Mam orzeczenie o niepełnosprawności. Od kilku lat uczęszczam do Środowiskowego Domu Samopomocy. Szczerze uwielbiam to miejsce, mam tam wielu fajnych znajomych, ale przeraża mnie, że część rodziców niepełnosprawnych osób robi z nich niechcący jeszcze większe kaleki bezustannym wyręczaniem i pozwalaniem na wszystko.
Przykład z brzegu: chłopak lekko upośledzony, ale sprawny fizycznie, który mógłby bez kłopotu nauczyć się pewnych rzeczy. Tymczasem na skutek ciągłego wyręczania przez matkę wyrósł na totalną pierdołę i lenia z rękoma w kieszeni, którego przerastają nawet takie czynności jak nalanie wody do dzbanka czy poodkurzanie. Zawsze odpowiada „nie mogę” lub „nie umiem”. Naprawdę nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nagle zabrakło jego matki. Chyba skończyłby w kartonie pod mostem. Najgorsze, że on w ogóle nie ma świadomości, że kiedyś będzie musiał dojrzeć, a i matka chyba nie widzi w tym problemu.
Inny przykład: chłopak, którego matka pozwoliła się totalnie zdominować i jest praktycznie sterroryzowana. Widać, że nigdy nie dostał nawet solidnego ochrzanu, bo przecież „jest chory”.
Mnie też mama dużo w życiu pomogła, ale w domu istniała też dyscyplina, podział obowiązków, nikt mnie nie zapewniał, że wszystko się samo zrobi. Za jakiś czas, już na starość, ich rodzice będą pluć sobie w brodę i zastanawiać się, gdzie popełnili błąd.
W przyszłym roku biorę ślub, ale ostatnio zaczęły mną mocno targać wątpliwości. Wszyscy z mojego otoczenia uwielbiają mojego narzeczonego, bo chłopak rzeczywiście jest wspaniały – mądry, pracowity, pełen życia i z niebanalnym poczuciem humoru. Nawet moje najbardziej kapryśne przyjaciółki są do niego przekonane, a rodzina nawet chyba woli jego ode mnie. To mnie uważają za osobę trudną.
Sama nie wiem, na czym dokładnie mój problem polega. Nie było go teraz w Polsce dwa miesiące – delegacja. Nawet nie bardzo tęskniłam. Żyłam sobie jak chciałam, nie musiałam się martwić, że karton po butach stoi na korytarzu od tygodnia i P. na pewno się dowali, albo że się garbię, albo za długo patrzę w telefon. Robiłam sobie do jedzenia, co chciałam, nie słuchałam pretensji o to, że znowu coś jest z pomidorów albo czemu są pieczarki w jajecznicy. Chodziłam do pracy, do kina, na spacery sama, gdzie normalnie tego nie robię, bo nie mam czasu albo ochoty. Przy nim scrolluję telefon, nie jestem zainteresowana niczym, nie mam na nic energii. A sama? Chata posprzątana na błysk, wycieczki piesze, rowerowe, spotkania z koleżankami, normalnie luz. Czułam się, jakbym była na urlopie. Dla nikogo nie musiałam się non stop starać, non stop myśleć, czy przypadkiem P. nie będzie zły o coś tam.
Nigdy nie czułam się tak zrelaksowana. Na co dzień mam ataki paniki, drżą mi ręce, mam czasami trudności z oddychaniem i ciągłe uczucie niepokoju. Tłumaczyłam to sobie nerwową pracą, ale teraz myślę, że to może być przez mojego partnera. Nie zrozumcie mnie źle, jest wspierający, ale jednocześnie mocno krytyczny i złośliwy. Typ z tych, który zawsze się musi przyczepić dla zasady. Sam z tego żartuje, że nawet jak mu się coś podoba, to i tak skrytykuje, żeby ktoś na laurach nie osiadł. Zawsze też musi mieć przeciwne zdanie, choćby w głębi duszy się z tobą zgadzał. Fajnie jest sobie czasami podyskutować, tylko jak idziecie na zakupy i bierzecie makaron rurki, to on twierdzi, że rurek nie lubi, że to najgorszy makaron, odkładasz rurki, bierzesz spaghetti, a on pyta, czemu rurek nie bierzesz i po co odkładasz te produkty. Ja wiem, że to niby nic, nie jest to przemoc, ludzie mają dużo gorszych partnerów, ale męczy. Po 8 latach razem już zwłaszcza męczy. A tak to szłam sobie do sklepu, brałam co chciałam i nie musiałam się martwić, że gąbka do naczyń będzie nie taka i znowu będę musiała dyskutować 15 minut, czemu taką wzięłam, czy nie było innych i udowadniać jej wyższości nad innymi gąbkami.
