#avhGZ

Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam majtki w zegary.

Pewnego dnia wyszłam ze starszą siostrą na dwór. Miałam na sobie spódniczkę, a pod nią właśnie te majtki. Nie wiem co mną pokierowało, ale co chwila podnosiłam spódnicę jak najwyżej się dało i darłam się na całe osiedle „GODZINA SIÓÓÓDMA!!!”.
Siostra paliła się ze wstydu, a dla mnie to była wyborna zabawa ;)

#jYL2q

Studiuję na Uniwersytecie Warszawskim. Mój kierunek wymaga sporo czytania, więc parę razy w tygodniu korzystam z BUW-u (Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie). Są tam komputery, na których można skorzystać z katalogu biblioteki, sprawdzić sygnaturę czy zamówić książki. O dziwo, spora część ludzi po użyciu owych komputerów zapomina wylogować się ze swoich kont bibliotecznych, co stało się źródłem mojej rozrywki.

Za każdym razem, gdy zobaczę zalogowaną osobę, zamawiam na jej koncie ilustrowaną wersję „Kamasutry”, do odbioru w wypożyczalni.

#3z76j

Chodziłam do „prestiżowego” liceum, gdzie sporo było osób z bogatszych domów. Moi rodzice nigdy nie mieli pieniędzy, częściowo przez własne złe decyzje, nigdy nie chciałam skończyć tak jak oni (ja wiem, że może zabrzmi źle, ale trudno).
Nie dość więc, że sporo się uczyłam, to kiedy tylko mogłam pracowałam – brałam pracę w wakacje, nocki, weekendy w czasie roku szkolnego. Nie zawalałam szkoły, ale prymusem też nie byłam. Chętnie szłam do znajomych na osiemnastkę czy inną imprezę, ale wspólne wyjazdy odpuszczałam – nawet jeśli miałam wystarczającą ilość gotówki, to wiedziałam, że bolałoby mnie wydanie tych pieniędzy na wyjazd, tym bardziej że znajomi nie organizowali ich tanio. To były naprawdę fajne, miłe i kochane osoby, ale czasami patrzyłam na nich jak na dzieci. Pamiętam, jak kiedyś ktoś zapytał mnie, czemu idę do pracy i powiedziałam, na co potrzebuję zarobić. Odpowiedziało mi zdziwienie: „Czemu nie poprosisz rodziców?” (no że też na to nie wpadłam!) połączone z: „Jeśli im powiesz, że bardzo ci zależy, to na pewno ci dadzą”. No nie. Tak to nie działa.

Wiele osób, również dorosłych i nauczycieli, próbowało mnie przekonać, że niszczę sobie młodość, że pieniądze kiedyś się zarobi, a teraz powinnam się bawić. Fajnie, tylko za co. I jak bawić się, kiedy masz do opłacenia rachunki i jeszcze do tego ową zabawę. Nikt nie rozumiał prostej logiki – nie idę do pracy, to nie mam za co się bawić, więc zabawa z tego żadna. Nikt nie rozumiał, że chciałam się z tej biedy wyrwać jak najszybciej i nic nie dawało mi większej radości i satysfakcji niż pieniądze, które odkładałam na koncie. Żadna impreza, żaden wyjazd, żaden ciuch czy kosmetyk nie był wart dla mnie tyle, co pieniądze na czarną godzinę.

Zdążyłam uzbierać wkład własny, zanim ceny mieszkań zaczęły rosnąć w strasznym tempie. Jestem sobie tak niesamowicie wdzięczna za to, że nie ugięłam się, kiedy wszyscy przekonywali mnie, że tracę młodość. Bo wciąż jestem młoda, mam 25 lat. Mam też fajnego męża, mieszkanie, doświadczenie w zawodzie, stałą pracę i nigdy jeszcze w życiu nie czułam się tak dobrze. Zero stresu. W porównaniu z tym co przeżyłam, moje aktualne życie to bajka. A wystarczyło, że dałabym się namówić na to, żeby sobie wtedy odpuścić. Osoby, które wtedy mnie do tego namawiały, bo „pieniądze kiedyś się odrobi”, dzisiaj dostają wkład własny na mieszkanie od rodziców. I cieszę się z tego, że mają dobrze, ale zwyczajnie wiem, że ja w tym momencie nie miałabym absolutnie nic, a pewnie jeszcze i długi.
Pieniądze szczęścia nie dają? Mi dały.

#rWfGi

Szukałam kiedyś pracy. Jakiejkolwiek. Zobaczyłam ogłoszenie w Biedrze i poszłam na rozmowę. Okazało się, że „nie mam wystarczających kwalifikacji”, żeby rozkładać towar na półkach, sprzątać i kasować...

Niedługo później dostałam pracę w sądzie. Miałam wystarczające kwalifikacje. Tylko płacili mniej niż w Biedrze.

#pu6lz

Mój syn jest chorowity i dość kiepski z matematyki. Chodzi do sporej klasy: 29 osób.

