#KscQR

Jutro są moje 40. urodziny. Ważna data dla kobiety, można powiedzieć, pewien przełom. Znacie serial „Seks w wielkim mieście” i jego bohaterki? Super przyjaciółki, co nie? Otóż do dzisiaj wydawało mi się, że też takie mam.
Każdej z nich organizowałam któreś urodziny – znamy się od dziecka, więc pierwsze były „sweet sixteen” Ani. Potem osiemnastka Magdy, a niedawno 35 Malwiny. W międzyczasie śluby, rozwody, dzieci, poronienia. Ja zawsze w pogotowiu z chusteczkami i flaszką w ręku. Czy one były przy mnie, kiedy ich potrzebowałam? Czasami tak, czasami nie – życie się różnie układa, nie przez cały czas byłyśmy blisko. Ale przez ostatnie 5 lat jesteśmy – jak mi się wydawało – super paczką, więc zaprosiłam je wszystkie na drinka z okazji moich urodzin. Żadna nie przyjdzie. ŻADNA. Dlaczego? Z bardzo ważnych powodów – jedna ma lekcje pianina, druga pływa tego dnia żaglówką, a trzecia nie ma z kim zostawić dziecka. 
Dodam jeszcze, że jestem sierotą (taką na serio, moi rodzice umarli) i niedawno się rozwiodłam. Zamówiłam dekoracje na te pieprzone urodziny za 300 złotych. I tort. Zeżrę go sama. Taki los. 
Happy birthday to me!

#fBtGf

Wiecie co mnie najbardziej irytuje w ludziach? To, że oceniają po pozorach i już tłumaczę dlaczego.

Mam 22 lata i dwoje dzieci. Razem z mężem mieszkamy sobie w skromnym mieszkaniu, raz jest lepiej, raz gorzej, ale dobrze nam ze sobą i nie zamieniłabym tego na nic innego w świecie. Wśród znajomych z dawnego gimnazjum mam opinie puszczalskiej, która nie umie się zabezpieczyć przed ciążą i wpadła dwa razy. Dawni znajomi ze mną nie rozmawiają, usuwają z fejsa, bo brzydzą ich zdjęcia moich dzieci. Dobra, trudno, niech sobie myślą i robią co chcą, nie moja sprawa.
Córkę urodziłam, jak miałam 18 lat, syna – gdy miałam 20. Młodo, prawda? Pewnie zaraz zaczniecie mnie osadzać i oskarżać, tak jak inni, ale musicie wiedzieć, że nie miałam innego wyjścia. Zapytacie pewnie dlaczego. Ano dlatego, że jestem w grupie wysokiego ryzyka na zachorowania na raka piersi i jajników. Moja babcia na to zmarła, gdy miała 37 lat, moja matka ledwo wygrała z nim walkę, a siostra nadal walczy. Ja będę miała usuniętą macicę w przyszłym roku. Jeśli chciałam mieć dzieci, to tylko teraz. Razem z mężem się na to zdecydowaliśmy, bo chcieliśmy mieć własne dzieci. 

Nikomu o tym nie mówię, bo to drażliwy dla mnie temat i ludziom nic do tego. Ale przykre to jest.

#EsQcL

Pewna pani niedawno odeszła w naszej firmie na emeryturę. Bardzo ją lubiliśmy wszyscy. Zawsze też pomagaliśmy. Do jej obowiązków należało między innymi rozdzielanie wody pracownikom w gorące dni oraz dostarczenie tej wody z magazynu na poszczególne działy. Jeździła wózkiem elektrycznym, ale przy załadunku i rozładunku wyręczały ją chłopy z produkcji, choć nie należało to do naszych obowiązków, no ale przecież nikt nie będzie kazał nosić starszej pani ciężarów. A taka zgrzewka półtoralitrówek trochę jednak waży.

