Mieszkam ze swoim narzeczonym. Czasem bywało źle, czasem dobrze, ale był dla mnie wszystkim. W tych dobrych chwilach także. Zawsze nierozłączni, kochający się, słodcy. Wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko... nie komputer. Ale nie praca przy nim, tylko gry.
Nasza relacja przez ostatni rok ograniczyła się do słów „cześć” i „zaraz”. Częściej rozmawiamy przez messengera, gdy jestem w pracy, niż w normalnym świecie. Budzę się – widzę go przy ekranie. Idę sprzątać, gotować, idę do pracy lub z niej wracam czy idę spać – komputer. Nie ma tu żadnego naciągania. Czasem myślę, że rozmawia więcej z innymi ludźmi w grach niż ze mną. Śmieje się przy nich, a przy mnie nie. Trochę mnie to boli. Aczkolwiek stawałam się coraz bardziej obojętna.
Dziś spakowałam rzeczy. Po roku prób. Nie mogę tak dalej wytrzymać. Czuję, że rozmawiam ze ścianą. Usunęłam wszelkie konta z portali społecznościowych, zniknęłam z wirtualnego świata w większej mierze, zmieniłam numer.
Może kochanie to czytasz, czasem odwiedzasz tę stronę. Normalnie pewnie byś mnie nie słyszał. Zastanawiam się, czy wyjść rano, gdy będziesz spał, chociaż rzadko o tej porze śpisz. Pewnie i tak nie zauważysz...
Przez wiele lat (oczywiście byłam znacznie młodsza) byłam przekonana, że w piosence „Z kopyta kulig rwie” śpiewają: „Hej, jadą w saniach panny, przy nich jadą siki”. Tłumaczyłam sobie, że tak szybko jechał ten kulig, że aż się panny posikały.
Ot, tak mi się przypomniało, bo dziś usłyszałam tę piosenkę w radio :)
Istnieją takie słowa, które usłyszałam i ciężko mi o nich zapomnieć, w szczególności jeśli wypowiada je moja mama. Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z mamą, jest osobą uzależnioną, często zmienia jej się nastrój. W moim domu rodzinnym było jak w wojsku, same nakazy i zakazy. Zdrowie mojej mamy z dnia na dzień się pogarsza, już nie panuje nad tym, co mówi, gdy dochodzi między nami do kłótni, nagle czuję gulę w gardle i nie mogę mówić, za to mojej mamie włącza się słowotok i słyszę, że: jestem nieudacznikiem, starą panną, nikt mnie nie chce. Najbardziej boli wtedy, gdy mówi, że mnie nienawidzi. Ja oczywiście w tych kłótniach nie jestem bez winy, staram się sprowadzać rozmowę i argumentować, ale czasami nerwy też mnie ponoszą, ale nie mówię jej przykrych rzeczy. Często płaczę po rozmowie z mamą, staram sobie wmówić, że to co mówi jest nieprawdą – skończyłam studia, znam języki, mam fajnego psa, rozwijam się w pracy, jestem samodzielna itd. To pomaga tylko na chwilę... gdy i tak w głębi serca zgadzam się z tymi słowami. Nie mam na nią siły, planuję od dłuższego czasu zerwać z nią kontakt, ale za każdym razem się nie udaje, bo jest chwilę miła, a później i tak wszystko wraca do normy. I tak w kółko od 10 lat.
Wielokrotnie miałam okazję przytulić się z kumplem, który cholernie mi się podoba. A. jest wyższy ode mnie jakieś dobre 20 cm, więc za każdym razem wtulając się w to chudziutkie ciałko, korzystam z okazji i wdycham jego woń. Zawsze jest to zapach jego potu, który doprowadza mnie wręcz do ekstazy. Wiem, to chore, ale prawie wszystko, co jest związane z A. tak na mnie działa.
Ostatnio jednak był to inny zapach, równie przyjemny, ale po prostu ładniejszy. Po powrocie do domu natychmiastowo zdjęłam bluzkę i zaczęłam ją obwąchiwać, ponieważ przesiąknęła tym zapachem. Dosłownie nie mogłam się oprzeć, ktoś z zewnątrz pomyślałby, że jestem wariatką udającą psa. Trwało to jakąś godzinę.
Boże, co miłość robi z człowiekiem...
Kiedy się dowiedziałam, że objadam się kompulsywnie i zaczęłam z tym coś robić?
Równe dwa lata temu.
Moi rodzice mieli poważny wypadek samochodowy, a ja zamiast lecieć do szpitala czy chociażby się rozpłakać, zeżarłam na jednym wdechu 10 kanapek z serem i ketchupem. Pamiętam do dzisiaj, jak wpychałam je sobie do gęby jak świnia. Mój mąż też to widział. Gdy zaproponował, że może już wystarczy, gwałtownie zaprotestowałam i wepchnęłam w siebie kolejne kanapki.
Tak że tego... Do dzisiaj mi wstyd, ale po terapii jest dużo lepiej. Z rodzicami też już OK.
