robocze, kurs był na szpital, a chłopak bez mrugnięcia okiem trzymał szmatę na pozostałości lewej ręki (kurs miał oczywiście za darmo). A niedawno zadzwoniła do mnie na komórkę jakaś zapłakana dziewczyna, podała mi adres i miałem się zjawić jak najszybciej. Przyjechałem na miejsce w trzy minuty (byłem w okolicy po poprzednim kursie), lecz tutaj sytuacja mnie zaskoczyła. Dziewczyna nie chciała nigdzie jechać, tylko poprosiła mnie o to, abym zabił jej pająka na schodach... A pająk nie był jakiś duży, zwykły krzyżak, ze 4 cm. Dostałem za to 30 zł.
Ludzie potrafią zaskakiwać :)
W mojej rodzinie brakuje komunikacji. Rodzice nie potrafią powiedzieć, że coś trzeba zrobić, coś trzeba im pomóc. Jestem leniwa. To prawda. Jestem też niedomyślna i nie zauważam wielu rzeczy. To niestety jest moja wada, przez którą często mam wyrzuty sumienia. Potrafię przejść po koszulce, nie zauważając jej. Rodzice zamiast powiedzieć, że mam coś zrobić, przychodzą do mnie i krzyczą, że nic nie pomagam, nic nie robię i oczywiście standardowy tekst, że u siebie to mogę mieć syf i tak dalej. Często też gdy coś zrobię z własnej woli, albo tego nie zauważają, albo śmieją się, że jestem chora, cud nastąpił, zapiszą to w kalendarzu lub abym się nie przemęczyła. Oczywiście jest to bardzo zniechęcające i upokarzające. Szczególnie przy gościach. Często też w ich oczach biorę się nie za to co trzeba i np. mama mówi, że sama sobie by to zrobiła – „ty źle to robisz”.
Prawda jest taka, że wystarczy powiedzieć, a ja robię to bez gadania. Powiedz – ja po prostu to zrobię. Może nie idealnie, ale się postaram.
Moi rodzice zamiast powiedzieć wolą się na mnie wyżyć, co doprowadza mnie nieraz do płaczu.
Jeszcze przed moją I Komunią zamiast „pełne są niebiosa” śpiewałam „pełznie sobie wiosna”. Nie mam pojęcia skąd mi się coś takiego wzięło. Dowiedziałam się o tym, że źle śpiewałam, gdy na mszy dla dzieci ksiądz podał mi mikrofon właśnie w tym momencie.
Trauma do mikrofonów chyba nigdy nie zniknie.
Moja dziewczyna kompletnie o siebie nie dba. Je bez opamiętania, nic się nie rusza, żeby poprawić swoją sylwetkę. Ostatnio gdy wybieraliśmy się na wesele, to ubrała jakąś dresową sukienkę, włosy miała przytłuste i zero makijażu. Oczywiście nie lubię sztucznych lal, ale lubię, gdy kobieta dba o swój wygląd. Nawet bieliznę nosi rozciągniętą. Ma czas, żeby pójść pobiegać albo pojeździć na rowerze, ale jej się nie chce. Ostatnio byłem na spotkaniu biznesowym z moją dziewczyną, która jak zawsze wyglądała nieświeżo, było mi za nią wstyd przed kolegami i współpracownikami. Namawiam ją na wspólne ćwiczenia, ale ona twierdzi, że nie chce, nie lubi, nie czuje potrzeby. Sugestie pójścia do fryzjera czy zrobienia czegokolwiek, by poprawić swój wygląd, typu siłownia, wyjazd do spa, zmiana garderoby itp. zbywa, śmiejąc się, że ona etap polowania na facetów ma za sobą i nie musi nic nikomu udowadniać. No niby tak, ale wydawałoby się, że powinna chcieć chociaż mi się podobać, innym naprawdę nie musi. Kilka lat temu, na początku naszego związku, było inaczej, naprawdę się starała – fryzjer, kosmetyczka, paznokcie itp. Nigdy nie była szczupła i mi to nie przeszkadzało, ale jeśli ma problem z zawiązaniem butów, to chyba coś jest nie tak? Mam wrażenie, że okrzepła z myślą, że skoro jesteśmy razem od wielu lat, to będzie tak już zawsze, ale ja chyba powoli wycofuję się z tego układu. Mam dość, zamiast czułości i miłości odczuwam do niej coraz większą niechęć.
Ostatnio przeżyłam swój zupełnie niezamierzony coming out. Przed rodzicami nigdy nie miałam tajemnic, udało im się to zaakceptować dawno temu, teraz dostęp do tajemnej wiedzy o mojej orientacji uzyskała dalsza rodzina – wujkowie, ciotki, dziadkowie, babcie i cała reszta. Nikt nie stanął ze mną oko w oko, by przedstawić swoją opinię, zresztą nie za bardzo mnie one obchodzą. Za to telefony do mojej mamy się urywały – cały tabun zmartwionych cioć i wujków postanowił dać mojej mamie lekcję rodzicielstwa.
1. To dlatego, że mama do 10 roku życia nie pozwalała mi malować paznokci, a w ogóle to ciocia Danka widziała, że ja nawet kolczyków w uszach nie mam. Tak to jest, jak się nie zaszczepia genu pudernicy w małych dziewczynkach!
2. Jak wujek Rysiek chciał wziąć małą na kolana, to fochami rzucałaś, już wtedy powinnaś wiedzieć, widziałaś, jak się darła!
