Mam dziewczynę. Jest idealna. Dobra, mądra, piękna, uczciwa. Docenia moje starania i też się stara. Moja rodzina ją uwielbia. W łóżku odważna, pomysłowa i otwarta. Mamy takie samo poczucie humoru. Chcę, by została kiedyś moją żoną. Jednak cały czas ciąży mi to, jak się poznaliśmy. Mimo że powtarzam, że jest OK, czuję się jak zdrajca.
Miałem kolegę. Nie byliśmy zbyt blisko. Akurat tak, żeby ekipą iść na piwo. Z natury wieczny singiel. Pewnego dnia jednak oznajmił, że ma dziewczynę. Chwalił się nią, bo taka ładna, z dobrą pracą, wykształcona. Uważał, że ona podwyższa jego status. Żal mi było dziewczyny, bo z biegiem czasu mówił o niej z coraz większą pogardą. Wspominał, że jeśli nie będzie dość posłuszna, to ją rzuci. Był dumny z tego, że jest tak oddana, że na pewno go nie zostawi. Któregoś razu ją przyprowadził. I z miejsca oszalałem na jej punkcie, nic jednak nie zrobiłem, żeby ją zdobyć. Była z innym. Po jakoś pół roku ich związku on zaczął opowiadać, że go rzuciła, ale to nic nie znaczy, bo zmądrzeje i wróci. Pół roku później spotkałem ją na mieście. Zaprosiłem na randkę. Miała opory, bo „kolega byłego”, ale w końcu się zgodziła. Okazało się, że wtedy gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, ona już od dawna planowała zakończyć tamten związek, ale myślała jak, bo on mówił, że coś sobie zrobi. I jak mnie zobaczyła, też od razu wpadła po uszy.
Koleś się dowiedział. Uważa, że to przeze mnie ona nie wróciła do niego, a ja jestem zdrajcą. Wiem, że to bez sensu, ale połowa paczki uznała, że mieliśmy już wcześniej romans, bo jaka jest szansa, że spotkaliśmy się przypadkiem już po rozstaniu.
Mam taką dziwną właściwość, że czasem ni z gruszki, ni z pietruszki, zaczynam się zastanawiać „A co jeśli ktoś w moim otoczeniu umie czytać w myślach?”. Wtedy zawsze moje myśli schodzą na tematy, które właśnie chciałabym ukryć przed taką osobą. Że mnie swędzi w okolicach bikini, że czuję ulgę po „zrzuceniu ładunku” w toalecie dziś rano, że się masturbowałam niedawno do czegoś dziwnego. I zawsze wtedy w myślach przepraszam tę osobę za takie głupie myśli.
A potem zapominam o wszystkim, i tak do następnego razu.
Gdy miałam 18 lat nie podobało mi się, że większość moich znajomych ma chłopaka/dziewczynę, a ja nie. Byłam tak zdesperowana, że założyłam fałszywe konto na Facebooku, pozapraszałam trochę znajomych, polubiłam jakieś najpopularniejsze strony ze sportem i samochodami. W miejscu zamieszkania wpisałam miejscowość znajdującą się około 100 km ode mnie, żeby nie wzbudzać pytań dlaczego tak rzadko się widujemy. Zaczęło się niewinnie, komentowałam swoje zdjęcia, a w telefonie zostawiałam zawsze na wierzchu dymek czatu z tego konta. Później zaczęłam prowadzić monologi na messengerze, żeby każdy myślał, że ciągle piszemy, następnie dodawać z „jego” konta posty, no bo przecież nie może być jakimś nudziarzem. Dochodziło do sytuacji, kiedy to odwoływałam spotkania ze znajomymi, bo jechałam do miejscowości mojego „chłopaka”, a tak naprawdę siedziałam cały czas w domu. Trwało to kilka miesięcy, stworzyłam na jego temat tyle historii, że sama się zakochałam w nieistniejącym, ale idealnym chłopaku. Wtedy stwierdziłam, że zaszło to nieco za daleko.
A jaki był płacz po rozstaniu...
Do dziś nikt nie zna prawdy, a ja wciąż czasem za nim tęsknię.
Wybieram się z moją dziewczyną na imprezę, czas szykowania jak na nią całkiem niezły, może nawet się nie spóźnimy. Luba już ubrana staje przed lustrem i mówi, że źle wygląda. Wyglądała tak, że odechciało mi się imprezy, a zachciało czego innego, ale to już takie wtrącenie. Stwierdziła, że w tych rajstopach jej nogi wyglądają na sine. Szuka więc nowych po domu – nie ma. Poszliśmy do sklepu w poszukiwaniu nowych, dziwnie się czułem, przerzucając te kartoniki. Zakup udany, wpadamy do domu, luba wciągnęła je na tyłeczek i widzę, że wygląda tak samo, znaczy no co tu może wyglądać inaczej. Ale już jest zadowolona, że w końcu jest kolor jak opalenizna, a nie niedokrwienie.