Pewnego dnia, gdy pani zaczęła sprawdzać pracę domową i była od niego odwrócona, szybko się spakował i wszedł pod ławkę, bo oczywiście pracy domowej nie miał :/
Gdy pani minęła jego ławkę, wyszedł, rozpakował się i usiadł na swoim miejscu.
Zadziałało!

#Y0RDJ

Jako dziecko dość szybko nauczyłam się czytać, a raczej składać literki do kupy (bez znajomości zasad ortografii, rzecz jasna – dość ważne dla historii).

Nienawidziłam mleka, a niestety mama co wieczór zmuszała mnie do picia kubka tego ohydnego, ciepłego napoju.
Jak przezwyciężyłam wstręt?
Ano na kartonie widniał napis UHT (co ja odczytywałam dosłownie jako „uchate”).
Tak się szczęśliwie składało, że wujo na wsi miał krowę o imieniu Uszata.
Bystra ja skleiłam sobie wszystko do kupy i byłam pewna, że mleko pochodzi dosłownie od tej konkretnej krowy – a na kartoniku jest po prostu jej imię.
Wujostwu się nie przelewało, więc moje naiwne, dobre serduszko wymyśliło, że trzeba im pomóc i jeśli będę wypijała kubek mleka bez grymaszenia, mama będzie dalej kupować je od Uszatej, a wuj będzie miał z tego kasę.
Odtąd piłam mleko z zatkniętym nosem... bez marudzenia.

#h2dEx

Jestem z jeszcze żoną od prawie 11 lat. Dziś mi powiedziała, że była ze mną 10 lat, bo miała niską samoocenę i w siebie nie wierzyła. Odkąd w siebie uwierzyła, przekonywała się już tylko w tym, że nie jestem jej do niczego potrzebny i mnie nie kocha. Jest mi totalnie przykro, tym bardziej że wierzyłem w naszą prawdziwą miłość.

#rk3z6

Jestem kapusiem. Chamem, człowiekiem, który nie ma nic lepszego do roboty i wiele innych, mniej przyjaznych inwektyw. A wszystko dlatego, że znajomi słyszeli, jak zadzwoniłam na straż miejską. 

Zadzwoniłam, bo samochód panna zaparkowała, zastawiając cały chodnik. 15 metrów dalej miała pusty, duży miejski parking. No ale 15 metrów do sklepu piechotą?

Szczerze tego nie rozumiem. Jeżdżę autem, nie rozumiem dlaczego taka głupota i misienależyzm mają być akceptowane. Ba, dlaczego to ja jestem ta zła, bo doniosłam.

#yLrh6

Mam dosyć nietypowy problem.
 
Gdy mam neutralny humor, moja twarz wygląda, jakbym chciała kogoś zabić, to samo jest, gdy jestem zamyślona – moje lico wygląda na wiecznie złe lub smutne. Nie raz ludzie pytali się mnie, czy wszystko w porządku, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co im chodzi. Po mojej twarzy widać każdą najdrobniejszą zmianę emocji, nie potrafię kompletnie nic ukryć. To samo tyczy się mojego głosu – gdy dla mnie coś brzmi najnormalniej na świecie, okazuje się, że mój ton głosu brzmi, jakbym kogoś obrażała lub miała jakiś problem. Starałam się nad tym panować, niestety bez skutku. Trudno jest tłumaczyć każdemu napotkanemu człowiekowi, że nie gryzę, a moja mina nie oznacza, że chcę zabić jego i siebie.

Ktoś wie, jak wyłączyć twarz?

#1RFkU

Miałam 6, może 7 lat i pewnego dnia zostałam wysłana do sklepu po kilka produktów, w tym dżem (do naleśników, gwoli ścisłości). Nic nadzwyczajnego, prawda?
Wszystko szło świetnie do momentu podejścia do kasy, zapłacenia i zapakowania zakupów do torby. Miałam trochę mało poręczne rzeczy, trudno było mi je włożyć do dość małej reklamówki, więc jakimś cudem przeniosłam zakupy na sklepowy parapet.
Słoik z dżemem wpakowałam tak niefortunnie, że po chwili wypadł z torby, przetoczył się po parapecie i zanim zdążyłam go złapać, roztrzaskał się na kawałki, prosto na posadzkę. Jak łatwo się domyślić, poryczałam się na środku sklepu, stojąc nad kupką szkła i plamą z dżemu (chyba truskawkowego :P).
Czasami w sklepie coś się rozbija, wielkie rzeczy... Nieczęsto jednak można usłyszeć w sklepie taki dialog. Jedna z pań pracujących w sklepie zapytała: „Ojej, dziecko, płaczesz? Czemu?”, na co niespełna siedmioletnia ja odparłam łamiącym głosem: „Bo nie ma dżemuuu...”.

PS Naleśniki w końcu zjadłam z czekoladą, a do tego sklepu wstydziłam się chodzić przez kilka kolejnych miesięcy :)
Dodaj anonimowe wyznanie