Ta starsza dobrotliwa pani została niedawno zastąpiona młodą, energiczną, pewną siebie i zadziorną feministką. W dodatku mocno wojującą. Sama się chwaliła, jak bierze udział w marszach, a niekiedy przemawia do mikrofonu, zagrzewając inne silne, niezależne kobiety do walki z przemocowym patriarchatem. Po okresie próbnym, jak już dostała umowę na stale, zupełnie jej odbiło. Stwierdziła mianowicie, że ona zrobi porządek u nas w firmie i skończy się wyzyskiwanie kobiet. Popatrzyliśmy po sobie, pokręciliśmy kółka na głowie i rozeszliśmy się, bo co tu gadać.

Dziś wypisywali wodę. Niby wiosna, niby kwiecień dopiero, a jednak słońce potrafi przygrzać przez szybę. Zadzwonił telefon. Odebrałem, bo miałem akurat najbliżej. Zgłosiła się nasza wojująca feministka i tak po prostu oznajmiła: „Chłopaki, jest woda do zabrania z magazynu”. Nie żadne „proszę”, nie żadne „czy zechcielibyście mi pomóc”, tylko suche oznajmienie faktu, że wózek już czeka pod magazynem i trzeba go załadować. Odparłem taktownie, że chyba pomyliła numery. Że dodzwoniła się na dział mechaniczny, a ja jestem tokarzem i nie zajmuję się wodą. Nikt z nas się nie zajmuje. Po czym odłożyłem słuchawkę na widełki.

To nie jest złośliwość z mojej strony. Ja po prostu nie chcę przemocowo rugować koleżanki z jej obowiązków. Wszak byłaby to dyskryminacja ze względu na płeć. Wszak ona walczy właśnie o równouprawnienie. Staram się zatem dostosować do jej celów.

#rltWx

Na pogrzebie mojego dziadka, który przez całe dotychczasowe życie był moim jedynym ojcem, a przed biologicznym patologicznym padalcem bronił mnie jak mógł, nie uroniłam nawet jednej łzy. Przed czy po pogrzebie tak samo. Mam przez to straszne wyrzuty sumienia, co mnie przygniata, męczy i przez to czuję obrzydzenie do samej siebie. Najgorsze w tym jest to, że nie stać mnie było na kilka łez, ale gdy mój brat został ofiarą ciężkiego rozwolnienia cmentarnego ptaka, nie mogłam powstrzymać śmiechu (podczas pogrzebu!).
Źle mi z tym, bardzo źle.

#teNB4

Mam wrażenie, że moja koleżanka robi maślane oczka na widok mojego taty. Ona niby się wypiera, że nic takiego nie ma miejsca, ale przecież nie jestem ślepa i widzę, jakim wzrokiem wodzi za moim tatą. W ogóle od jakiegoś czasu to jakby głupawki dostała, potrafi gadać tylko o facetach. Wczoraj kolejny raz przyłapałam na mizdrzeniu się do mego taty. A ona tylko wzruszyła ramionami i odparła coś, że chyba nie jestem zazdrosna, skoro mój tata jest wdowcem.

Nie chcę pochopnie zrywać wieloletniej przyjaźni, ale mam coraz mniejszą ochotę zapraszać ją do nas do domu, nie mówiąc już o nocowaniu. Nie będę już pisać o wychodzeniu na siku w koszuli nocnej i majtkach przy pełnej świadomości, że za drzwiami jest tata. Uważam, że to co mówi i jak się zachowuje jest wręcz obrzydliwe.

#gUuhH

Nienawidzę, jak ktoś mi mówi, że powinnam iść do ortodonty.