Porównałem dwa kartoniki po obu parach, były identyczne – rozmiar, kolor, producent, nie różniło ich nic. Cóż, nie odezwałem się słowem, że są identyczne, bo kto wie, czy byśmy w ogóle na imprezę dotarli. Najważniejsze, że luba była zadowolona. Czasem lepiej mieć spokój niż rację.
Mam swoją tajemnicę, o której nigdy nikomu nie powiem. Chodzi o to, że poszłam na egzamin na prawko pod wpływem alkoholu. Mój egzaminator nic nie wyczuł i zdałam. Wiedziałam, że wódkę czy inny mocny alkohol będzie czuć, piwo też, dlatego postawiłam na wino. Wypiłam jakieś pół butelki. Nie wiem, czy to dużo, jeśli chodzi o promile, bo nie piję alkoholu prawie wcale, ale dla mnie to było dużo i czułam się pijana. Jednocześnie byłam bardzo skupiona i co najważniejsze, całe moje zdenerwowanie opadło. A o to mi właśnie chodziło.
Jeździłam dobrze, mój instruktor mnie chwalił, mówił, że nie ma opcji, żebym nie zdała. A ja wiedziałam, że mogę być najlepszym kierowcą świata, a i tak egzamin obleję z powodu stresu. Już tak mam, że straszliwie stresuję się na wszystkich egzaminach, w których mam bezpośredni kontakt z innymi ludźmi. Z tego powodu nie zdałam matury ustnej, choć byłam bardzo dobrze przygotowana i pisemne zdałam wszystko w okolicach 100%. Po prostu nie byłam w stanie się odezwać, cała się trzęsłam, do tego dostałam biegunki i uciekłam z sali. Rozmowy kwalifikacyjne czy egzaminy to dla mnie największa katorga. Nie mogłam znaleźć pracy właśnie dlatego, że bardzo źle wypadałam na rozmowach. Ze stresu się jąkałam albo nie mówiłam nic. Pracę znalazłam dopiero w czasach pandemii, gdy rozmowy kwalifikacyjne były online, a i wtedy wypiłam sobie dwa drinki na rozluźnienie. I byłam tak dobra na tej rozmowie, wygadana, bystra, profesjonalna, że pracę dostałam.
Byłam u specjalistów. Dostawałam leki na uspokojenie, na zablokowanie adrenaliny, ale żadne, dosłownie żadne na mnie nie działały. Najbardziej w sytuacjach stresowych trzęsą mi się ręce, nie jestem w stanie nad nimi zapanować. A to jest tak mocne trzęsienie, jakbym miała Parkinsona. Nie mogę utrzymać w ręce długopisu czy szklanki i wiem, że na egzaminie nie byłabym w stanie zmienić biegu albo włączyć kierunkowskazu. Po lekach czułam się wewnętrznie spokojna, a mimo to ręce nadal mi się strasznie trzęsły. Jedynie po alkoholu mi się nie trzęsą. I nie mam już czasu, siły ani pieniędzy, żeby szukać co jest ze mną mną nie tak, bo byłam już u około 20 lekarzy i wydałam kupę kasy.
Teraz jeżdżę już 5 lat i podobno jestem niezłym kierowcą, bardzo to lubię. A tajemnicę z egzaminem zabiorę do grobu. I tylko tu chciałam się wygadać.
Lata 90.
Gdy moja starsza siostra zaczęła się uczyć małego katechizmu przed Pierwszą Komunią, ojciec postanowił, że i ja powinnam go się nauczyć. Całego... Szło mi opornie, zwłaszcza te dłuższe modlitwy, nic dziwnego, miałam dopiero 5 lat. Co wymyślił ojczulek? Jak tylko cokolwiek zbroiłam (nie zawsze ja, byłam najmłodsza z okolicznej dzieciarni i często winę zwalano na mnie, mimo że fizycznie części psot nie byłam w stanie zbroić), to natychmiast w TYM miejscu, w którym mnie przyłapał, musiałam klękać i na głos odmawiać modlitwy, tak długo, aż nie powiedział dość.
Mało? Ojciec nie zważał gdzie i przy kim wymierza mi karę, tak więc klęczałam na środku drogi (u nas mały ruch wtedy był), w bramie, ba, nawet w pobliskim miasteczku pod sklepem, bo wg niego „celowo za wolno szłam...”. Z rezolutnej i uśmiechniętej dziewczynki pozostał cień, bałam się, że za chwilę znów przyjdzie i mnie ukarze, a ludzie będą mnie wytykać palcami.
Może to wydawać się dziwne, ale byłam naprawdę szczęśliwa, gdy ojciec uznał, że mam modlitwy w małym paluszku i powrócił do standardowego wymierzania kar, czyli bicia (tym to już tak się nie chwalił).
Czasem w sennych koszmarach widzę tych ludzi, nieraz stojących wokół mnie i śmiejących się z mojej kary.