Teraz jak o tym myślę, to nic dziwnego, że jedyne na co mnie stać po powrocie do domu, to bezmyślne scrollowanie telefonu. Sama nigdy nie tłumaczyłam mu tego, bo jakoś niedawno ta prawda na mnie spadła. Jak kiedyś powiedziałam, że mnie stresuje, to stwierdził, że nie mam robić z niego potwora. I nie robię, po prostu przy nim czuję takie permanentne zmęczenie.
Niedawno przypomniałam sobie pewien moment.
Gdy byłam w 2 czy 3 klasie szkoły podstawowej, zapomniałam pożyczyć zeszyt od koleżanki, a nie było mnie w szkole. Wróciłam do domu i przypomniałam sobie o tym fakcie. Matki jeszcze nie było, a ja wpadłam w histerię i błagałam Boga przez dwie godziny, żeby na mnie nie krzyczała i żeby nie biła.
Teraz widzę, jak bardzo bałam się mojej matki i jakim tyranem była.
Po 4 latach zakończyłam związek z osobą, która mnie okłamywała prosto w oczy, ćpała, pożyczała pieniądze od szemranych typków, ode mnie też oczywiście. Wiele razy dawałam mu szansę, wybaczałam, zapewniałam, że razem damy radę. Oddałam mu serce na dłoni, a on zapożyczył się znowu na ogromną sumę, a ludzie, którzy mu ją pożyczyli, przyszli do naszego mieszkania odzyskać zadłużenie... Nigdy się tak nie bałam, to był moment kulminacyjny. Wyrzuciłam go z domu, zażądałam też zwrotu moich pieniędzy (w tysiącach). I wtedy zobaczyłam jego prawdziwą twarz.
Przestał ukrywać się z tym, że ćpa, bałam się przebywać we własnym mieszkaniu. Zarówno on, jak i jego mama nie widzieli żadnego problemu, jedyne co od niej usłyszałam (po 4 latach utrzymywania, wychowywania i pracy, żeby jej syn wyszedł na ludzi i nie stoczył się do końca), to „spłaciliśmy jego długi, nie ma problemu, możesz dalej z nim być”. Jak powiedziałam, że nie będę już więcej wychowywać tego człowieka, zaczęła się na mnie nagonka, jaka to ja nie jestem, że wyrzucam go z mieszkania, że przecież on ma problem, że tak nie wolno (ale jak niszczyć innym życie, to już wolno).
Aktualnie jestem dumna z siebie, że pozbyłam się tej osoby z mojego życia, mimo że psycha siadła mi totalnie. Nie śpię po nocach, a jak już, to budzę się z przerażającymi koszmarami, tysiąc razy patrzę, czy drzwi są zamknięte, idąc ulicą, rozglądam się, a każdy, kto na mnie spojrzy, jest podejrzany, jak ktoś zapuka do drzwi, dostaję ataku paniki. Wiem, że zrobiłam dobrze, a napisanie tego było bardzo oczyszczające.
Pamiętajcie, że każdy może popełnić błąd, ale kiedy cały czas robi to samo i jest przekonany, że i tak wybaczysz, to już jest wybór, a ta osoba jest toksyczna i zepsuta. Nie daj się wykorzystywać, stawiaj siebie ma pierwszym miejscu.