Mam widocznie wystające przednie zęby, a do tego cofniętą żuchwę. Ile się nasłuchałam w życiu, że jestem szczurem, królikiem, wiewiórką i pasztetem – nie zliczę! Cały czas byłam pewna, że to będzie tylko kwestia pieniędzy, odłożę na aparat i z głowy... No to po dwóch latach oszczędzania poszłam na wizytę. Okazało się, że mój problem to nie jest tylko kwestia estetyki. Nie wystarczy wepchnąć górnych zębów na miejsce i wyciągnąć żuchwy do przodu. Moje zęby nie pokrywają się ze sobą na dole i na górze, bo... mam za małą szczękę.
Naprawienie mojego zgryzu to byłby cykl: przygotowanie przedoperacyjne – wyrwanie 4 zębów – operacja – aparat – operacja – aparat.
Jedna z operacji to byłoby rozszerzanie szczęki, a druga dodatkowo ustawienie przesuniętych żuchwy i szczęki w odpowiednich pozycjach wobec siebie. Coś w okolicach 70 tysięcy, ale możliwość częściowej refundacji przez NFZ, bo prawdopodobnie załapałabym się na jakiś program operacji twarzoczaszki. Rozpłakałam się u lekarza.

Nie mogę zdecydować się na takie leczenie.
Już pomijając kwestię kosztów, chciałabym wyglądać normalnie, trudno, zawzięłabym się i jakoś to uciułała. Ale mam przewlekłą chorobę układu kostnego i istnieje prawdopodobieństwo, że stan zapalny zaatakowałby miejsca po operacji. Więc mam wybór: mega krzywy zgryz albo ryzyko bardzo zniekształconych i zniszczonych przez chorobę kości twarzoczaszki. Jestem leczona, leczenie przynosi efekty, ale nigdy nie będę zdrowa – i nigdy nie będę mogła spokojnie zdecydować się na taką operację. Wystarczy mi zdeformowanych nóg, nie potrzebuję do kompletu zdeformowanej twarzy.

Jeżeli ktoś ma wadę zgryzu, to zapewniam Was: jest świadomy istnienia ortodontów. Widocznie w jego życiu są jakieś przyczyny, które powstrzymują go od podjęcia takiego leczenia.

#mWzPm

Jestem facetem, którego jedną z największych wad jest to, że ma jeden dosyć staroświecki pogląd.
Jestem ojcem dwóch córek w wieku 8  i 3 lat. Oczywiście kocham swoje dzieci, ale uważam, że posiadanie córek to nie to samo co posiadanie syna, bo w końcu tylko posiadanie syna zagwarantuje mi to, że moje nazwisko przetrwa dalej. Próbuję swoją żonę dyskretnie przekonać na jeszcze jedno dziecko z nadzieją, że będzie syn (w końcu kolejna córka jest bardzo mało prawdopodobna). Ona już nie chce więcej dzieci, twierdzi, że dwójka to wystarczająco. Oczywiście zgadzam się z tym, że dwójka dzieci jest OK, ale jak już pisałem, co innego posiadanie syna, a co innego córki, i to już nawet nie chodzi o samo nazwisko, ale o to, że ona sobie będzie mogła chodzić na zakupy ze swoimi dziećmi, gadać o babskich sprawach, zajmować się babskimi sprawami typu paznokcie czy fryzjer, a ja nie mam syna, z którym mógłbym spędzić czas bardziej męsko, czyli np. pójść na mecz piłki nożnej, pograć na konsoli, pomajsterkować razem w domu, pokopać piłkę czy np. pokazać, jak jeździć autem.

#MSEMp

Jestem 46-letnią kobietą i mam problem z alkoholem. Na początku okazyjnie wypijałam drinka czy lampkę wina, w tej chwili potrafię pić nawet w pracy, niwelując objawy kaca. Nie upijam się do upadłego, ale aby nie dopuścić do przykrych skutków odstawienia alkoholu. Mam dobrą pracę, dom, oczywiście nie zaniedbuję tego, ale bez flaszki wina czy piwa po pracy nie jestem w stanie funkcjonować, do tego dopadają mnie myśli samobójcze. Próby odstawienia kończą się fiaskiem, w tamtym tygodniu wylądowałam na SOR-ze, gdyż po odstawieniu alkoholu tak mi łomotało serce, że nie byłam w stanie funkcjonować. Powinnam zacząć leczenie, i to jak najszybciej, wiem o tym, ale moi bliscy o niczym nie wiedzą i wstyd mi się przyznać do tego.