Do wczoraj myślałam, że jestem w idealnym związku. Trzy lata razem, dwa lata narzeczeństwa, w przyszłym roku ślub. Sielanka, prawda? A wspomniałam, że niestety od kilku miesięcy mój narzeczony musi mieszkać i pracować w miejscowości oddalonej 120 km? Nie. Widujemy się w weekendy, czasem rzadziej, bo narzeczony jeździ na szkolenia. Akurat jest na takim 300 km ode mnie. Trzeci dzień szkolenia i dostaję od niego telefon, że on potrzebuje czasu i przestrzeni, by się zastanowić, czy chce być ze mną i brać ze mną ślub... Co go do tego skłoniło? Ano długonoga biuściasta blondyna, która, no cóż, też za rok wychodzi za mąż... Podobno rozumie go jak nikt inny.
Od dzisiaj jestem „w separacji”, a pierścionek leży i czeka, aż on się zastanowi.
Po świętach zacząłem sobie rozmyślać.
Ciągle się słyszy, ilu pijanych kierowców zatrzymano w ciągu świat czy w sylwestra. Osobiście dużo jeżdżę, święta czy sylwester to dla mnie kilkaset, jak nie tysiąc kilometrów drogi, a jakoś od 7 lat nigdy nie trafiłem na kontrole trzeźwości. Oczywiście sam się ich nie boję, jednak nasuwa mi się jedno pytanie: skoro zatrzymano X kierowców, to ilu nie zatrzymano?
Długo mi zajęło zebranie odwagi, ale napiszę o moim koszmarze dorastania. Od zewnątrz niby szczęśliwa rodzina, klasa średnia, matka nauczycielka, ojciec inżynier, trójka dzieci.
Ale od środka nie było tak wesoło.
Jako najstarsze dziecko w najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam tylko bicie. Wylałem sok na podłogę – lanie, dostałem 4 w szkole – lanie, wróciłem w podwórka kilka minut po czasie – lanie, etc. Na pewno było słychać moje krzyki, ale sąsiedzi i dziadkowie nigdy nie zareagowali.
Dla porównania: na moją młodszą o dwa lata siostrę nigdy nie podnieśli ręki, ale za to zawsze ją krytykowali i nigdy nie pochwalili za nic.
Kiedy miałem 11 lat, urodziła się druga siostra, która stała się oczkiem w głowie i chyba jako jedyna nie wyrosła na psychopatkę. Przestali stosować wobec mnie bicie i zaczął się terror psychiczny. Z tego okresu pamiętam tylko szlabany, nieustanne kontrole – regularne przeszukiwanie wszystkich moich rzeczy, kontrolowanie gdzie, z kim i kiedy idę. Po niedługim czasie nikt nie miał ochoty na kolegowanie się i zostałem sam.
Oczywiście, gdy nie było już kolegów, nie wolno mi było nigdzie wychodzić i po szkole musiałem siedzieć w domu i się uczyć (nawet jeśli wszystko było odrobione i oceny były perfekcyjne). Komputer – tylko w ich obecności. Nie dało się nawet zostać dłużej w szkole, bo sprawdzali plan lekcji i musiałem być z powrotem dokładnie po ostatnim dzwonku + czas dojazdu.
Nic dziwnego, że zamknąłem się w sobie i miałem permanentnego doła.
Próbowałem coś z tym zrobić. Rozmawiałem ze szkolnym pedagogiem , ale zawiadomił rodziców i przekazał im wszystko, co mu powiedziałem. Miałem wtedy jeszcze większe piekło. Nieraz wyobrażałem sobie, że umierają i idę do sierocińca, bo przynajmniej wszystko by się skończyło.
To trwało podstawówkę, gimnazjum i całe liceum. Ale i po maturze nie było dużo lepiej. Rodzice wybrali dla mnie studia w naszym mieście (na które nie chciałem iść, ale po tylu latach łatwo mnie było kontrolować). Na studiach w końcu znalazłem znajomych, ale miałem duże trudności w kontaktach z ludźmi i nie udawało mi się ich podtrzymać na dłuższą metę. Nie wspominając nawet o znalezieniu drugiej połówki.
Po obronie wyrzucili mnie z domu, ot tak, po prostu. Cudem jakoś przetrwałem następne miesiące. Znalazłem jakąś pracę i mieszkanie, ale wpadłem w alkoholizm i depresję. Dopiero jak przedawkowałem i w szpitalu mnie odratowano, dostałem opiekę psychiatry, leki i terapię. Odciąłem się zupełnie od starego środowiska i nowym mieście zacząłem nowe życie, ale cały czas wiem, że mam na sobie piętno ich „wychowywania”.
Nieraz słyszałem, jaką mam dobrą i kochającą rodzinę i ludzie mi jej zazdroszczą. A teraz wszyscy się dziwią, dlaczego z rodziną nie rozmawiam i nazywają wyrodnym synem.
Moja młodsza siostra chodzi do tego samego liceum, co ja kiedyś. Opowiedziała mi o jednej z legend, która ponoć od jakiegoś czasu krąży po szkole. Zapytała mnie, czy też słyszałem o tym chłopaku, który na ustnej maturze z języka polskiego, gdy zapytano go o parabolę (przypowieść), automatycznie podał wzór na deltę. W odpowiedzi zaśmiałem się i stwierdziłem, że to fejk, bo przecież niemożliwe, żeby ktoś był aż tak głupi.
To byłem ja -.-
Dodaj anonimowe wyznanie