Ostatnio usłyszałam taką historię: pierwsza klasa SP. Zebranie rodziców z dziećmi i wychowawczyni. Wychowawczyni zaprasza mnie do biurka, podaje książkę i prosi, żebym przeczytała wskazany fragment. I tu moja mama opowiada, że zapadła się w sobie, oczekiwała, że będzie się wstydzić, bo będę dukać. Jakże się zdziwiła, kiedy okazało się, że jako jedno z niewielu dzieci w klasie czytam płynnie, wyraźnie, z użyciem znaków przestankowych.
Byłam zaskoczona. Nie wierzyłaś we mnie? – zapytałam. Nie wierzyłam – powiedziała. – Czułam wstyd, dopóki nie usłyszałam, że pani cię chwali.
Wstyd? Tak, powinna czuć wstyd. Że tak bardzo skupiła się na moim bracie, że nie widziała, że już w zerówce płynnie czytałam.
W przedszkolu, do którego chodzi mój syn, zapytano dzieci, jakie imiona mają ich rodzice.
Witam, nazywam się Mama Kotek, a mój mąż to Tata Pysiek.
Pech? Każdy go ma. Ale jak się przypałęta, to kilka naraz...
Zaspałam do pracy, wybiegłam z domu, ale zapomniałam telefonu, więc wróciłam po niego. Zerwała się ulewa, musiałam zmienić kurtkę i buty. A czas leci. Przy bramie klucze wpadły w kałużę, wszystko mokre, kłódka się zacięła, ale zwalczyłam ją.
Wyjeżdżałam przez bramę, skrzydło walnęło w auto. Blacha wgnieciona. No nic, jadę.
Po drodze korek, bo stłuczka. Ale barany nie zepchną aut na pobocze, choć nikt nie ucierpiał, twardo czekają na policję... No nic, udało się dojechać do pracy na styk. Wysiadam z auta – telefon wypadł z kieszeni, trzask na chodniku. Ożeż..!
Pozbierałam elementy układanki, wpadam do roboty. Myślę sobie: napiję się kawki, już będzie dobrze. Składam telefon – wow, działa! Ooo, trzy nieodebrane. Dostawca miał awarię w trasie i nie dowiezie mi ważnego towaru. No nic, wsiądę w autko i pojadę te 60 km przejąć przesyłkę, bo mnie klient zabije, jeśli nawalę, obiecałam przecież towar...
Jadę, oczywiście korek, bo tir zahaczył pobocze i skręciło go, no zdarza się przecież. Tylko modliłam się, by nie złapać gumy. Znalazłam kierowcę, odbieram paczkę, mówię – a zaglądnę sobie – no tak, nie moja... Ale myślę – mądra jestem, że nie odjechałam! Szybka zamiana i w drogę. Klient dzwoni, że czeka na towar. No przecież pędzę! Zresztą i tak jadę, zawiozę panu na budowę. Znam skrót! Zabłądziłam... Po godzinie dotarłam, głodna i zła jak osa, ale paczka dostarczona. Uff, myślę sobie, teraz tylko z górki. A w tym momencie cofająca koparka wjeżdża mi w auto. Zjechała policja, inspekcja pracy, bo kierowca pijany, więc znowu czekamy. Dostałam ataku śmiechu, takiego z bezradności. Potem się popłakałam. Takie babskie zmiany nastroju.
Wieczorem poszłam do kolektury, przecież jak taki pechowy dzień, to muszę trafić tę szóstkę! Nie trafiłam ani jednej liczby.
Historia sięga czasów, kiedy w większości domów był telefon stacjonarny. Był wtedy taki bajer, nowość, że można było na stacjonarny wysłać SMS-a (w sumie nie wiem, czy dalej jest coś takiego, czy już umarło śmiercią naturalną).
W domu czekała na mnie współlokatorka, bo się umówiłyśmy, że pójdziemy razem do kina. Ponieważ spóźnił się autobus, zaczęłam wydzwaniać na nasz stacjonarny, ale nie odbierała (koleżanka nie miała komórki, więc stacjonarny był moim jedynym kontaktem). Postanowiłam więc spróbować nowinki i wysłać jej SMS, że jestem blisko.