#3ICqY

Jesteśmy z mężem w tak zwanym wieku reprodukcyjnym. Mamy już jedno dziecko, ale to nie stoi naszej rodzinie na przeszkodzie, by wtykać nos w ilość naszego potomstwa. Argument są różne: zaczynając od tych, że dzieci nie powinno się chować pojedynczo, kończąc na tych, że nas stać, to czemu nie? I o ile w starciu z rodziną wspólnymi siłami dajemy radę, o tyle na froncie z mężem jestem już sama. Bo jemu też się włączyło. I teraz pytanie: czemu nie? Rodzice są młodzi, zdrowi, finansowo też bez problemu, warunki są. Ale​, moi drodzy, prawda nie jest taka kolorowa. 
Warunki, owszem, są,  ale tylko fizyczne, bo psychicznych ni w ząb. I żeby nie było, mój mąż to dobry człowiek: nie pije, nie bije, można pogadać, wszystko na miejscu. Ale od pieluch umywa rączki. Odkąd urodził się nasz syn, wszystko robiłam sama: przewijałam, karmiłam, kąpałam, obcinałam paznokcie, chodziłam po pediatrach, zwalczałam kolki, bujałam do snu, czytałam o szczepieniach. Ja: młoda, wystraszona, z depresją poporodową (której, notabene, pozbyłam się dopiero ponad dwa lata po porodzie, z pomocą psychologa, bo rodzina nie kiwnęła nawet małym palcem u stopy). Dumny tatuś, który nie zhańbił się ani jedną zasikaną pieluchą, tymczasem zajął się pracą. Oczywiście był płacz, krzyk, prośby, groźby rozwodem. Nic się nie zmieniało, mimo obietnic. A ja, może głupia, chciałam pełnej rodziny dla mojego dziecka i naprawdę kochałam i kocham swojego męża. 
Dopóki syn nie podrósł, byłam wielorybim wrakiem człowieka. Zajadałam stres, a każdy kilogram okupiony był słonymi docinkami teściowej. Dopiero 4 lata po porodzie wróciłam do swojej wagi.

Dziś syn ma 8 lat, chodzi do szkoły. Ja od 3 lat spełniam się zawodowo. I może rzeczywiście chciałabym zostać drugi raz mamą, ale piekło z przeszłości jest skuteczną antykoncepcją.

#MYVt6

Lata temu w podstawówce miałem nauczycielkę, której jedną z metod pedagogicznych było szarpanie za włosy. Zemsty (spontanicznej) dokonałem w trakcie cyklicznej wizytacji kontrolnej pani z Kuratorium Oświaty. 
Pani nauczycielka oczywiście obłudnie milusia, grzeczna, do rany przyłóż, bo w ostatniej ławce siedzi pani kontrolerka. W połowie lekcji jakiś mój kolega zaczął dokazywać, a nauczycielka wtedy oczywiście grzeczniutko-milutko zwraca mu uwagę. Wtedy odzywam się ja: A dlaczego nie poszarpie go pani za włosy, tak jak zwykle to pani z nami robi?
Kontrolerka robi wielkie oczy, nauczycielka czerwona na obliczu jak flaga ZSRR, klasa ryczy ze śmiechu.

Po tej wizytacji już nigdy nie było przemocy ze strony tej nauczycielki w klasie. Babka nie śmiała też uskuteczniać wobec mnie żadnej zemsty. Po tej całej akcji nieco przytyłem, bo klasa jeszcze chyba z tydzień kupowała mi, jako bohaterowi, przysmaki w szkolnym sklepiku.
Dodaj anonimowe wyznanie