Któregoś dnia w szkole dowiedzieliśmy się, że zamiast zwykłej lekcji przyjdzie do nas student na lekcję o zdrowym trybie życia. Wiadomo, jakie jest podejście klasy do czegoś takiego – wolna lekcja. Przyszedł student i zaczął mówić o zdrowiu męskich narządów, jakichś chorobach typu HIV itd. Słuchałem jednym uchem, ale nie za bardzo przywiązywałem uwagę. Pojawił się temat raka jądra, a co najlepsze, instrukcja jak samemu badać swoje klejnoty, żeby wykryć raka. Klasa prychała śmiechem. Wszyscy mieliśmy fun, że ktoś nas uczy, jak dotykać klejnoty. Ale okej...
Jakiś tydzień później, przy okazji kąpieli myślę sobie, że dobra, spróbuję, tak z czystej ciekawości, choć przyznam, że wydawało mi się to zabawne. Wyczułem jakieś grudki, były jakieś elementy twarde – podobnie do tego, co mówił ten koleś. Trafiłem do jednego, potem drugiego i trzeciego lekarza, jakaś biopsja, po czym odbieram wyniki – rak jądra. Próbowali coś z tym zrobić, ale po pewnym czasie zapadła decyzja, że trzeba uciąć.
Do dzisiaj myślę co by było, gdyby nie ten student, który przyszedł (jak sam powiedział) w trakcie swoich ferii, i że akurat do mojej klasy. Wydawało mi się, że prowadził jeszcze kilka lekcji potem w szkole, korciło mnie, żeby podejść... ale przecież nie mogłem podejść i powiedzieć, że nie mam jajka.
Zacznę od tego, że jeśli chodzi o partnera, to mam ogromne szczęście. Jest on czystym mężczyzną, w domu sam z siebie sprząta, gotuje, naprawia, więc nie mamy problemu z podziałem obowiązków. Jest bystry, inteligentny, troskliwy i, co dla mnie bardzo ważne, da się z nim normalnie pogadać, omówić problem, wypracować wyjście. Mieszkamy razem. Problemem jest to, że on ma wyraźną wizję tego, jak należy wykonywać obowiązki domowe i jak co powinno wyglądać. Początki były najgorsze. Od momentu wstania do momentu pójścia spać wysłuchiwałam rzędu pretensji. I co parę minut zwracał mi uwagę. Szafki umyłam nie tym płynem, którego on by użył, moja poduszka powinna leżeć szwem w inną stronę, niż kładę, sztućce z suszarce powinny być ułożone w inną stronę, w ogóle w zmywarce źle układam, buty na wycieraczce powinny być skierowane noskami do przodu, a nie w prawo itd., wannę powinnam dokładnie myć i wycierać po każdym myciu, nieważne, że on pójdzie się myć za 10 minut i też będzie ja mył i wycierał, i wiele wiele innych rzeczy. Wszystko robiłam nie tak, bo on by to zrobił inaczej. On bardzo nad sobą pracuje, odpuścił wiele rzeczy, czepia się już wielokrotnie rzadziej niż kiedyś, jednak ja przez to, jak wyglądało to wcześniej, za każdym razem jak on coś mi powie, choćby to miało sens, reaguję już gniewem. Już mam czarne myśli, że „znów się zaczyna” i mam ochotę uciec z domu. Choć logicznie wiem, że to nie ma sensu, bo teraz to już naprawdę jest bajka w stosunku do tego, co było wcześniej.
Gdy prowadzę dzieci do szkoły, na jednej z mijanych posesji zaczyna ujadać wielki owczarek niemiecki i rzuca się przy tym na płot, chcąc chyba pożreć przechodniów.
Dziś tak przestraszył mi córkę, że nie wytrzymałam, zatrzymałam się i zaczęłam tak na niego szczekać, że ten podkulił ogon, a dwaj panowie po drugiej stronie ulicy zaczęli bić brawo.
Sama nie wiedziałam, że potrafię tak głośno i zajadle szczekać...
Boję się jeździć samochodem.
Prawo jazdy mam od kilku lat, mój ojciec kupił mi też dwa lata temu samochód – nie prosiłam go o to nigdy.
Wciskał mi od początku, żebym jeździła, a jak miałam własny, to już w ogóle. Ale ja po prostu nie potrafię się przełamać... Jak stoję na światłach, to nogi mi się trzęsą za każdym razem, gdy mam gdzieś jechać, to w przeddzień nie mogę zasnąć.
Próbowałam jazdy w nocy z chłopakiem na miejscu pasażera i innych rozrywek, ale nic nie przełamuje mnie do prowadzenia.
Wstydzę się przed ojcem, że najbardziej bym chciała, żeby ten samochód sprzedał, żebym się uwolniła od ciężaru.
Jednak nie da się mu tego wytłumaczyć, bo on uparł się, że muszę jeździć, a ja jestem taka beznadziejna, że nawet w tym nie umiem go zadowolić.
Wysłałam męża do sklepu na zakupy. Jako że byłam trochę po porodzie, mój kochany miał wziąć przy okazji synka na spacerek. W międzyczasie do wózka wrzuciłam ciepły, gruby kocyk. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że mąż zabrał sam wózek na spacer... Kiedy on wychodził, ja w sypialni ubierałam małego.
Jakie było jego zdziwienie, gdy opowiadał mi, że „Synuś cały czas spał i ani razu nie zapłakał”, a ja musiałam mu powiedzieć, jak pięknie „zajmuje się” syneczkiem.
Teraz trzy razy sprawdza, zanim wyjdzie z małym na spacer :D
Dodaj anonimowe wyznanie