Gdy dotarłam do domu, zastałam współlokatorkę bladą jak ściana. Okazało się, że SMS w stacjonarnym działa w ten sposób, że telefon dzwoni i maszyna odczytuje treść SMS-a. Tak więc koleżanka, która była sama w domu, wyszła spod prysznica, odebrała telefon i... usłyszała w słuchawce metaliczny głos jak z horroru, mówiący: „Jestem blisko”...
Powiedziała mi później, że nigdy wcześniej tak się nie bała ;)
O tej historii prawie zapomniałam, ale jak o tym pomyślę, to przechodzą mnie ciarki.
Byłam małą dziewczynką i mieszkałam na wsi. Zarówno mój tata, jak i dziadek mieli swoje biznesy, przez co wielu okolicznych rolników do nas po coś przyjeżdżało. I jak to na wsiach bywa, każdy każdego zna. Pewnego razu bawiłam się sama przy lesie, a koło mnie zatrzymał się samochód. Był to jeden z typowych rolników i spytał się, czy nie wiem, gdzie mieszka pan X, czyli mój tata. A ja jako pomocne dziecko powiedziałam, że wiem i że go pokieruję... po czym wskoczyłam do samochodu – obcemu starszemu facetowi, którego nigdy nie widziałam na oczy – i zaczęłam nawigację: tutaj proszę skręcić w lewo, tutaj w prawo. Dojechaliśmy do mojego domu, ja się pożegnałam i pognałam dalej bawić się w lesie.
Tyle.
Nic się nie stało, moi rodzice nigdy się nie dowiedzieli. Nikt mnie nie skrzywdził, nie molestował. Ale czasem jak pomyślę, że miałam więcej szczęścia niż rozumu, to mnie mrozi.
Kilka lat przyjaźni, spotkań, wyjazdów, rozmów „od serca”, zakupów, pomocy w realizacji różnych pomysłów i projektów, wsparcia mentalnego, czasem finansowego, bo przyjaciółka ma wolny zawód. Podwożenie na zajęcia, warsztaty, podwożenie do domu. Ona artystka, „zbyt wrażliwa na etat”. Ja miałam stałą, etatową pracę. Reklamowałam moim znajomym usługi przyjaciółki, żeby miała na życie.
Niestety ostatnimi czasy zauważyłam, że stosuje gaslighting i pewne formy manipulacji. Zmieniła się, zaczęła wywierać na bliskie osoby presję, zaczęła układać im życie i używać trybu nakazowego. Kiedy ktoś nie postąpił, jak mu wymyśliła, był foch i obgadywanie tej osoby z innymi znajomymi. W końcu wpadła na kolejny super pomysł, którego nie popierałam i powiedziałam jej o tym podczas swobodnej rozmowy przy herbatce. Wtedy usłyszałam o sobie takie rzeczy, że brwi mi podjechały ze zdumienia do linii włosów. Byłam w szoku, słysząc o tym, jak bardzo samolubna i ograniczona jestem, jak niewrażliwa, bez polotu, nudna i do tego złośliwa. Dodatkowo dostało się mojej inteligencji. A fakt, że nie zgadzam się z jej hiper pomysłem świadczy o tym, że jej nie wspieram i jestem zazdrosna o jej sukcesy. Ogólnie – obniżam jej poziom, źle wpływam na jej wibracje i mam natychmiast opuścić jej mieszkanie.
Wyszłam, zamierzałam poczekać, aż jej przejdzie, zadzwonić może za dzień czy dwa...
Tymczasem zanim dojechałam do domu, ona usunęła z FB mnie i wszystkich z mojej rodziny, których poznała za moim pośrednictwem. Super.
Żadnych złudzeń na powrót do tej relacji. Za to od tego czasu poznałam tak wielu cudownych, życzliwych ludzi, że jednak dziękuję za tamten wieczór.
Dodaj anonimowe wyznanie