3. Bo jakieś sporty pozwoliłaś jej uprawiać, ja pamiętam, że ona mecze z ojcem oglądała!!!
4. A chłopa to jej próbowaliście znaleźć? Przecież to ładna dziewczynka, na pewno by sobie jakiegoś dobrego kawalera przygruchała.
5. Rzeczywiście, ja to jej nigdy w kiecce nie widziałem.
6. To nie może być prawda, przecież rozmawia z chłopakami (???)
7. Ty uważaj lepiej, żeby tej młodszej nie zaraziła.
Moją faworytką jest ciocia Krysia. Kochana ciocia zasugerowała, że mama powinna poszukać winy u mojego taty. On zawsze taki podejrzany jakiś, blisko mnie, pewnie mnie molestował i się teraz boję facetów. Spytała również, czy ja kiedykolwiek spałam z facetem, bo jeśli nie, to przecież nie mogę wiedzieć, że mi się nie podobają.
Przynajmniej nie mówili nic o piekle.
Nie wiem co ze mną nie tak. Czuję się okropnie samotna. Mam stwierdzoną depresję i jak przypuszczam, również lęk społeczny, który nasilił się w ciąży i po porodzie. Ostatnio oglądałam relacje moich znajomych i dziewczyny ze szkoły rodzenia się spotkały razem z dzieciaczkami. Bardzo mnie to zabolało. Myślałam, że się z nimi dogadywałam, starałam się rozmawiać, poruszać tematy różne, nie tylko dziecięce. Ale nigdy nikt mnie nigdzie nie zaprasza. Czuję się, jakbym była kimś, kogo zwyczajnie nikt nie chce w towarzystwie, ale nie wiem dlaczego... Nie mówię wiecznie o sobie, raczej staram się mówić na czyjś temat, nie narzucam się, nie wtrącam... Staram się być towarzyska mimo choroby. „Koleżanki”, które posiadam też się nie odzywają, nawet nie odpisują mi od razu, tylko np. po dwóch dniach. Nigdy nie czułam się tak samotna jak teraz. Partner ciągle wychodzi do kolegów, odzywają się do niego normalnie, a ja się czuję jak nikt. Nie umiem utrzymać znajomości jakiejkolwiek. Mam tylko rodzinę, ale mi to nie wystarcza. Boli mnie, gdy patrzę na relacje i życie znajomych, bo oni to życie jakieś prócz domu mają. Nie rozumiem tego, naprawdę. Czasem mam ochotę napisać do którejś znajomej, zapytać zwyczajnie co ze mną nie tak, że nikt mnie nie chce w towarzystwie, ale to byłoby swego rodzaju upokorzenie...
Tyle, potrzebowałam to gdzieś napisać. Psycholog zamknął działalność i zostałam sama ze swoim problemem.
Gdy miałam ok. 5-6 lat, znalazłam ślicznego, tłustego ślimaka w skorupce. Zaniosłam go do domu na rękach i zrobiłam mu domek w słoiku. Uważałam go za kochanego pupilka i nazwałam Janusz.
Pewnego razu jadłam chipsy i stwierdziłam, że mój Janusz też chce zjeść. Nie wiedziałam, że ślimak przy zetknięciu ze słonym chipsem zacznie się rozpuszczać...
Przerażona wbiłam w rozpuszczającego się Janusza termometr i stwierdziłam, że ma gorączkę. Pobiegłam ze ślimaczkiem w słoiku do mamy, wołając, że z moim pupilkiem trzeba na OIOM, ale wytłumaczyła mi, że nic mu już nie pomoże...
Widok rozpływającego się Janusza mam przed oczami do dziś, a każde wspomnienie przyprawia o wyrzuty sumienia :/
Gdy byłam mała, ojciec mnie bił. Nie tylko mnie, mamę i brata również. Nie było nigdy jakiegoś szczególnego powodu. Czasem leżałam na łóżku i znienacka wbiegał i dostawałam pasem za choćby to, że mój młodszy brat coś nabrudził i nie jest posprzątane, za to, że na łóżku, na którym leżę, koc jest nieposkładany lub czasem nawet nie wiadomo za co. Często również za to, że zachowywaliśmy się z bratem „zbyt głośno” – po prostu śmialiśmy się lub wygłupialiśmy, jak rodzeństwo. Ale kiedy widział nas uśmiechniętych, dostawał szału. Bił, nie patrząc gdzie celuje. Mogło być po twarzy, brzuchu, potrafił mnie popchnąć tak, że uderzałam o coś. Czasem wydawało mi się, że lubi patrzeć, jak cierpimy.
Gdy byłam coraz starsza, bałam się coraz mniej. Gdy chciał mnie uderzyć, sama „nadstawiałam policzek”, uprzedzając, że od razu dzwonię na policję. Mimo że byłam mała, wiedziałam, że ma wyrok w zawieszeniu za pobicie. Z czasem przestał.
Nienawidzę go za to wszystko. Mamy również. Widziała wszystko i pozwalała lać mu siebie i nas. Teraz jest dumna, że przetrwała to wszystko. Dla mnie to żałosne. Dać traktować jak jakiegoś śmiecia siebie i dzieci tylko po to, aby nie zniszczyć rodziny. Bo co ludzie powiedzą. Czekam tylko jeszcze rok, aby skończyć szkołę i nigdy więcej go nie zobaczyć.
Dodaj anonimowe wyznanie